Saga rodu Janczarów: Synowie bez ojców

Tadeusz, Krzysztof i Krzysztof Artur – łączą ich więzy krwi, miłość do aktorstwa i pechowe sploty zdarzeń. Ale jest nadzieja, że klątwa ciążąca nad rodziną Janczarów straci wreszcie swoją moc...

Tadeusz Janczar (†71) był dobrym i opiekuńczym ojcem, który gotuje krupnik i smaży kotlety, tylko w filmie "Złote koło". Zagrał w nim ze swoim synem Krzysztofem - owocem wielkiej młodzieńczej miłości do teatralnej inspicjentki Elżbiety Habich. Jednak ta miłość nie przetrwała - rodzice Krzysia rozwiedli się jeszcze przed jego narodzinami.

Reklama

Piętno śmierci i wojny

Życie Tadeusza naznaczyła II wojna światowa. Kiedy miał 13 lat, w 1939 roku, Rosjanie zamordowali mu ojca. Został wraz z matką Władysławą i starszą o dwa lata siostrą Janką skazany na tułaczkę za chlebem. Dziewczynka nie wytrzymała trudów wojny i umarła na gruźlicę. "Straciłem najbliższą mi osobę", wspominał po latach Tadeusz.

Nastoletni chłopak działał w Szarych Szeregach i złapał scenicznego bakcyla. Był aktorem frontowym w 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Tuż po wojnie skończył łódzką filmówkę i ruszył na podbój filmowego i teatralnego świata. W 1950 roku przyszedł na świat jego jedyny syn Krzysztof, ale nie było mowy o miłości, rodzinie i budowaniu wspólnego gniazdka. Kontakt z jedynakiem udało mu się odbudować dopiero po kilkunastu latach.

W 1956 roku w teatrze poznał Małgorzatę Lorentowicz. To była wielka miłość. Pobrali się dwa lata później. Spędzili razem prawie 40 lat! Trudnych, bo niemal tuż po ślubie u Tadeusza zdiagnozowano cyklofrenię, chorobę afektywną dwubiegunową. Ze stanów euforycznych, które pozwalały mu góry przenosić, popadał w apatię, lęki i depresję. Cierpiał na bezsenność. Bał się wychodzić z domu, nie miał odwagi wyjść na scenę, chciał umrzeć (cztery razy próbował popełnić samobójstwo). Tylko wielka miłość Małgorzaty pozwalała mu jakoś funkcjonować.

Ostatni skok

Jedną z ostatnich ról Tadeusza była ta w kultowym dziś serialu "Dom", gdzie wcielił się w postać byłego więźnia obozu koncentracyjnego, doktora Sergiusza Kazanowicza. Nie musiał grać - ta postać była nim, ze wszystkimi potwornymi demonami lęgnącymi się w głowie. Filmowy doktor zabija się, skacząc z okna - tak wypełnia się pragnienie Janczara, żeby skończyć ze sobą i swymi lękami...

Sam w tym czasie walczył z chorobą nowotworową. Kilka lat zmagał się z rakiem jelita grubego. Umarł w 1997 roku w warszawskim szpitalu. Była przy nim Małgorzata, ale nie jedyny syn. Krzysztof zamówił tylko wieniec na pogrzeb, sam się nie pojawił. Ponoć dlatego, że jego stosunki z drugą żoną ojca były dalekie od ideału. Małgorzata miała do pasierba wiele pretensji, że nie był przy umierającym, cierpiącym ojcu. "Odwiedziłem tatę w szpitalu. Nie byłem w stanie unieść psychicznie tego, co zobaczyłem", przyznał po latach.

Ślusarz przed kamerą

Krzyś, choć chował się bez taty, nie narzekał i dzieciństwo wspomina bardzo dobrze. Razem z mamą Elą, babcią Zosią i dziadkiem Mikołajem mieszkał w Warszawie. Jeszcze w podstawówce postanowił, że zostanie aktorem - dzięki temu, że mama pracowała w Centrali Wynajmu Filmów był na bieżąco z całym kinowym repertuarem. Jednak w szkole nie wiodło mu się najlepiej. Nie zdał  egzaminów do liceum - oblał matematykę. Trafił więc do zawodówki i zaczął się uczyć na ślusarza...

I tak pewnie sczezłby przy tokarce, gdyby nie przypadek. Pewnej zimowej niedzieli bawił się na lodowisku na Torwarze. Wypatrzył go tam drugi reżyser "Wojny domowej" i zaproponował rolę. Nie wiedział, że miał do czynienia z synem "tego" Janczara. Senior nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, nie chciał, żeby syn bawił się w aktorstwo i zawalał szkołę. Jednak Krzyś gładko przeszedł przez próbne zdjęcia i tak został Pawełkiem Jankowskim, za którego ciemnymi oczami i grzywką wzdychały całe roczniki panienek.

Za pierwsze honorarium kupił sobie motorower. Jak spodziewał się ojciec, do szkoły nie chodził wcale - przez dwa lata miał prywatnych nauczycieli. Coś do głowy musieli mu nakłaść, bo filmowemu Pawełkowi udaje się skończyć technikum, a później szkołę filmową w Łodzi.

Wielki sen o Ameryce

W 1981 roku Krzysztof zdążył jeszcze zagrać w dramacie "Nie zaznasz spokoju" oraz w "Człowieku z żelaza". Potem zniknął na długie lata - a dokładnie wyruszył do Ameryki. Stan wojenny zastał go właśnie za oceanem. Nie miał możliwości powrotu, a nawet jeśli, to Krzysztof nie chciał wracać. Czuł, że to jego szansa na coś więcej niż rozpoznawalność w Polsce i mięso spod lady bez kartek. Ale w Ameryce nie było tak, jak miało być. Sen się nie chciał spełnić...

Żeby związać koniec z końcem aktor sprzedawał komputery, pracował jako magazynier i barman. Próbował sił na castingach w Nowym Jorku i Los Angeles. Znalazł nawet czas na nową miłość - była nią Bożena, polska studentka. Para wzięła ślub, ale ten związek nie miał przyszłości...

Największym amerykańskim sukcesem Krzysztofa jest rola w filmie "Polowanie na Czerwony Październik" u boku samego Seana Connerego i Aleka Baldwina. To miał być przełom! "Ani ja, ani mój agent nie potrafiliśmy jednak wykorzystać tej okazji", stwierdził po latach. Do ojczyzny wrócił na stałe w 1991 roku. "Znów poczułem, że przynależę do aktorskiej rodziny", wyznał w jednym z wywiadów.

W Polsce miał więcej szczęścia do ról. Tutaj wciąż pamiętano nazwisko Janczar - pojawił się więc w serialach "Plebania", "Oficer", "Miasto z morza" czy "Klan".

Trzecie pokolenie

Najmłodszy z Janczarów - Krzysztof Artur urodził się w 1974 roku w Łodzi. Jest owocem młodzieńczej miłości Krzysztofa i nauczycielki baletu w łódzkiej filmówce Janiny Niesobskiej. "Nie cierpiałem z powodu braku ojca w Polsce. Jako dziecko akceptowałem po prostu rzeczywistość taką, jaką była", powiedział w wywiadzie dla "Na Żywo", przyznając, że nigdy nie odwiedził taty podczas jego pobytu w Ameryce: "Po prostu nie dostałem wizy".

Chciał być strażakiem, żołnierzem albo kierowcą rajdowym. Jednak odziedziczone po dziadku i ojcu geny nie pozwoliły wybrać innej drogi niż aktorstwo. "Myślę, że za bardzo nasiąkłem aktorstwem, żeby móc się później z tego wyrwać", śmieje się dziś. Jest absolwentem łódzkiej szkoły, na deskach tamtejszych teatrów pojawiał się przez ponad 11 lat. Teraz częściej można go spotkać na ryneczku na warszawskich Kabatach, gdzie robi zakupy dla ukochanej żony i dzieci.

"Dzięki temu, że pracuję w różnych porach i mam nielimitowany czas pracy, mogę zająć się domem i na przykład wybrać się na ››pasażyk‹‹ po mięso", mówi szczęśliwy i nie ukrywa, że stanowczo woli rolę domatora niż celebryty. Po latach udało mu się także wzmocnić relacje z tatą. "Ojciec mieszka w Wilanowie, ze swoją nową partnerką. W jego domu widzę wiele podobieństw do tego, co mam u siebie. Przede wszystkim chodzi o atmosferę i energię. Dziś mogę powiedzieć, że się przyjaźnimy", zapewnia i dodaje: "Wspólne poczucie humoru daje nam radość i ciepło każdego dnia. Jak się uda stworzyć takie porozumienie, to wszystko zaczyna działać jak w szwajcarskim zegarku".

Marta Uler, Mgg

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje