Od Opola do Opola

Po czterdziestu latach Stanisława Celińska (62) triumfalnie powróciła na festiwal w Opolu!

SHOW opowiada o swym pierwszym, pamiętnym występie, o kosztach sławy i o tym, kto nie pozwolił jej stoczyć się na dno.

Reklama

Jest rok 1969. Opole. Urocza, szczupła i nikomu wówczas nieznana brunetka śpiewa utwór "Ptakom podobni". Dostaje nagrodę za debiut. "Pamiętam, że jechałam do Opola z duszą na ramieniu. Nawet na sukienkę nie miałam pieniędzy", opowiada SHOW Stanisława Celińska. "Dyrektor festiwalu Edward Fiszer zaproponował mi wówczas pożyczkę. Nie chciałam jej przyjąć, ale on powiedział: "Oddasz mi te 600 zł, jak zrobisz karierę"".

Już z nastaniem lat 70. zaczęto mówić o Celińskiej: jedna z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych aktorek. Wtedy postanowiła oddać Fiszerowi pieniądze. "Roześmiał się tylko: "Kochana, to ty myślisz, że już zrobiłaś karierę?!". Fajny facet, potrafił się zachować", mówi aktorka. To wspomnienie wróciło do niej z całą siłą, kiedy niedawno znów wystąpiła w opolskim amfiteatrze. Z zespołem Los Locos, grającym muzykę latynoamerykańską, Celińska zaśpiewała na tegorocznym festiwalu "Atramentową rumbę". I znowu wzbudziła entuzjazm.

Pisano: "Nasza polska Cesaria Evora", "Tylko kobieta dojrzała i po przejściach mogła zaśpiewać tak nostalgiczny tekst". Aktorka przyznaje, że wiele w tym prawdy: "Patrzę dziś w lustro i choć widzę twarz zmęczoną życiem, podoba mi się".

Ze Stalowej do Cannes

Stanisława Celińska jest pierwszą polską aktorką, która publicznie przyznała się do alkoholizmu. Zaczęła pić w wieku 36 lat, przestała po pięciu. Dziś nie chce już o tych czasach rozmawiać. Nie chce wspominać zawalonych nagrań, bo nie dojechała na plan, i ról, które grała w teatrze, trzymając się dekoracji. Chętniej mówi o trudnym dzieciństwie, które spędziła na warszawskiej Pradze, przy ulicy Stalowej.

Urodziła się dwa lata po zakończeniu wojny, w biednej rodzinie. Matka Stanisławy grała na skrzypcach. Miała wyjechać do konserwatorium w Paryżu, ale los tak pokierował jej życiem, że musiała grać na ulicy, za grosze. Ojciec był pianistą. Umarł, gdy Stasia miała zaledwie trzy lata. Dziewczynkę wychowywała macocha matki, osoba zasadnicza i starej daty. Dla małej była autorytetem. Chciała, by dziewczynka została lekarką, ale gdy spostrzegła jej determinację, pogodziła się z myślą, że Stanisława zostanie aktorką. Celińska szybko odniosła sukces w zawodzie.

W 1970 roku trafiła na festiwal do Cannes z filmem "Krajobraz po bitwie", z reżyserem Andrzejem Wajdą i grającym główną rolę Danielem Olbrychskim. "Okropnie się martwiłam, bo film miał dużą szansę na nagrodę, a kiepską promocję", wspomina aktorka. "Daniel powiedział mi wtedy: "Ciesz się, że w ogóle tu jesteś, bo nie wiadomo, czy kiedykolwiek tu wrócisz". Było słońce, czerwony dywan, palmy, jachty, a ja się zamartwiałam. Dopiero dziś, po tylu latach, potrafię być bardziej beztroska i cieszyć się drobiazgami", wyznaje Celińska.

Czas walki

Za mąż wyszła tuż po studiach. Chciała być perfekcyjną aktorką i cudowną matką, najlepszą w każdej roli. Była u szczytu popularności, kiedy zaczęły się konflikty w jej małżeństwie, i odeszły, wspierające ją dotąd, babcia i mama. Jako aktorka odnosiła sukcesy. W roku 1983 wszedł na ekrany telewizorów serial o życiu mieszkańców bloku na warszawskim Ursynowie, "Alternatywy 4", gdzie brawurowo zagrała szukającą miłości nauczycielkę. Rok później zebrała świetne recenzje za monodram "De profundis". To wtedy nie wytrzymała ciśnienia. Zaczęła uciekać od obowiązków. I pić. Wielu reżyserów wykreśliło z notesu jej numer telefonu. Po latach w jednym z wywiadów mówiła: "Po kieliszku robiło się swojsko i normalnie, nie było Stanisławy

Celińskiej, wybitnej aktorki, której spektakle są jak msze, była Stacha, równa babka, która podoba się facetom". Alkoholem leczyła nadwrażliwość. To córka Aleksandra i syn Mikołaj dali jej siłę do walki z alkoholizmem. Pytana, jak udało się jej zerwać z nałogiem bez wsparcia terapeutów i grup AA, aktorka nie waha się używać wielkich słów. Mówi: po prostu Bóg. Pewnego dnia w sklepie nie włożyła piwa do koszyka. Przyznała się przed sobą: "Jestem alkoholiczką". Poprosiła Boga, by pomógł jej wytrwać. Udało się. Od 21 lat nie pije.

Po prostu szczęśliwa

Nastał czas wielkich zmian w jej życiu. Przeprowadziła się do Poznania, rozstała z mężem, rzuciła (też skutecznie!) palenie papierosów. Szansę powrotu na scenę dostała podczas festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Kompozytor Jerzy Satanowski przekonał organizatorów, że Celińska na pewno nie zawali. Powróciła odmieniona - dojrzała kobieta o krótkich włosach i zmęczonej twarzy. Śpiewając "Song sprzątaczki" zdjęła szpilki, bo nie było jej w nich wygodnie. Tekst Jonasza Kofty rozpoczynał się słowami "Jak one, te ludzie, brudzo, to opadajo ręce". Publiczność oszalała. Interpretacja Celińskiej zyskała status kultowej. Aktorka znów wróciła do intensywnej pracy. Przez trzy lata zagrała aż w piętnastu filmach! Kolejnym przełomem był rok 1998, gdy spotkała Krzysztofa Warlikowskiego. "Pracując z tym młodym reżyserem odkryłam, że istnieje teatr, który dotyka głębi człowieka. To było mocne doświadczenie", wspomina w rozmowie z SHOW. W spektaklu "Oczyszczeni" zagrała wstrząsającą rolę starzejącej się tancerki peep show, za którą w 2002 roku dostała prestiżową teatralną nagrodę Feliksa.

Ta rola dużo ją kosztowała. Na scenie tańczyła w samej bieliźnie, obnażała piersi. Podobno wiele razy chciała zrezygnować. Ale jest uparta i nie boi się wyzwań. O aktorstwie mówi: "Gra bywa dla mnie czasem jak lewitowanie, jak wycieczka w najbardziej niesamowite regiony". Na pytanie, co daje jej dziś najwięcej szczęścia, odpowiada słowami Antygony Sofoklesa: "Mądrość jest największym szczęściem człowieka". Ale zaraz dodaje ze śmiechem: "Szkoda tylko, że ona tak późno do nas przychodzi. Dziś potrafię już cieszyć się drobiazgami, bo każdy dzień jest cudem. Ten wczorajszy, dzisiejszy i może jutrzejszy. Jestem teraz o wiele bardziej szczęśliwa niż wtedy, kiedy miałam 25 lat i tendencję do cierpienia za miliony".

Najważniejsze dla Celińskiej są jednak dzieci. Ma też troje wnuków: Cezarego i Filipa oraz najmłodszą Lilianę. "Kiedy na nich patrzę, wiem, że dobrze zrobiłam, podejmując się kiedyś trudu macierzyństwa", mówi. "A kiedy widzę tę moją najmłodszą wnuczkę, to rozczulam się: Boże, a może ta maluszka z niebieskimi oczami i rudymi włoskami będzie kiedyś artystką? Tak właśnie czasem sobie marzę".

Iwona Zgliczyńska

Więcej informacji znajdziesz w najnowszym numerze magazynu o gwiazdach SHOW - w sprzedaży od 22 czerwca!

Dowiedz się więcej na temat: festiwal | aktorka | show | Festiwal w Opolu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje