Sprawiedliwość zwyciężyła

Dla Prince'a (14), Blanketa (9) i Paris (13) ta sprawa nie skończy się nigdy. Stracili ojca. Na szczęście męczący proces jest już za nimi. Lekarz Michaela Jacksona został uznany winnym jego śmierci!

Siódmy listopada. Przed sądem w Los Angeles kłębią się tłumy fanów Michaela Jacksona. "Skazać zabójcę!" - skandują. Nagle z gmachu sądu wybiegają dziennikarze. "Winny! Morderca jest winny!" - krzyczą. Chwilę później z budynku wyłania się drobna kobieta. To La Toya Jackson (57), siostra Michaela. Ze łzami w oczach szepcze: "Sprawiedliwość zwyciężyła". Fani zmarłego króla muzyki pop czekali na ten moment 866 dni. Dokładnie tyle minęło od śmierci gwiazdora spowodowanej przedawkowaniem propofolu - silnego leku znieczulającego i usypiającego, który przepisał mu Conrad Murray (58), osobisty lekarz. "Doktor śmierć", jak określają Murraya amerykańscy dziennikarze, został uznany winnym nieumyślnego spowodowania śmierci Jacksona. Czy i na ile trafi za kraty, okaże się 29 listopada, podczas odczytywania werdyktu przez sąd.

Reklama

Wszystko zaczęło się wiosną 2009 roku. Michael Jackson - wówczas schorowany pięćdziesięcioletni showman - planował właśnie swój wielki come back. Przygotowywał się do światowej trasy koncertowej i całe dnie spędzał na sali prób. Po kilku tygodniach intensywnej pracy był wycieńczony. Już wcześniej cierpiał na bóle z powodu powikłań po licznych operacjach plastycznych, które przechodził przez kilkadziesiąt lat. Doskwierały mu też poważne zaburzenia snu. Osobisty lekarz miał pomóc mu walczyć z dolegliwościami i utrzymywać organizm w kondycji pozwalającej na rozpoczęcie tournée. Doktora Conrada Murraya Michael poznał kilka lat wcześniej. Specjalista kardiolog leczył jego najstarszego syna Prince'a. Jackson ufał mu bezgranicznie.

Faktycznie, medyk podobno stawał na głowie, by poprawić samopoczucie Michaela. Niestety, jak się okazało, jego "kuracje" polegały przede wszystkim na faszerowaniu pacjenta silnymi lekami znieczulającymi. W krótkim czasie Michael całkowicie się od nich uzależnił. Ponoć zaczął domagać się kolejnych dawek propofolu - leku, który nazywał swoim "mleczkiem" (podawany jest on dożylnie w postaci białej emulsji).

Murray, wbrew zdrowemu rozsądkowi i etyce lekarskiej, chętnie spełniał życzenia pacjenta. A przecież nie mógł nie wiedzieć, że substancja, stosowana wyłącznie przez anestezjologów w warunkach szpitalnych, zagraża zdrowiu i życiu jego pacjenta. Mimo to ryzykował. Dlaczego? Być może bał się, że jeśli nie będzie w stanie sprostać wymaganiom Jacksona co do efektów leczenia, straci intratną posadę... Za miesiąc opieki nad gwiazdorem Murray otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 140 tysięcy dolarów (ponad 450 tysięcy zł!).

Justyna Kasprzak

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 21 listopada!

Dowiedz się więcej na temat: Michael Jackson

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje