Tomasz Kot: Kryzys? Tylko na ekranie!

Ten aktor od zadań specjalnych właśnie obchodzi 40. urodziny i nie zamierza niczego zmieniać w życiu. O kryzysie wieku średniego nie ma mowy!

Nie ma chyba roli czy postaci, której nie zagrałby Tomasz Kot (40). Od wielu lat filmy z jego udziałem robią furorę. Jemu jednak nigdy woda sodowa nie uderzyła do głowy. Jak sam mówi, kolejna rola to tylko "robota", której nie przynosi do domu, bo za wszelką cenę chce chronić rodzinę przed cieniami swojego zawodu. Właśnie świętuje 40. urodziny, ale nie robi żadnych bilansów. Zresztą nie ma na to czasu, bo aktualnie jest na planie kolejnego filmu.

Reklama

Człowiek kameleon

Właśnie 21 kwietnia, w dniu urodzin aktora, premierę ma najnowsza produkcja z jego udziałem - "Bikini blue". To historia z lat 50., do której wyjątkowo nie musiał się specjalnie zmieniać. Od lat jednak wiadomo, że Tomasz dla roli jest gotowy zrobić wszystko. Jak zapewnia, dzięki temu żona Agnieszka i dwójka dzieci Blanka (10) i Leon (7) nigdy się z nim nie nudzą.

"Kiedy grałem Hansa Klossa, byłem blondynem, gdy grałem Ryśka Riedla u Jana Kidawy-Błońskiego, miałem taką trzymiesięczną, dużą brodę. Naprawdę są przyzwyczajeni. Poza tym dla dzieciaków to frajda, że jestem inny, bo zawsze jest w tym ojcu coś nowego i ciekawego do odkrycia. To dla nich naprawdę wspaniałe", powiedział w wywiadzie dla "Skarbu".

Ostatnio na potrzeby nowego filmu Pawła Pawlikowskiego "Zimna wojna" musiał poznać podstawy gry na fortepianie. "To duże przedsięwzięcie, bardzo oczekiwany film, wiadomo, po »Idzie«. Gram pianistę, akcja dzieje się w latach 50. Musiałem się trochę poduczyć gry na fortepianie, choć pianistą raczej nie będę", wyznał Tomasz w ostatnim wywiadzie dla "Gali".

Choć przygotowaniom do roli poświęca wiele czasu i uwagi, potrafi zachować granice. Robi wszystko, żeby nie przenosić stresów z pracy do domu. Nie lubi też pokazywać się na salonach. "Zrobiłem sobie rachunek sumienia i stwierdziłem, że pogoń za bywaniem jest bez sensu i nie chcę w czymś takim uczestniczyć. Mam na myśli głównie promocje i udział w dużych, komercyjnych filmach", tłumaczy w "Skarbie". Jednak aktorem chciał zostać "od zawsze". Tylko przez chwilę myślał o zawodzie malarza, ale rodzice szybko wybili mu ten pomysł z głowy...

Priorytetem jest rodzina

"Aktor to jest jedyny zawód, w którym się odnalazłem. Właściwie już w wieku szesnastu lat odkryłem, że istnieje możliwość, abym naprawdę mógł nim zostać. Z ciekawością przyglądałem się temu przez pół roku, a kiedy udało mi się wreszcie wejść na scenę po raz pierwszy, od razu wiedziałem, że będę już to robił zawsze. Po prostu się w tym odnajduję. I jestem szczęśliwym człowiekiem, ponieważ moje hobby i pasja stały się też moim zawodem. Owszem, męczącym, czasami bardzo pracochłonnym i wymagającym wielu poświęceń, ale spełniam się w tym w stu procentach i czuję, że wewnętrznie ten silnik chodzi, działa", dodaje ze śmiechem.

Wielu jednak nie wróżyło mu głośnej kariery. Wszystko przez warunki fizyczne, a głównie przez wzrost (Kot mierzy prawie 2 metry). Od dziecka miał z tego powodu nie tylko kompleksy, ale również problemy ze zdrowiem - dokuczał mu kręgosłup. Aktor udowodnił jednak, że warunki fizyczne w żaden sposób go nie ograniczają i na ekranie jest równie przekonujący jako Rysiek Riedel, jak i Zbigniew Religa. Uchodzi też za jednego z najprzystojniejszych polskich aktorów. I chyba nie ma pojęcia, jak wielu Polkom serca biją mocniej na jego widok, bo poza własną (i piękną) żoną świata nie widzi...

"Poznaliśmy się w 2000 roku, czyli już całe nowe tysiąclecie jesteśmy razem (śmiech). Agnieszka jest jedyną osobą, do której mam stuprocentowe zaufanie, ona mnie zna najlepiej na świecie. Potrafi podpowiedzieć mi coś, czego sam nie dostrzegam. To dla mnie największa wartość i ciągle to sobie uświadamiam", wyznał w "Gali".

I zawsze, gdy wybiera nową rolę zastanawia się, czy nie ucierpi na tym jego rodzina. Tygodnie poza domem, spędzone na planie nowej produkcji są dla aktora trudnym okresem. "Bardzo bym nie chciał dojść kiedyś do smutnej konkluzji, że trochę schrzaniłem sprawę z dziećmi. To jest mój trzon, tego się muszę trzymać, niezależnie od tego, jak bardzo atrakcyjnymi afiszami machają mi przed oczami", dodał. Na szczęście bliscy Tomasza rozumieją jego pracę i wspierają go na każdym kroku.

Magdalena Makuch

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje