Prymuska lubiła zaszaleć

Nie odpuszczała od ósmego roku życia: zajęcia, próby, występy, konkursy. Poprzeczkę stawiała sobie coraz wyżej. Od czasu do czasu musiała jednak odreagować.

Czwartek, 22 sierpnia, 1998 r. 11 rano. Polska Agencja Prasowa informuje, że właśnie wybrano odtwórczynię roli Zosi w ekranizacji "Pana Tadeusza". Kim jest dziewczyna, która oczarowała samego Andrzeja Wajdę i pokonała na castingu 1700 rywalek? To piętnastoletnia Alicja Bachleda-Curuś.

Reklama

Następnego dnia przed jej rodzinnym domem w Krakowie ustawiają się kolejki dziennikarzy i fotoreporterów. Cała Polska chce poznać młodziutką aktorkę. Filmowa Zosia urodziła się w Meksyku. Jej tata, Tadeusz Bachleda-Curuś, z wykształcenia geolog, pracował wtedy w mieście Tampico.

- Pamiętam, że na komodzie w domu rodziców stały kolorowe figurki, a na ścianach wisiały barwne obrazki - opowiada Alicja. Aktorka wspomina też, że tata uczył ją meksykańskich piosenek oraz kolęd, i że wszyscy mówili do niego "Baćleda". Najwyraźniej zaszczepił w niej miłość do hiszpańskiego, bo wiele lat później Alicja zdawała maturę z tego języka, a potem wybrała studia na iberystyce.

Dość wcześnie błysnęła talentem wokalnym i tanecznym - po powrocie z Meksyku uczyła się dziewięć lat w krakowskiej szkole baletowej. Ale na scenie popisywała się nie tylko piruetami. - Występowałam od szóstego roku życia. Jako mała dziewczynka zaczęłam grać w filmach. Codziennie trenowałam emisję głosu, bywałam na zajęciach w teatrze muzycznym... I nikt mnie do tego nie zmuszał - wspomina. - Od dziecka chciałam być samodzielna i dorosła - ocenia po latach.

W artystycznych ambicjach wspierała ją mama, Lidia. Towarzyszyła córce podczas wszystkich castingów. I to ona najbardziej cieszyła się, gdy Alicja pokonała 1700 kandydatek do roli Zosi w "Panu Tadeuszu" Andrzeja Wajdy. Film odniósł niebywały sukces komercyjny - w polskich kinach obejrzało go ponad sześć milionów widzów, a Alicję okrzyknięto nadzieją polskiego kina.

Sława nie przewróciła jej w głowie. "Teraz najważniejsza jest dla mnie szkoła" - deklarowała wówczas w wywiadach. I naprawdę przykładała się do nauki - wygrała międzynarodowy konkurs matematyczny i otrzymała nagrodę od władz Krakowa.

Jeśli była prymuską, to z wybrykami na koncie. Pod koniec liceum Alicja wybrała się na wakacje do Miami. - Decyzję o podróży podjęłam... w noc przed lotem. Rodzice nie mieli czasu, żeby ochłonąć i zaprotestować! - wspomina ze śmiechem.

W Miami spędziła trzy pełne wrażeń dni, a potem razem z przyjaciółmi ruszyła na podbój Los Angeles. Gdy eskapada dobiegła końca, w Alicji znów odezwała się prymuska. Złożyła dokumenty na Uniwersytet Jagielloński i bez problemu zdobyła indeks studentki iberystyki. Wkrótce potem zrozumiała, że tak naprawdę marzy o wielkim świecie... 

- Czułam, że muszę opuścić stare kąty, by stać się kimś innym - tłumaczy po latach. 19-latka spakowała walizki i wyjechała do Nowego Jorku, by uczyć się w legendarnej szkole The Lee Strasberg Theatre and Film Institute. Nie było łatwo. - Pamiętam samotność i potwornie mroźną zimę w Nowym Jorku - wyznaje. Otuchy początkującej aktorce dodawali bliscy.

Najlepiej rozumiała ją nestorka rodu, babcia Alicja. - Ona też wyjechała kiedyś do Ameryki i dała sobie tam radę. Co więcej, pomagała wtedy całej rodzinie. Wiedziała, jak wygląda życie w Stanach, jak utrzymać się tam na powierzchni - opowiada gwiazda. Długie rozmowy z babcią pomogły Alicji nabrać pewności siebie. Po kilku miesiącach przeprowadziła się do Los Angeles, gdzie jej uczelnia miała filię. Znalazła przyjaciół i poczuła, że jest u siebie.

Po sześciu latach zagrała w filmie, który odmienił jej życie. W "Ondine" partnerowała hollywoodzkiemu przystojniakowi Colinowi Farrellowi. Od razu zaiskrzyło. Wkrótce zostali najgorętszą parą show-biznesu. O Ali rozpisywały się zagraniczne magazyny. W Polsce martwiono się o nią, bo Colin słynął z hulaszczego trybu życia. On jednak deklarował, że dla Alicji się zmieni.

W 2009 roku na świat przyszedł ich syn Henry Tadeusz. Rok później drogi Alicji i Colina rozeszły się. Dziś najważniejszym mężczyzną w życiu aktorki jest syn.

- Chciałabym dać mu takie dzieciństwo, jakie sama miałam. W Los Angeles, gdzie mieszkamy, dzieci wszędzie wozi się samochodem - do szkoły, do znajomych, do parku. Nie wyskakuje się na trzepak, co było takie fajne, kiedy ja byłam mała. Mam nadzieję, że życie tak się ułoży, że Henry będzie mógł mieć i jedno, i drugie - mówi Alicja.

Justyna Kasprzak

SHOW 22/2012


Dowiedz się więcej na temat: Alicja Bachleda-Curuś | Colin Farrell

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje