Ola Domańska: Uwaga! Talent

Z Garwolina trafiła wprost do kolorowego świata show-biznesu. Nam opowiada o trudnych początkach kariery, niechęci do bycia celebrytką i zdradza, jak Anja Rubik pomogła jej spełnić marzenia.

Jej twarz zdobi dziś billboardy w całej Polsce. Dzięki komedii romantycznej "Podatek od miłości", w której partneruje Grzegorzowi Damięckiemu (50), Aleksandra Domańska (28) jest na fali. Jednak gdy się spotykamy, poznaję fajną, skromną i niezmanierowaną dziewczynę. "Patrzę na te plakaty i mam wrażenie, że to nie ja", mówi. I zdradza, że jeszcze niedawno była bez pracy.

Być jak Anja Rubik

Reklama

W świat filmu Ola weszła z przytupem. Zaledwie rok po ukończeniu Akademii Teatralnej zagrała w głośnej "Drogówce" Wojciecha Smarzowskiego. Szybko dostała angaż do popularnego serialu Dwójki "O mnie się nie martw", potem były kolejny film Smarzowskiego ("Pod Mocnym Aniołem"), obraz Machulskiego "Volta" i... cisza.

"Przez ponad rok nie miałam pracy. To był bardzo ciężki czas i bolesna lekcja życia. Nauczyłam się, że zawód który wybrałam, jest ciężki, nieprzewidywalny. I że zawsze muszę mieć odłożone pieniądze na czas, w którym pracy będę miała mniej. Wtedy nie byłam na to przygotowana i kompletnie nie miałam za co żyć", opowiada.

Z "pomocą" przyszła jej supermodelka Anja Rubik. "Zawsze ją podziwiałam, była moją idolką. W tym trudnym dla mnie momencie czytałam wywiady z osobami, które podziwiam. Opowiadały o swoich początkach. Chwila, w której przeczytałam wywiad z Anją, była dla mnie przełomowa. Ona wyznała, że na początku drogi było jej bardzo ciężko, z całych sił walczyła o to, co ma. I nie siedziała na kanapie, czekając aż coś do niej samo przyjdzie. Gdyby nie te słowa, nie wiem, czy znalazłabym w sobie odwagę, żeby napisać do Krystyny Jandy z prośbą o angaż. Tak dostałam pracę, a castingowcy mnie zauważyli. Dzięki Anji pomyślałam: »Ty też możesz to zrobić. Musisz wstać z kanapy, przestać się bać i zrobić pierwszy krok, który jest najtrudniejszy. Reszta jakoś pójdzie«", mówi Ola.

Tylko nie celebrytka!

Dziś Domańska ma na koncie dziewięć seriali i dziewięć filmów, z "Podatkiem od miłości" na czele. I choć sława puka do jej drzwi, aktorka podkreśla, że nie marzy o życiu na świeczniku. "Powiedziałam kiedyś w wywiadzie, że nie chcę być celebrytką. Chodziło mi o bycie ozdobą ścianek, o »bywanie«, branie udziału w otwarciach butików i fotografowanie się z butami. O bycie osobą znaną z tego, że jest znana. W takim znaczeniu czuję, że bycie celebrytką nie jest dla mnie. Nie takie jest moje pojęcie o tym zawodzie. Nie chciałabym też wyskakiwać z lodówki. To po prostu nie jest mój świat", tłumaczy.

Z dystansem

W rozmowie z SHOW aktorka zdradza, że miniony rok był dla niej bardzo trudny: "W styczniu nagrałam ››Podatek od miłości‹‹ po czym znów praktycznie nie pracowałam. Zbiegło się to w czasie z rozstaniem z chłopakiem. To był dla mnie bardzo ważny związek, więc trudno mi było odnaleźć się w tej sytuacji. Wszystko to sprawiło, że zaczęłam się zmagać z ogromnym problemem, jakim jest kompulsywne jedzenie. To było straszne. Wiąże się z tym niestety ogromny wstyd, niemoc, wyrzuty sumienia. Trudno się do kogokolwiek zwrócić o pomoc. Sporo przytyłam - ludzie to widzieli i komentowali, co sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej. Jedzenie było wtedy dla mnie ucieczką, dawało mi ukojenie, poczucie bezpieczeństwa", mówi.

Okazało się, że aktorka ma jednak wokół siebie ludzi, którym bardzo na niej zależy. I to oni wyciągnęli ją z dołka. "Usłyszałam od przyjaciółki: »Ola, miałaś ciężki okres, tak sobie z tym poradziłaś, trudno. Ale jesteś wspaniałym człowiekiem i wiem, że znajdziesz w sobie siłę, żeby to odwrócić«. Spojrzałam na siebie w lustrze i pomyślałam: »Ok stało się - przytyłaś, masz megacellulit. Trudno, nie cofniesz tego. Teraz musisz zacząć o siebie dbać, zdrowo się odżywiać i ćwiczyć«. Uważam, że w takich momentach nie ma sensu się nienawidzić, bo to tylko pogłębi doła. Akceptuję siebie, staram się siebie pokochać. I dziś jestem na etapie walki. Nie mam obsesji na punkcie wyglądu, chodzi mi o zdrowie, jakość ciała", mówi.

Do podobnej walki motywuje fanki na Instagramie. Ostatnio opublikowała post, w którym wyznała, że sama niedawno zrozumiała, że warto kochać siebie i nie tylko nie przejmować się ocenami innych, ale przede wszystkim nie warto być własnym krytykiem. Bez skrępowania pokazuje swoje zdjęcia sauté.

"Nie zawsze jestem piękna. Mam gorsze momenty. Chcę pokazać dziewczynom, które w dzisiejszych czasach wszechobecnego kultu piękna mają bardzo ciężko, że nie ma niczego złego w tym, że czasem mamy gorszy dzień. Że mamy kiepskie włosy albo drugi podbródek. Nie rozumiem sztuczności niektórych gwiazd, okłamywania ludzi, prezentowania siebie tylko w wersji nieskazitelnej. Przecież prawda jest inna", mówi.

Sama na Instagramie zachwyca poczuciem humoru i autoironią. Publikuje przerobione fotki, na których jest jednym z aniołków Victoria’s Secret, na zdjęciu z wesela brata podpisuje siebie jako "starą pannę", żartuje też z niezbyt rozgarniętych blogerek modowych. A ludzie to kochają! Bo w dobie celebrytek z napompowanymi ustami i medialnych wojenek gwiazd, osoba tak naturalna jest jak brylant.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje