Serialowy amant

Przemek z „Na dobre i na złe” zdradza, jak wychowuje dzieci i jakie ma relacje z żoną. Mówi też o tym, co łączy go z Joanną Liszowską i dlaczego chciałby sobie postrzelać.

Nagrywacie kolejny sezon "Przyjaciółek". Czy praca w serialu to satysfakcjonujące wyzwanie zawodowe?

Reklama

Marcin Rogacewicz: - I tak, i nie. Cieszę się, że mogę wykonywać ten zawód, ale chciałbym zagrać rolę, w której mogę się sprawdzić. Czekam na ten moment. Nie ukrywam, że w serialu nie mam możliwości wejść w postać trudną i ciekawą, która by mną zawładnęła.

Grasz partnera Joanny Liszowskiej. Jest między wami chemia na planie?

- Z Asią gra mi się bardzo dobrze, poznaliśmy się już wcześniej - na planie "Na dobre i na złe". Praca z nią idzie bardzo sprawnie. Zazwyczaj to są dwa, trzy duble i już mamy pożądany efekt. Nie ma jakichś neurotycznych historii. Dobrze nam się gra w tego ping-ponga aktorskiego. Zawsze wspólnie konsultujemy naszą pracę, udzielamy sobie rad.

Bardziej widzisz siebie w roli amanta czy twardziela?

- Nie chcę już być amantem. Z tym borykam się od 14 lat. Przepracowałem już trud słuchania o tym pięknym, grzecznym graniu. Widzę siebie w mocnym, męskim kinie. Strzelałem z prawdziwej broni, z ostrej amunicji, latałem śmigłowcami, jeździłem czołgami. Bardziej myślę nie o zabawkach, o rekwizytach, ale o męskim graniu pomiędzy partnerami. To nie musi być głośne, wybuchowe, to może być ciche, ale niech tam będzie napięcie. Żeby to było prawdziwe kino - tego mi brakuje.

To może teatr jest lekarstwem na twój głód grania postaci skomplikowanych?

- Już na trzecim roku studiów zdecydowałem, że bardziej interesuje mnie wolność. Jeżeli moim azymutem było założenie rodziny, to nie wyobrażałem sobie, że miałbym cały czas siedzieć w teatrze, a nie z dziećmi. Nie chcę pracować w teatrze na etacie, nie będę nigdy aktorem, który umrze na deskach teatru.

Co robiłeś, zanim zacząłeś zarabiać jako aktor?

- Pracowałem na budowie. Nie boję się takiej pracy, a gdybym musiał, robiłbym wszystko. Na czwartym roku studiów pojechałem na Kaszuby, wynająłem pokoik u byłego marynarza i pracowałem przy wycince lasu. Dało mi to nieprawdopodobny powrót do równowagi wewnętrznej. Po roku takiej cudownej pracy wróciłem do Warszawy. Koledzy stali w kolejce na Chełmskiej i myśleli, że zwariowałem. A ja byłem spokojny i wszystko poszło po mojej myśli - pierwszy casting i dostałem się do "Kryminalnych". Od tego serialu wszystko się zaczęło.

Porozmawiajmy o twojej rodzinie. Mówisz, że zawsze była twoim priorytetem.

- Bez rodziny by mnie nie było. Mądrością w mojej rodzinie jest moja żona. Zawsze mnie wspiera i dopinguje. Daje też przestrzeń do robienia wszystkiego, ale to ja podejmuję decyzję, kiedy i gdzie jestem bardziej potrzebny. Za chwilę będę miał już trójkę dzieci. Same córeczki. Dzieci są nieprawdopodobną inspiracją.

A córeczki oglądają tatę na ekranie telewizora?

- Nie mamy telewizora ani komputera. Wolę inaczej spędzać czas z dziećmi - na przykład w wakacje wyjeżdżamy z nimi pod namioty. Uczymy je obozowego życia - saperka, linka, hamak, absolutna przygoda, latanie po lesie w pióropuszach. Dziewczynki nawiązują niesamowite przyjaźnie, są przeszczęśliwe, cały czas przebywają na powietrzu. Taki all inclusive im fundujemy.

Za chwilę urodzi ci się trzecia córka. Może następny będzie syn?

- Dlaczego nie, życie jest bardzo krótkie. Często dorośli ludzie na pytanie, czego w życiu żałują, odpowiadają, że mają tak mało dzieci.

Czy odkąd masz rodzinę, przestałeś uprawiać sporty ekstremalne?

- Na swoim koncie mam skok ze spadochronem nad Tatrami. Polecam to każdemu. Jest życie przed skokiem i po. Były też motocykle crossowe i swego czasu dosyć szybko jeździłem autem, ale przyszedł taki moment, że faktycznie człowiek się uspokoił. Wyobraźnia się zmienia, nie jestem sam dla siebie. Zresztą teraz nie liczy się, co robię, ale ważne, żebym robił to ze swoją rodziną.

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje