Miłość, kłótnie i adrenalina

Gra w trzech hitowych serialach. Nie wywołuje skandali. Od czternastu lat kocha tę samą kobietę, choć przyznaje, że „mieli przejścia”. Przed czym ucieka za wszelką cenę?


Reklama

Był pan ostatnio u lekarza?

Marcin Perchuć: - Miałem zapalenie oskrzeli. I lekarz jakoś tak rozmawiał ze mną jak z kolegą po fachu. Kiedy mi zaserwował naukowe wyjaśnienie, to poprosiłem o łopatologiczną wersję i dawkowanie antybiotyku (śmiech).

Dlaczego serial "Lekarze" ma tylu fanów?

- Bo my generalnie lubimy lekarzy. Kochamy się leczyć? Raczej podglądać z perspektywy człowieka zdrowego, co dzieje się w szpitalu. Tak na wszelki wypadek. Poza tym każdy Polak uważa sam siebie za najlepszego lekarza. Każdy wie, co mu dolega i chętnie wypisałby swojemu sąsiadowi receptę (śmiech).

Pan prywatnie uprawia jogę?

- Cudowne w zawodzie aktora jest to, że wcale nie trzeba uprawiać jogi, by zagrać jogina. Choć na planie serialu mogłem korzystać z porad Grzegorza Nieściera, który prowadzi jedną z najlepszych szkół jogi w Polsce, w ćwiczenia nie wciągnąłem się. Przy dwójce małych dzieci na wszystko brakuje czasu.

Z czego jest pan dumny jako ojciec?

- Podoba mi się, że Zosia i Staś potrafią wchodzić w różne sytuacje z empatią. Czasem patrzę, jak moja córka przechodzi walkę wewnętrzną, czy ćwiczyć grę na skrzypcach. Zwykle wygrywa u niej rozsądek. Lubię też, że czasem potrafi powiedzieć komuś zdecydowane "nie!".

Podobno marzył pan, by zostać fizykiem. Żałuje pan, że tą drogą nie potoczyło się pana życie?

- Mój ojciec pracuje jako geofizyk. Ale on miał wielkie szczęście, to były inne czasy: łatwiej było zdobyć pieniądze, stypendia na badania. Tata zabierał mnie więc ze sobą w podróże po kraju, zjeździłem z nim nawet Skandynawię. Żałuję tylko, że nie udało mi się z nim wyruszyć na Antarktydę.

Uczył się pan w klasie o profilu matematyczno-fizycznym w słynnym warszawskim liceum im. Stefana Batorego. Dały panu coś nauki ścisłe?

- One układają życie w logiczne ciągi. Może dziś dzięki temu mam przyjemność w dążeniu do celu? Bo ten cel w matematyce jest gdzieś jasno określony. Posiadam też poczucie, że większość rzeczy ma logiczne wytłumaczenie, przyczynę i skutek. To mi się teraz przydaje w aktorstwie.

Lubi pan podróżować?

- Moi znajomi się ze mnie często śmieją, że zawsze znam modele samolotów, jakimi będę się przemieszczał. Wiem, gdzie najlepiej się przesiąść. Zawsze studiuję rozkład jazdy.

Fascynuje pana komunikacja czy planowanie?

- I to, i to. Chyba mam tę fascynację w genach. Przed wyjazdem na wakacje z rodzicami i siostrami wyznaczałem na trasie miasta, liczyłem odległości między nimi, sprawdzałem, czy to się zgadza z mapą. Byłem na tym punkcie zafiksowany.

Gdy zabiera pan żonę w romantyczną podróż, też wszystko pan przelicza?

- Owszem, ale dlatego, że czuję się odpowiedzialny. Wtedy wiem wszystko na temat potencjalnych przesiadek, znam plany metra w obcych miastach.

Dokąd jeździ pan z rodziną?

- Dopóki nie było dzieciaków, braliśmy z Anetą samochód i jechaliśmy w Polskę albo na Bałkany - trochę "w ciemno", z namiotem. I myślę, że w tym roku do tego wrócimy, bo dzieci już nam podrosły. Gdy były małe, to raczej wypoczywaliśmy w stylu "palma i basen", żeby one miały zabawę i nie męczyły się w samochodzie. Ale nawet z maluchami zawsze nas nosiło. Na przykład na Rodos zrobiliśmy kilkaset kilometrów samochodem, by zobaczyć różne miejsca.

Jak pan poznał swoją żonę?

- Byłem początkującym asystentem w Akademii Teatralnej. Przyszedł nowy rocznik. I wtedy ją zobaczyłem: biegła po schodach w niebieskiej sukience. 

Początkowo kryliście się ze swoim uczuciem. Mieliście tajny system porozumiewania?

- Mieliśmy ustalone miejsce, w rodzaju skrzynki pocztowej, gdzie zostawialiśmy sobie liściki. Podczas omawiania ocen semestralnych postanowiłem wyjść z zebrania rady wydziałowej. Uznałem, że to byłoby nie fair, gdybym brał udział w dyskusji nad wynikami Anety. I wtedy "ciało pedagogiczne" spojrzało na mnie ze zrozumieniem i powiedziało: "Dobrze, że wychodzisz. Wiemy dlaczego".

Z jakiego powodu w pewnym momencie postanowił pan zrezygnować z kariery aktorskiej?

- Będąc jeszcze na studiach spotkałem kolegę, który przyszedł do bursy na obiad z rakietą tenisową. Spytałem: "Ty masz jeszcze czas na takie rzeczy?". A on: "Uczę się na trenera. Trzeba mieć w razie czego drugi zawód. Pójdź sobie pod ścianę płaczu".

Co to jest ściana płaczu?

- To jest takie miejsce w akademii, gdzie są nazwiska ludzi, którzy skończyli tę szkołę. I jak się uważnie przypatrzeć, to na jeden rocznik przypadają średnio trzy lub cztery rozpoznawalne nazwiska. Ten kolega zainspirował mnie, żeby opracować "plan B". Zgłosiłem się na casting do Radia Kolor Manna i Materny. Potem przeniosłem się do klasycznie rockowej Wawy. Najpierw kleiłem taśmę szpulową. Śmiesznie było.

Tęskni pan za tym?

- Ogromnie, bo to była fantastyczna przygoda. Jechałem rano do redakcji ze świadomością, że zaraz będę budzić około czterech pełnych stadionów Legii i że ode mnie trochę zależy, jak zacznie się ich dzień. To duża odpowiedzialność. Ludzie pytali mnie potem, co wącham z rana, że mam tyle energii. A to ta świadomość podnosiła mi poziom adrenaliny.

Ale w końcu los sprawił, że wrócił pan na scenę. Jak do tego doszło?

- Na moim roku było trzech wariatów, którzy po skończeniu studiów nie przyjęli etatów, tylko założyli pierwszą prywatną scenę - Teatr Montownia. Ich "Zabawa" Sławomira Mrożka odniosła sukces i zabrali się za kolejną sztukę. Miał w niej grać początkowo Adaś Woronowicz, ale nie dostał pozwolenia ze szkoły. Na miesiąc przed premierą chłopaki zostali postawieni w sytuacji bez wyjścia. Przypadkowo spotkałem się z jednym z nich na ulicy. Odbyła się typowa kumpelska rozmowa. Ja mu pokazałem zdjęcia z olimpiady w Atlancie, bo pojechałem tam jako reporter. A on mi poopowiadał o Montowni. Usłyszałem: "Wpadaj do nas na premierę". A za chwilę zadzwonił, czy nie chciałbym z nimi grać.

Teraz można było was zobaczyć w "Sile wyższej" TVP. Mocny komediowy kwartet.

- Bardzo ucieszyliśmy się z tej propozycji. Choć występujemy razem od kilkunastu lat na scenie, bardzo rzadko gramy razem przed kamerą. W "Sile..." wcielamy się w czterech polityków z różnych ugrupowań, którzy przyjechali na szkolenie moralności. I wprowadzamy tam fajne absurdalne poczucie humoru.

A jak się panu pracowało z Agnieszką Holland przy serialu "Ekipa"?

- Agnieszka szukała aktora bez wielkiego doświadczenia, żeby w roli premiera nie budził żadnych skojarzeń. Ja przed "Ekipą" grałem tylko w dwóch większych produkcjach: w "Bulionerach" i w "Oficerach". Agnieszka podchodziła do mnie z wielkim zaufaniem, ale i troską - trochę jak do dziecka, które trzeba poprowadzić. Nigdy nie wyczuwałem u niej zniecierpliwienia. Uświadomiłem sobie, że ten serial nie jest czystą rozrywką, że można pracować w słusznej sprawie i nie spieszyć się. To było chyba najbardziej profesjonalne i najmądrzejsze spotkanie zawodowe. Nie chciałem stracić żadnej sekundy, uwielbiałem jej słuchać.

Zmieńmy temat. Pisze pan listy do św. Mikołaja?

- Dzieci piszą. Ale myślę, że w tym roku zarządzę, by dorośli nie zasypywali dorosłych prezentami.

Dlaczego?

- Chcę za wszelką cenę uciec od galeriozy.

Co to jest "galerioza"?

- To jest choroba (śmiech). Zamiast przeżywać Święta, piec makowce i serniki, ubierać choinkę, iść na sanki i spędzać czas razem, chodzi się po galeriach, by upolować kolejny prezent. Generalnie jestem raczej zainteresowany atmosferą niż konsumowaniem. Na przykład w ogóle nie przepadam za jedzeniem. Wszyscy twierdzą, że jako człowiek pozbawiony zmysłu smaku, zaspokajający jedynie głód, jestem uboższy (śmiech).

Pan podobno zachwyca się żoną od lat. To dziś rzadkie, w dobie błyskawicznych rozstań.

- To jest postawa chyba zakorzeniona w moim wychowaniu. Moi rodzice też nie dopuszczali w swoich dzieciach poczucia, że mogą się rozstać. Mieliśmy więc z siostrami pewność egzystencji tej naszej rodzinnej komórki.

Ale chyba czasem się kłócicie?

- Trzaskanie drzwiami i kłótnie to przecież nie ominie nikogo. Myśmy z żoną mieli różne przejścia. Ale jesteśmy razem. To może się wydawać niektórym nudne albo ograniczające. Ale mam przekonanie, że nasza mała stabilizacja jest wartościowa. I fajnie patrzeć na dzieciaki, które mają w nas oparcie.

Ma pan jakieś marzenie?

- Ostrożnie z marzeniami. Mam poczucie, że dużo dostałem od życia. Ono bardziej głaszcze mnie po głowie niż bije. Nie chcę zapeszać. Podoba mi się, jak jest.

Iwona Zgliczyńska

SHOW 25/2012

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Perchuć | skandal | małżeństwa | Aneta Todorczuk-Perchuć

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje