Robert Makłowicz: Smakosz, nie kucharz

Wie, że przystojniakiem nie jest. Przyznaje też, że ma przeciętny talent kulinarny. Jesienią zamiast „Makłowicza w podroży” w TVP zobaczymy go w konkurencyjnej stacji.

To było do przewidzenia, że po 20 latach pokazywania się w telewizji publicznej w programie "Makłowicz w podroży", po odejściu stamtąd trafi on do TVN, a konkretnie do Food Network czyli kanału tematycznego poświęconego kuchni, który zaczął się teraz bardzo dynamicznie rozwijać. Magda Gessler jest jego twarzą i ta stacja pokaże też jej najnowszy program. Oraz ten krakowskiego smakosza - "Makłowicz w drodze".

Reklama

"Program jest bardzo podobny do poprzedniego, choć inaczej się nazywa. Doszliśmy do wniosku i taka też taka była prośba od TVN żeby nie zmieniać: przecież świat jest ładny, kultura i jedzenie to są rzeczy tożsame, co tu zmieniać. Prowadzący na szczęście zmienia się, bo przecież się starzeję, ale jeszcze nie na tyle, żeby nie chodzić po ulicach innych miast", mówi SHOW dziennikarz.

Ormianin po prababce

Swoją "nietelewizyjną urodę" zawdzięcza prababce Ormiance i babci Ukraince. "Makłowicze byli rodziną wielokulturową, ale smutny i kretyński wiek XX wymusił bardzo precyzyjne podziały narodowościowe, przeciwko którym się buntuję, bo czuję się obywatelem całej Europy Środkowej, historycznie rzecz ujmując - Austro-Węgier. Że niby gruby jestem? Raczej mały i przypakowany. Obcy jest mi terroryzm dietetyczny. Jesteśmy opanowani przez miazmaty, że człowiek do śmierci ma być młody, chudy i zgrabny", tłumaczył w jednym wywiadów.

Kto wie, czy dziś gwiazdor gotowałby w telewizji, gdyby nie pewna dziewczyna, za którą pojechał zakochany do Londynu. Niestety panna szybko wyszła za mąż za Anglika, Robert zaś, bez specjalnego pomysłu na życie robił karierę w tamtejszym sektorze budowlanym i kto wie, kim byłby dziś gdyby nie wrócił do Polski, ożenił się i zaczął pisać. A potem nie pojawił się w telewizji - w Dwójce. To było 19 lat temu.

Zawodowy amator


Dziś jego żona Agnieszka jest również producentem jego programów. Sam Robert nie ma wykształcenia kulinarnego, wiele razy mu to wyrzucano, podobnie jak nieprzesadną estetykę serwowanych w telewizji dań. On tą krytyką zbytnio się jednak nie przejmował. "Jestem historykiem bez dyplomu, dziennikarzem, ale nie kucharzem. I wcale nie udaję, że nim jestem, chociaż tak postrzegają mnie ludzie. A ja to skromny amator i wcale nie pretenduję do roli zawodowca. Przesłanie moich programów jest proste: jeżeli ja, człowiek nie obdarzony talentem manualnym, potrafię coś zrobić, to znaczy, że może to zrobić każdy", twierdzi.

Wyznaje zasadę: powiedz, co lubisz jeść a powiem ci kim jesteś. Najbardziej ceni sobie kuchenny kosmopolityzm, choć są dania, których do ust by nie wziął: płucek na kwaśno, mózgu małpy zaciśniętej w imadle przy stole, serca węża ani psa. "Ale jadłem pancernika i świnki morskie", wyznał dodając, że świnki, które jadł w Ekwadorze były wyjątkowo słabo przyprawione. Może dlatego stanowczo dziś woli klimaty bałkańskie.

Dziewięć lat temu kupił dom w Chorwacji. Co prawda nie nad samym morzem, bo na to nie było go stać, ale i tak, jak zapewnia, jest to jego raj na ziemi. "Tu jest trzydzieści stopni w cieniu, a w domu panuje miły chłód, bo ściany są z dwustuletniego kamienia. W powietrzu unosi się zapach ziół i fig. Od morza wieje wilgotny, orzeźwiający wiatr. Przyjeżdżam tu jak tylko mam wolną chwilę. Latem spędzam tu całe miesiące. To moja arkadia", mówi zachwycony.

Niedaleko pada jabłko...

Synowie Roberta: Mikołaj (25) i Ferdynand (21) związali się z branżą gastronomiczną, choć ich działalność jest mniej zauważana niż programy telewizyjne ich taty. Mikołaj jest cenionym sommelierem i wraz z ojcem prowadzą w Krakowie firmę zajmującą się sprowadzaniem wina oraz doradztwem dla restauracji i do tej pracy powoli włączają Ferdynanda, który, tak jak sławny tata, kocha podróże.

Katarzyna Jaraczewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje