Monika Krzywkowska: Kocham i nienawidzę jednocześnie

Tak mówi o swoim zawodzie aktorka, która przypomniała o sobie świetną rolą w serialu „Skazane”. Dzieli się też patentem na udany związek i opowiada o zmaganiach z ciężką chorobą. „Test na dzielność oblałam”, wyznaje szczerze.

Jak się czułaś w skórze Sylwii z serialu "Skazane"?

Reklama

Monika Krzywkowska: - Doskonale. Na takie role się czeka: bogate, dobrze napisane, odważne. Sylwia jest moim przeciwieństwem. Ma nie tylko inny sposób ubierania, ale też inaczej myśli, inaczej postępuje. Granie jej było dla mnie dużą frajdą.

Powiedziałaś kiedyś, że przy każdej roli uczysz się czegoś nowego o sobie. Czego tym razem się dowiedziałaś?

- Że nie mam takich "jaj" jak moja bohaterka (śmiech). Sylwia jest ode mnie odważniejsza, szybciej się zbiera po wszystkich życiowych zawirowaniach, jest bardziej zahartowana i bardziej pewna siebie. Ma "power", którego jej zazdroszczę. Dla dobra rodziny jest gotowa przekroczyć wszelkie granice, nawet złamać prawo.

Czy grając ją, myślałaś, jak sama byś się zachowała?

- Tak, chociaż życie często weryfikuje te nasze deklaracje. Trudno przewidzieć, jak się zareaguje w ekstremalnej sytuacji. Możemy tylko zakładać, domniemywać, gdybać. Gdybałam więc, że jeśli to mój mąż siedziałby w więzieniu, czekałabym na niego, odwiedzałabym go i wspierała. Nawet nie mając pewności, że kiedykolwiek z tego więzienia wyjdzie. Ale czy na pewno? Nie żyję z kryminalistą, więc tego nie wiem. Zakładam, że nasza relacja, nasza miłość jest na tyle silna, że tak właśnie bym się zachowała. I że nie ma sytuacji, która by sprawiła, że musielibyśmy się rozstać. Nie wiem, co strasznego musiałoby się stać.

Jesteś w związku z imponującym 20-letnim stażem. Jak to się robi?

- Trzeba się bardzo lubić i przyjaźnić. To banał, ale naprawdę o to w tym wszystkim chodzi. Najlepiej się czuję w towarzystwie swojego męża (operatora telewizyjnego Marcina - przyp. red.). Za każdym razem, kiedy znajdowałam się w jakimś obcym miejscu czy sytuacji, żałowałam, że nie ma go obok mnie. Bo i tak mu o tym potem opowiadałam. Lubię z nim dzielić każdą sytuację. Jesteśmy sobie bardzo bliscy. Mamy podobne poczucie humoru. On ma też do mnie dużo cierpliwości. Jest góra cech, które w nim lubię, a które niełatwo znaleźć u innych ludzi, mężczyzn, z którymi się przyjaźnię. Mój mąż jest bezkonkurencyjny.

Jak się poznaliście?

- To było bardzo dawno temu. Byłam wtedy "szczeniarą" z liceum. Kiedy go poznałam, od razu mi się spodobał. Uważałam jednak, że nie jestem w jego typie. Nie sądziłam nawet, że będziemy razem. Nie myślałam, że stworzymy związek na zawsze i że założymy rodzinę. Tamtej dziewczyny, którą wtedy byłam, dziś już nie ma. On też jest już kompletnie innym mężczyzną. Ale jesteśmy razem i wspólnie z naszą córką Leną (10) tworzymy wspaniałą rodzinę.

Podobno byłaś bardzo kochliwa. Ile razy płakałaś z miłości?

- Ciągle! Od przedszkola, przez podstawówkę, na liceum skończywszy, wciąż ktoś mi łamał serce. Bo moje miłości, niestety, bywały nieodwzajemnione.

Byłaś nieśmiała?

- Raczej tak. Ta cecha została mi zresztą do dziś. Aktorzy często bywają nieśmiali. I paradoksalnie to właśnie scena pozwala im tę cechę oswoić.

Nieśmiałość nie paraliżuje na scenie?

- Czasem tak, ale ja na przykład znacznie gorzej znoszę prywatne wystąpienia, bo na scenie mam maskę, którą się mogę zasłonić. To znieczula. Prywatnie mam problem np. z dzwonieniem w swojej sprawie do reżyserów, producentów. Nie lubię tego robić. Wolę, żeby ktoś za mnie takie rzeczy załatwił. Przypominanie o sobie reżyserom, upominanie się o role jest pewnie krępujące. To bardzo trudne! My, aktorzy, jesteśmy sami sobie towarem, który w dodatku musimy zareklamować. Trzeba dużego dystansu, taktu, odwagi, poczucia humoru i braku skrupułów, żeby sobie z tym poradzić. Przez lata się tego uczę, ale wciąż jeszcze nie czuję się w tym pewnie.

- Inaczej do sprawy podchodzi młode pokolenie. Oni bardziej agresywnie się reklamują, walczą o siebie, przebijają się. To nowe pokolenie ma już inne podejście, inaczej myśli o sobie i o zawodzie. Wykorzystują każdą okazję, żeby o sobie przypomnieć producentom i reżyserom. I, co ważne, nie mają w sobie tej skromności, którą wpajano mojemu pokoleniu. My wciąż słyszeliśmy: "Jak cię będą chcieli, to cię poproszą. Siedź cichutko i czekaj na swoją kolej". Dziś już na szczęście tego nie uczą.

Z której roli jesteś najbardziej dumna?

- Najwięcej serca, potu i łez daję moim bohaterkom scenicznym. Natomiast z tych telewizyjnych ról za ważną uważam Sylwię Miller z serialu "Skazane". Jednak widzowie pewnie najlepiej kojarzą mnie z rolą Teresy Jankowskiej w "Samym życiu".

Ten serial dał ci wielką popularność. U jej szczytu nagle zniknęłaś z mediów.

- Tak, zniknęłam choć tylko w świadomości ludzi. W moim zawodzie jest tak, że wystarczą dwa, trzy lata, żeby ludzie o nas kompletnie zapomnieli. Tymczasem od lat intensywnie pracuję w teatrze, robię dużo różnych rzeczy, np. dubbing. Czuję się osobą zapracowaną, dlatego dziwiły mnie pytania, dlaczego zniknęłam, co się ze mną dzieje, czy może wyjechałam, a może zachorowałam. To akurat prawda.

Niewiele osób wie, że przez dłuższy czas zmagałaś się z nowotworem - czerniakiem. Czujesz, że dostałaś drugie życie?

- Myślę, że każde spotkanie z czymś, co nas przerasta i nie wiadomo, jak się potoczy, to rewolucja w głowie, sercu i systemie wartości. Każdy, kto się zetknął z czymś, na co nie ma wpływu, odbiera to jako cios, ale i prezent. Bo choć niechciany, to potem, kiedy się o tym wszystkim pomyśli z dystansu, okazuje się, że ten prezent był jednak potrzebny. Jeśli ktoś wierzy, że wszystko jest po coś, dostrzega, że czasem coś, co było złe, bolesne i przerażające, można przerobić na jakąś wartość. Po tych przeżyciach zyskuje się na przykład radość życia i dystans do bzdur, którym wcześniej za dużo oddawaliśmy czasu, myśli i energii, i którym dawaliśmy się niepotrzebnie zatruwać.

Często w chwili, gdy dowiadujemy się o chorobie, dopada nas bezradność. Z tobą też tak było?

- Miałam poczucie, że brak mi siły. Myślę, że to jest taki moment, kiedy nikt nie próbuje być bohaterem, nikt nie ma myśli, żeby być dzielnym, choć pewnie każdy chce taki być. Ja miałam wrażenie, że swój test na dzielność oblałam, bo to jest taki moment w życiu, w którym nie ma skąd wziąć siły. Nie ma się jej i już. A sprawy toczą się same. Jakkolwiek by się człowiek do tego nie przygotował, jakie by nie było wsparcie przyjaciół, rodziny, bliskiego człowieka, i tak ma się poczucie, że jest się w tym wszystkim osamotnionym. Oczywiście zadaje się pytania: "Dlaczego mnie to spotkało?", "Dlaczego ja?". To abstrakcja i niemoc, na którą nie ma sposobu.

- Musiało upłynąć parę lat, żebym poczuła, że jestem zdrowa. Tak się nastawiłam. Ale gdy po latach zaczęłam głośno mówić o raku, zaraz tego pożałowałam. Mówiłam o chorobie w dobrej intencji, żeby dać komuś nadzieję, zachęcić do badań, wesprzeć. Tymczasem odebrano to negatywnie i za to, że powiedziałam o swoich problemach, spadła na mnie pierwsza w życiu fala hejtu. To była cenna lekcja, dlatego podchodzę do tego tematu bardzo ostrożnie.

Łatwo otwierasz się na ludzi?

- Kiedy w moim otoczeniu, w mojej grupie znajomych, pojawiają się nowe osoby, zawsze się z tego cieszę. Chętnie poznaję nowych ludzi. Kiedy pojawia się osoba nie do końca fajna, szybko to wyczuwam. Bardzo łatwo wychwytuję fałsz, więc jeśli już kogoś polubię, nie wiem, co musiałoby się stać, żebym nagle straciła do tej osoby zaufanie. Nigdy nic takiego mnie zresztą nie spotkało. Nie jestem aż tak wielką gwiazdą, żeby ktoś się przy mnie chciał wygrzać (śmiech). Sama miałam kilka takich sytuacji, że w obecności osób, które znałam z ekranu, poczułam się nagle jak "cywil", który chciałby poprosić o autograf. Tak było na przykład, kiedy grałam z Magdą Zawadzką i Małgosią Niemirską. To było fajne przeżycie.

Masz wzór kobiety?

- Każda z kobiet, które znam, ma coś, za co ją podziwiam. Co innego cenię u mojej mamy, co innego u przyjaciółek i znajomych. Nie mam natomiast wzorca, jednej kobiety, o której myślę, że jest moim ideałem.

A co cenisz w sobie?

- Determinację. Jeśli na czymś bardzo mi zależy, nie boję się wysiłku, który może być z tym związany. To też rodzaj pracowitości, wytrwałości. Widzę, że jeżeli coś jest dla mnie bardzo ważne, nie wymiękam. Inna cecha to poczucie humoru, które pomaga mi w życiu. Z powodu mojej pracy mam też pewien rodzaj wrażliwości, empatii i ciekawości. To pozwala lepiej rozumieć innych, a więc także wybaczać i spokojnie się z ludźmi odnajdywać.

Jaką jesteś kobietą, partnerką i przyjaciółką?

- Na wszystkich tych frontach staram się być po prostu w porządku. Staram się i w domu, i w miłości, i w przyjaźni zachowywać się tak, jakbym sama chciała być traktowana. Staram się być taką kobietą, jaką sama chciałabym poznać.

Trudno nie zauważyć, że dziś wyglądasz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Co się za tym kryje?

- Staram się dbać o wygląd dla siebie, dla partnera, dla ewentualnych ról. Trzymam się w dobrej kondycji, na ile się da. Odżywiam się dobrze, miewam też zrywy sportowe. W pewnym momencie zauważyłam, że z wiekiem metabolizm spowalnia, więc trzeba mu pomóc. Okazało się, że ruch jest zbawienny. A skutkiem ubocznym sportu jest dobry wygląd.

Kiedy czułaś się najlepiej w swojej skórze?

- Zaraz po urodzeniu córki. Byłam już wtedy dobrze po trzydziestce. Choć jeśli się ma trzydzieści kilka lat, człowiek nie czuje się na tyle, wciąż w głowie jest się wtedy dwudziestokilkulatkiem. Nawet dziś, mając czterdzieści lat, czuję się młodsza. I myślę: "Czterdzieści? Jakie czterdzieści!?". To jakaś abstrakcja. Jedno mogę stwierdzić z całą pewnością - trzydziestka to superczas, ale po czterdziestce też jest całkiem nieźle. Nie wolno dać się złapać w pułapkę myślenia o sobie w odniesieniu do wieku, choć bywa, że kiedy o czymś zapomnę, mówię: "O, już ten wiek". Potem się za to karcę, bo przecież spotykam wiele dojrzałych kobiet w różnym wieku. Fajnych, pięknych, wspaniałych. Trzeba sobie zabronić wkręcania się w takie myślenie, że teraz, po czterdziestce, to już tylko siwe włosy, kapcie i siedzenie w domu.

Zwłaszcza, że zdaniem naukowców odmłodnieliśmy o dekadę. Karwowski z "Czterdziestolatka" był starszym panem, a dziś czterdziestolatkowie to młodzi atrakcyjni mężczyźni.

- No właśnie! Dobrze pamiętam moich rodziców, gdy byli po czterdziestce. Wyglądali i zachowywali się zupełnie inaczej niż dzisiejsi czterdziestolatkowie. To był też inny świat, kobiety inaczej o sobie myślały, nie miały też wielu możliwości dbania o siebie. To były po prostu inne czasy. Czym innym się wtedy żyło. My mamy szczęście, że urodziliśmy się w lepszych czasach.

Dziś dla wielu kobiet normą jest już dbanie o wygląd przy wsparciu medycyny estetycznej. Co o niej sądzisz?

- Jestem otwarta. Jeśli można coś dla siebie zrobić, to dlaczego nie? Warto odżywiać, regenerować i nawilżać skórę. Mezoterapia i kwasy to też coś, z czego warto korzystać, bo niewiele kremów daje taki efekt jak one. Rozumiem to i uważam, że nie ma w tym niczego złego. Oczywiście do wszystkiego trzeba mieć zdrowe podejście. Jako aktorka nie mogę sobie zrobić czoła gładkiego jak lustro, bo odbiorę sobie w ten sposób pracę. Zatem zbotoksowana twarz mi nie grozi, ale raz na jakiś czas warto zrobić dla siebie coś dobrego.

A potem ukryć całą urodę, grając taksówkarza w spektaklu "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku". Kiedy widziałam ten spektakl po raz pierwszy, trudno mi było uwierzyć, że to ty.

- To fajne doświadczenie móc aż tak się zmienić i pokazać swoje możliwości. To niespełnione marzenie aktorów, żeby reżyserzy wybrali się do teatru i zobaczyli nas w innej odsłonie, żeby porzucili te szufladki i uwierzyli, że mamy znacznie większe możliwości. Oczywiście nie wolno uciekać od warunków, ale skala naszych możliwości jest zazwyczaj większa niż to, co się nam proponuje.

Jako zodiakalna ryba jesteś pewnie nadwrażliwa?

- Nadwrażliwa i niezdecydowana! Kocham, nienawidzę, chcę i nie chcę jednocześnie. Kocham swój zawód i go nienawidzę. Czy chciałabym wszystko zacząć od nowa? Tak. Czym bym coś zmieniła w życiu? Nie. Naprawdę, nie sposób ze mną dojść do ładu. Płaczę też na reklamach, każda coca-cola mnie załatwia (śmiech).

Ryby to też marzycielki...

- Mnie marzy się domek na polskiej wsi, do którego można pojechać, by popatrzeć na pola, lasy, kurki, krowy... Z kubkiem kawy w dłoni obejrzeć zachód słońca i się tym widokiem napawać. Marzę o takim miejscu, gdzie mogłabym się oddalić od codzienności, w której żyję. Intensywnie się za nim rozglądam.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje