To który był pierwszy?

Podszywanie się pod siebie opanowali do perfekcji "Niektóre nasze psikusy wychodziły na jaw dopiero po wielu latach", śmieją się bracia Golcowie.

To była bardzo sroga zima. Za oknem hulała śnieżyca, a temperatura spadała do minus dwudziestu pięciu stopni. 19 lutego 1975 roku w zasypanej śniegiem wsi Milówka przyszli na świat Paweł i Łukasz Golcowie. Do dziś spierają się, który z nich urodził się pierwszy. "Są na ten temat dwie teorie" - śmieje się Łukasz w rozmowie z SHOW. "Jedna, że pierwszy byłem ja, i druga - ta mniej prawdopodobna - że pierwszy był Paweł".

Reklama

Dwaj starsi bracia, 12-letni wówczas Staś i 8-letni Rafał, początkowo dość sceptycznie przyjęli fakt powiększenia rodziny. Ale od samego początku nie mieli najmniejszych problemów z tym żeby odróżnić bliźniaków. "Przynajmniej tak twierdzą" - zastrzega Paweł. A trzeba wiedzieć, że bracia uwielbiali się pod siebie podszywać!

"Pierwszą taką próbę podjęliśmy, kiedy mieliśmy zaledwie dziewięć miesięcy" - chwalą się. Do państwa Golców przyjechał fotograf. Malcy mieli pozować po kolei na tle ściany. Fotograf najpierw pstryknął kilka zdjęć jednemu, potem ustawił pod ścianą drugiego i na kilka sekund wyszedł z pokoju. Chwila nieuwagi wystarczyła, by raczkujące maluchy zamieniły się miejscami. Prawda wyszła na jaw dopiero po wywołaniu zdjęć...

Dzieciństwo w Milówce Paweł i Łukasz wspominają z rozżewnieniem: "To były piękne czasy. Okoliczne lasy, góry i rzeka Soła dawały duże pole do popisu takim energicznym chłopakom jak my". Na podwórku grali w podchody i urządzali wojny. Ale najbardziej lubili się bawić "w kościół". "Z szalika robiliśmy stułę, z kieliszka do wina kielich mszalny, a komunię podawaliśmy w postaci jabłka pokrojonego w plasterki" - wspominają.

Z domem rodzinnym kojarzy im się zapach sernika, który piekła mama i dźwięki muzyki. Bo muzyka towarzyszyła im od najmłodszych lat. "Nigdy nie zapomnę pięknych ludowych przyśpiewek babci Helenki" - mówi Łukasz. "A mnie najbardziej utkwiły w pamięci piosenki wojskowe i patriotyczne, których uczył nas tata" - dodaje Paweł. "Tata grał na klarnecie, a mama do dziś śpiewa w chórze i zespołach ludowych. Miłość do muzyki wynieśliśmy więc z domu" - dodają.

Jak przystało na tradycyjny góralski klan, obowiązkowym punktem programu na imprezach rodzinnych było wspólne granie i śpiewanie. Chłopcy chętnie wykazywali się też w przedstawieniach szkolnych. Łukasz dobrze pamięta pewien występ z okazji Dnia Kobiet. Męska część klasy przygotowała skecze dla koleżanek. Łukasz wcielał się w Ninę Terentiew, która była wtedy gospodynią programu "Bezludna wyspa". "Rrr pani Niny ćwiczyłem tydzień" - wspomina. "Proszę sobie wyobrazić Łukasza w mini, wielkiej blond peruce i okularach... Publiczność była zachwycona!" - śmiejesię Paweł. Już wtedy potwierdziło się, że scena jest ich powołaniem...

Pierwszym instrumentem, na jakim nauczyli się grać, były cymbałki. "Dostaliśmy je pod choinkę. Instrument był jeden, ale na szczęście pałeczki dwie!" - śmieją się. Nauczycielem był tata. "Kiedy się urodziliśmy, miał 50 lat. Dzięki temu miał dla nas więcej czasu i cierpliwości niż młodsi ojcowie. Był wspaniałym człowiekiem" - mówią bracia. Uwielbiali wspólne wieczory, kiedy siadali z tatą przy stole, a on "uczył ich życia". Tłumaczył, co jest ważne, jak należy postępować i jakimi wartościami powinni się kierować.

Dowiedz się więcej na temat: Bracia Golcowie | Golec Paweł | Golec uOrkiestra | Golec Łukasz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje