Nie martwią mnie zmarszczki

Choć skończyła 40 lat, nie planuje wizyty u chirurga plastycznego. I tak czuje się młoda. Katarzyna Skrzynecka opowiada o szalonej urodzinowej imprezie i spokojnym życiu u boku męża.

Wszystkiego najlepszego, Kasiu, z okazji 20-lecia pracy artystycznej. Od redakcji SHOW i od naszych czytelniczek.
Katarzyna Skrzynecka: - Dziękuję. Ten rok jest dla mnie szczególny, bo obchodzę dwa jubileusze zawodowe: 20-lecia pracy aktorskiej oraz muzycznej. Jako wokalistka debiutowałam w Opolu w 1990 roku. Miałam zaszczyt i szczęście ten festiwal wygrać. Niespełna rok później debiutowałam w teatrze jako aktorka w musicalu "Metro", gdzie zagrałam główną rolę, Ankę.

Reklama

Niedawno obchodziłaś też urodziny. Czy czterdziestka to czas podsumowań?
- Dla wielu ludzi to kamień milowy. Dla mnie - takie same fajne urodziny jak inne, tyle że okrągłe.Uważam, że trzeba być wdzięcznym losowi za każdy przeżyty w zdrowiu rok i z uśmiechem wchodzić w kolejny. Tak naprawdę o tym, czy jesteśmy młodzi, czy starzy, świadczy nasz umysł i nasza dusza. Po sześćdziesiątce możesz być pogodnym, pozytywnym człowiekiem, mieć energię i wygląd 30-latka. A możesz też jako 22-latka mieć wiecznie zgorzkniałą, wredną paszczę i wyglądać jak stary wuj.

Aktorki po trzydziestce panicznie boją się zmarszczek. Ty też?
- A skąd! Nie martwią mnie mimiczne zmarszczki. Przez to, że mam wiecznie roześmianą buzię, już w wieku 17 lat dorobiłam się "kurzych łapek śmiechowych". Zaprzyjaźniłam się z nimi i absolutnie nie mam zamiaru niczego sobie wstrzykiwać.

Jak świętowałaś urodziny?
- To był fantastyczny wieczór, kolacja w ulubionej toskańskiej restauracji, z rodziną i przyjaciółmi, w szampańskiej atmosferze. Dobra muzyka i parkiet pełen roześmianych przyjaciół. W gronie naszej artystycznej ekipy (m.in. Piotrek "Gąs" Gąsowski, Hania "Śleszka" Śleszyńska, Joasia "Lisza" Liszowska, Majka "Jeżu" Jeżowska, Robert "Rozi" Rozmus) mamy taką zabawną tradycję, że na urodziny piszemy dla jubilata specjalne piosenki, oczywiście im bardziej niecenzuralne i śmieszne, tym lepiej. Na przyjęciu urodzinowym towarzystwo uroczyście owe dzieła odśpiewuje, a jubilat i goście pokładają się ze śmiechu.

- W tym roku usłyszałam: "(...) i wypij drinka, bo czterdziestkę skończyła dziś Skrzynka" - niestety tego, co w domyśle, nie mogę zacytować (śmiech). Ja zaś odpowiedziałam strofką (na melodię "Sing, Sing"), nawiązując do mojego nieszczęsnego spóźnialstwa: "A za sześć kolejnych dych/ kiedy wcielą mnie do grona starych dryb/ zamiast mnie kostucha/ niech wyzionie ducha/ w życiu bywa różnie... Płyń, płyń moja piosnko, płyń/ zanim złożą Skrzynię wśród drewnianych skrzyń/ każdy wie rozumny/ że do własnej trumny/ też się, kurczę, spóźnię".

Otaczasz się wyjątkowo pogodnymi ludźmi.
- Unikam ludzi wrednych, zawistnych. Jeśli muszę z takimi pracować, staram się to robić szybko i bezboleśnie, a potem uciekać jak najdalej.

W Twojej rodzinie nie było artystów.
- Rodzina żartuje, że same "słoniowe uszy". Po kim odziedziczyłam słuch, nie wiem, ale bez wątpienia jestem dzieckiem z prawego łoża (śmiech). Moi rodzice zawsze byli miłośnikami dobrej muzyki i sztuki. Odkąd pamiętam, chodziliśmy razem do teatru, na koncerty... Obudzili we mnie tę pasję. A kiedy okazało się, że mam w tym kierunku predyspozycje, posłali mnie do szkoły muzycznej. Włożyli mnóstwo serca i pracy w to, żebym się mogła kształcić w różnych kierunkach i wybrać to, co mnie pasjonuje najbardziej. Jestem im za to ogromnie wdzięczna.

Jak zareagowali, gdy dostałaś się do obsady kultowego "Metra"?
- Byli bardzo dumni. Studiowałam na drugim roku Akademii Teatralnej, a wieczorami pracowałam w teatrze. Było trudno, bo żeby uzyskać pozwolenie od wykładowców na granie w teatrze lub filmie, trzeba było mieć superwysoką średnią.

"Metro" to był wielki sukces. Udział w nim był dla ciebie dużym przeżyciem?
- O tak, był stres i adrenalina, pot i łzy. Była też wielka satysfakcja. W pamięci przechowuję ciekawe "perełki". Pamiętam dziewczyny koczujące pod teatrem na Darka Kordka i napisy na murach: "Kochamy Groniec, a Skrzynecka to p...". Albo odwrotnie.

Dwa lata po debiucie dostałaś nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Zasypywano cię propozycjami, byłaś na szczycie i wtedy odrzuciłaś pewną rolę... Żałujesz?
- Chodziło o dużą liczbę tzw. rozbieranych scen, których wolałam wtedy uniknąć. Czy to był błąd? Czasami nagość na ekranie jest uzasadniona, sceny miłosne pokazane są pięknie i subtelnie, ale częściej chodzi niestety tylko o przysłowiową "babę z gołym cycem". A jak już jest młoda aktorka, to w ogóle fajnie, żeby pokazała trochę ciała.

- Może parę lat później, gdy już wypracowałam swoją wartość jako aktorka, nie musiałabym mieć takich obiekcji. Ale na początku mojej drogi nie chciałam być postrzegana jako osoba, która zaczyna od paradowania nago po ekranie.

Dowiedz się więcej na temat: Skrzynecka Katarzyna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje