On ma talent

Po pół minuty rozpoznaje, czy ktoś będzie gwiazdą, czy nie. I nie boi się ostro mówić, co myśli. Nawet o Edycie Górniak, Dodzie i Kubie Wojewódzkim. To będzie jego jesień!

Dlaczego po kilkunastu latach szefowania Radiu ZET zdecydował się pan na debiut telewizyjny?
Robert Kozyra: - Zaczęło się od "Czasu honoru", teraz został pan jurorem "Mam talent"... Przez osiemnaście lat ciężko pracowałem. Tylko przez kilka miesięcy byłem dziennikarzem, potem byłem już wyłącznie szefem.

Reklama

- Wbrew temu, co się ludziom wydaje, to bardzo ciężka praca. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że wszedłem do budynku radia mając dwadzieścia lat, a wyszedłem jako czterdziestolatek. Dotarło do mnie, że przegapiłem bardzo fajny czas swojego życia. Gdy moi znajomi zakładali rodziny, umawiali się na kolacje, zwiedzali świat i robili inne fajne rzeczy, ja pracowałem. Wiele w życiu ominęło mnie bezpowrotnie. Kiedy więc skończyłem pracę, postanowiłem robić tylko to, co sprawia mi przyjemność. A "Mam talent" sprawia mi przyjemność. I to dużą.

Szefem Radia ZET został pan w wieku 26 lat. Młodzi szefowie to dobrzy szefowie?
- Nie! Nie mają dojrzałości, wiedzy, dystansu. Ale kiedy zaczynałem, rynek wyglądał zupełnie inaczej. Gdy zostałem szefem Radia ZET, stacja była na skraju bankructwa. Zanim zaproponowano mi tę funkcję, wielu menedżerów w stolicy próbowało się z tym uporać i nikomu się nie udało. Dlatego Andrzej Woyciechowski ściągnął mnie do Warszawy i oddał w moje ręce swoje radio. Udało mi się trzykrotnie zwiększyć słuchalność i stworzyć radio ogólnopolskie.

Skoro odniósł pan tak wielki sukces, dlaczego pan zrezygnował?
- W 2007 roku przyszedł moment zatrzymania. Miałem poważny wypadek. Lekarze zrobili mi wtedy wiele pogłębionych badań i nagle dowiedziałem się, że mam raka. Na stwierdzenie, jaki to rodzaj, musiałem czekać długie tygodnie. To był okropny czas w moim życiu. Odchodziłem od zmysłów, w ogóle nie spałem, ale mimo wszystko kierowałem firmą. Zaplanowałem sprzedaż mieszkania, leczenie w Szwajcarii, zacząłem przygotowywać rodzinę na to, co nas czeka. Oczekiwanie było wiecznością. Ponieważ miałem złamany kręgosłup, przez pół roku musiałem leżeć w łóżku.

- Ciągle zadawałem sobie pytanie, dlaczego mi się to przytrafiło. I dlaczego ostatnie dni życia muszę spędzić w łóżku, nie mogąc nawet wyjść na spacer. Trudno wyrazić, co czułem - może to zrozumieć tylko osoba, która coś takiego przeżyła. Po wielu dodatkowych badaniach okazało się, że to była pomyłka. Lekarz zamiast najpierw zrobić wszystkie badania, by upewnić się, czy jego diagnoza jest słuszna, zafundował mi traumę, która odebrała mi przyjemność życia i zmieniła na zawsze moje patrzenie na świat. Proszę więc teraz wszystkich lekarzy, by w trudnych przypadkach zastanowili się dobrze, co i w jaki sposób mówią pacjentom.

Jak się zmieniło pana życie, kiedy przestał pan być redaktorem naczelnym radia i prezesem spółki?
- Stwierdziłem, że będę sprawiał sobie przyjemności: wysypiał się, nadrabiał zaległości towarzyskie, bez pośpiechu czytał książki. Zacząłem żyć. Podróżowałem po świecie. Potem zaczęły mi się przydarzać zabawne i miłe przypadki. Michał Kwieciński zaproponował mi, żebym wystąpił w epizodycznej roli w serialu "Hotel 52". Zagrałem biznesmena kleptomana. Producent stwierdził, że zderzenie mojego ostrego wizerunku z tą tragikomiczną rolą może być zabawne.

Aktor musi słuchać wielu osób. Nie było to dla pana, przyzwyczajonego do wydawania poleceń, trudne doświadczenie?
- Nie miałem z tym żadnego problemu (śmiech). Gdy potem okazało się, że Michał Kwieciński szuka kogoś do roli gubernatora dystryktu warszawskiego w "Czasie honoru" i uważa, że nadaję się do tej roli, też postanowiłem spróbować. Nęciła mnie dobra marka serialu. To miała być rola epizodyczna, ale w czwartej serii została rozbudowana. Od września będę więc w telewizji nie tylko w "Mam talent", ale również w "Czasie honoru". Mam bardzo dużo dni zdjęciowych. Ku mojemu rozbawieniu, dostałem też kilka innych propozycji filmowych, ale je odrzuciłem.

Dlaczego zdecydował się pan na udział w "Mam talent"? Też znęciła pana marka programu?
- Wiele lat, jako szef radia, wyłaniałem talenty zarówno dziennikarskie, jak i muzyczne. Na przykład ja pierwszy zacząłem grać w Radiu ZET zespół Feel. Niestety, kompletnie nie rozumiejąc reguł show-biznesu, zbyt szybko wydali drugą płytę. Materiał na nią komponowali grając jednocześnie niewiarygodną ilość koncertów po sukcesie na festiwalu w Sopocie. W ten sposób sami sobie podcięli skrzydła.

- Różni ludzie przychodzili do mnie w poszukiwaniu pracy. Żonglerzy, którzy chcieli mieć program w radiu(!)... Kiedyś przyszła pani, która przyniosła ze sobą snop zboża. Zapytałem, co ją do mnie sprowadza. Powiedziała, że chciałaby poprowadzić poranny program rolniczy. To czasem było trochę jak w programie "Mam talent".

Teraz pan również będzie surowo oceniany.
- Liczę się z tym. Podjąłem decyzję o udziale w "Mam talent" przede wszystkim dlatego, że to świetny program! Oglądałem jego wersję brytyjską i amerykańską, i muszę przyznać, że polska była najlepsza. Miała dużo lepsze jury, dużo lepszą reżyserię i tempo. Gdy Edward Miszczak zaproponował mi udział w jury, zgodziłem się.

Znał pan wcześniej Małgorzatę Foremniak i Agnieszkę Chylińską?
- Nie. Zaskoczyła mnie ich otwartość i serdeczność. Agnieszkę po raz pierwszy spotkałem tuż przed rozpoczęciem programu. Małgosię - kilka tygodni wcześniej, w Wielki Piątek, na zakupach. Wiedziałem już, że będziemy razem pracować, więc podszedłem do niej i między regałami z piwem i jajkami przedstawiliśmy się sobie. Później spotkaliśmy się już we trójkę, razem z Agnieszką. Było nie tylko miło, ale też bardzo zawodowo.

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kozyra

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje