Weronika Rosati: Chcę kiedyś zostać mamą

„Rodzinę muszę stworzyć z odpowiednią osobą, taką, z którą chcę być do końca życia” - wyznaje Weronika Rosati. Aktorka mówi też o pracy w USA i o tym, jak zmieniło się jej życie po wypadku.

Widzę, że jesteś w świetnej formie. Kosztowało cię to sporo wysiłku?

Reklama

Weronika Rosati: - Postawiła mnie na nogi intensywna rehabilitacja. Odkąd 10 miesięcy temu odstawiłam kule, musiałam na nowo nauczyć się normalnie chodzić. Rehabilitacja była co drugi dzień, do tego codzienne ćwiczenia. Dzięki temu szybko wróciłam do formy i mogłam zacząć pracować. Gdy w sierpniu w Atlancie nagrywałam serial "The Detour", stanęłam przed wyzwaniem, bo bohaterka nosiła wysokie obcasy.

- Gram Rosjankę, która jest "gold diggerką", czyli kobietą, która poszukuje bogatego męża. Rolę oparłam na obserwacji paru dziewczyn. Pozdrawiam je (śmiech). A wracając do butów, to każdą przerwę wykorzystywałam na zmianę obuwia i odpoczynek. To utrudniało pracę i musiałam radzić sobie z dużym bólem. Ale potem, gdy w październiku wróciłam na plan, grałam w tych samych butach i już prawie nie było problemu. Wtedy do mnie dotarło, że praca nad powrotem do formy daje efekty.

Można powiedzieć, że najgorsze jest już za tobą?

- Jeszcze mi trochę brakuje do pełnej sprawności. Nadal co drugi dzień chodzę na rehabilitację i staram się tego przestrzegać. Gdy przez kilka dni nie mam jak pójść na zabiegi, od razu czuję, że z nogą nie jest najlepiej.

Możesz wyskoczyć w szpilkach na imprezę?

- Szpilki nie mają nic do urazu. To, że mogę w nich chodzić, nie znaczy, że jestem w pełni sprawna. Nie mogę jeździć na nartach, na rolkach, skakać, a nawet biegać.

Jak długo jeszcze?

- Nie wiadomo, czy w ogóle będę mogła... Dla mnie to są duże ograniczenia, bo w moim zawodzie trzeba być elastycznym, a poza tym zawsze uwielbiałam sport. Z drugiej strony nie mogę narzekać, bo przecież chodzę bez kul i w miarę normalnie funkcjonuję.

Czujesz złość na to, co się wydarzyło, i że teraz nie możesz być w pełni sprawna?

- Nie ma we mnie złości. Dla mnie najważniejsze jest to, że teraz, w tym momencie życia, jestem szczęśliwa.

Często jednak złe wydarzenia doprowadzają nas do czegoś dobrego, co dostrzegamy z perspektywy czasu. Jest ci to bliskie?

- Bardzo w to wierzę. W ciągu ostatnich miesięcy w moim życiu zdarzyło się wiele dobrych rzeczy, które nie miałyby miejsca, gdyby nie doszło do tego wypadku.

Jakie na przykład?

- Po pierwsze, sprawdzili się ludzie, którzy są moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Po drugie, wiem, że zabrzmi to absurdalnie, ale stałam się lepszą aktorką, bo miałam tak długą przerwę. Nie tylko bardziej doceniam to, co robię, ale jestem też wrażliwsza. Po trzecie, tak ułożyło się moje życie, że miałam szczęście poznać pewne osoby, których bym nigdy na swojej drodze nie spotkała, gdyby nie wypadek.

A gdybyś miała wymienić kilka momentów ze swojego życia, które miały wpływ na to, kim jesteś?

- Do głowy przychodzą mi bardzo prywatne momenty, ale oczywiście o nich nie opowiem. Natomiast zawodowo momentem przełomowym był pierwszy dzień zdjęciowy serialu "Luck". Byli tam twórcy serialu i Dustin Hoffman, który akurat miał zdjęcia. Zaproszono mnie, żebym z nimi usiadła i obejrzała scenę. Wszyscy ze mną rozmawiali, mówili, że cieszą się, że jestem wśród nich.

- Pamiętam, że myślałam sobie: "Nic z tego nie rozumiecie, to ja się cieszę, że tu jestem" (śmiech). To był moment, w którym dotarło do mnie, że to, na co czekałam całymi latami, właśnie się spełnia. Śmieszą mnie artykuły, że cały czas próbuję coś osiągnąć w Stanach, bo ja wierzę, że tamtego dnia już mi się udało, a wszystko, co potem się wydarzyło, jest po prostu bonusem.

- Drugim ważnym momentem była chwila, gdy dowiedziałam się, że jestem nominowana do Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł za najlepszą rolę kobiecą w filmie "Obława". Byłam wtedy w szoku, nie byłam przyzwyczajona do pochwał.

Jesteś zatem zadowolona z kariery?

- Myślę, że tak, chociaż zawsze czuje się niedosyt. Chciałabym więcej grać i mieć większy wybór ról. Chciałabym żyć z mniejszą presją, żeby wszystko było bardziej poukładane w moim życiu. Na razie cały czas kursuję i to ja muszę się czasowo dopasować do projektów. To powoduje, że jestem permanentnie przemęczona. To naprawdę wykańcza organizm. Często nawet nie jestem w stanie cieszyć się planem, bo cały czas czuję zmianę czasu, brak snu. Poza tym jestem w sytuacji, że to ja muszę walczyć o castingi, o role, a chciałabym dojść do takiego momentu, żeby to o mnie musieli walczyć.

- W życiu jest mi dobrze, kiedy mi nikt w nim nie przeszkadza, kiedy nikt nie robi mi krzywdy, nie próbuje zaszkodzić, nie rani. W tym momencie nie ma takiej sytuacji i mam nadzieję, że to się utrzyma.

Przez ostatnie lata musiałaś się zmierzyć ze sporą dawką krytyki. Nie jest trochę tak, że przez to boisz się, by wszystko, co powiesz i zrobisz, nie zostało wykorzystane przeciwko tobie?

- Tak zawsze było i tak jest. Pewne rzeczy są źle rozumiane. Okazuje się, że nawet nie mogę sobie pozwolić na sarkazm. Raz sarkastycznie powiedziałam, że "może urodziłam się po to, żeby cierpieć". Niestety, zostało to odebrane na poważnie. Dlatego unikam opowiadania o sobie. Uważam, że jest mi bardzo dużo zabrane jako osobie publicznej i czasami mam już tego dość.

Przejmujesz się złośliwymi komentarzami na swój temat w Internecie?

- Nie bardzo. Zazwyczaj są to komentarze kilku anonimowych osób. Na szczęście spotykam się też z wieloma wyrazami sympatii od osób, które interesują się głównie tym, co robię zawodowo. Cieszę się, że mi kibicują i wolę czerpać z ich dobrej energii.

Ale twoi fani chcą też wiedzieć na przykład, czy jesteś zakochana?

- To jest bardzo prywatne pytanie (śmiech). Staram się chronić swoją prywatność, bo jest mnóstwo niedomówień, jeśli chodzi o moją osobę. Oczywiście marzy mi się, żeby udzielić wywiadu, w którym o wszystkim opowiem, ale nie chciałabym zranić, czy obrazić niektórych osób, a musiałabym wtedy to zrobić. Może więc lepiej pewnych rzeczy nie mówić? Teraz jestem skupiona na zawodowych rzeczach. Mam wokoło osoby, na których bardzo mi zależy, i którym na mnie zależy. To jest najważniejsze.

Czujesz presję ze strony rodziny i słyszysz pytanie, kiedy będą twoje twoje huczne wesele i wnuki?

- Dla mojej rodziny najważniejsza jest tylko jedna rzecz - żebym była szczęśliwa. Wiedzą, że jestem osobą bardzo niezależną i prowadzę specyficzny tryb życia. Wiedzą, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment, powiem im pewne rzeczy. Nie odczuwam takiej presji, myślę, że bardziej pojawia się ona ze strony mediów.

- Nie wiem, skąd się wzięła plotka, że myślę tylko o karierze i nie chcę mieć rodziny i dzieci. To nie jest prawda. Wiem, że bardzo chcę zostać mamą, ale rodzinę muszę stworzyć z odpowiednią osobą, taką, z którą chcę być do końca życia. Bardzo wierzę w miłość i w to, że jeśli ona będzie, wszystko inne też się pojawi. Życie pisze bardziej nieprawdopodobne scenariusze jeśli chodzi o miłość, niż ludzie są w stanie wymyślić. W moim życiu zawsze było to niespodziewane, więc wierzę, że nie ma przypadków, że jest jakieś przeznaczenie.

Dla ciebie życie pisze scenariusz iście hollywoodzki, grasz w wielu produkcjach za oceanem.

- Odkąd mogłam już poruszać się bez pomocy kul, zaczęło przychodzić dużo propozycji i mogłam wrócić do castingów. W lipcu miałam zdjęcia do filmu "USS Indianapolis: Men of Courage" z Nicolasem Cage’em, który kręciliśmy w Alabamie. Gram jego żonę, więc wszystkie sceny mam z nim. To jest bardzo męski film. Wszystko dzieje się w czasie II wojny światowej, są tam właściwie dwie postaci kobiece, w tym moja, i są one bardzo drugoplanowe, więc jeśli znowu zaczną mi liczyć czas na ekranie, będę musiała wszystkich rozczarować...

Jak ci się pracowało z Nicolasem?

- Jest bardzo profesjonalny, dobrze przygotowany do pracy, konkretny i skupiony. Na pewno nie należy do aktorów, którzy się wygłupiają na planie.

Dostrzegasz różnicę między pracą z amerykańskimi gwiazdami, a naszymi polskimi?

- Nie ma czegoś takiego. Każdy człowiek to indywidualna jednostka. I zarówno w Polsce, jak i w Stanach można spotkać spokojnego profesjonalistę, buca skupionego tylko na sobie albo klauna, który wszystkich rozśmiesza, ale też rozprasza (śmiech).

Ale na planie serialu "Supernatural", w Polsce znanym jako "Nie z tego świata", pracowało ci się świetnie. To twój pierwszy projekt science-fiction.

- Zaproszono mnie na casting praktycznie z dnia na dzień. Pomimo że nie miałam czasu, żeby się dobrze przygotować, zaprosili mnie do współpracy. Poleciałam do Kanady w grudniu i nic o tej produkcji nie wiedziałam, ponieważ w ogóle nie oglądam seriali. Natomiast mój agent był bardzo podekscytowany i tłumaczył mi, że ten serial jest prawdziwym hitem. Reżyserem jest John Badham. Wychowywałam się na jego filmach, jest przemiłym, inteligentnym filmowcem. Na koniec zdjęć dał mi dwie swoje książki z dedykacją, czym zrobił mi ogromną przyjemność. To jest niesamowite, że są osoby, które są legendami i tak dużo osiągnęły, a potrafią się tak zachować wobec osób, które są początkujące.

Jak wygląda twoje życie w Stanach poza planami zdjęciowymi?

- W Stanach mam tzw. "drugi dom", ale głównie jestem tam w pracy. Kiedy kończy się praca, wracam do Polski. Kocham film i teatr, więc kiedy nie jestem na planie, nadrabiam zaległości. Do tego stopnia, że kiedy jakiś spektakl albo aktor mnie zafascynuje, potrafię obejrzeć go na scenie kilka razy. Na pewnym spektaklu z Jane Fondą byłam osiem razy! Obserwowanie innych aktorów na scenie to też jest dla mnie znakomita nauka. Z kolei filmy najchętniej oglądam w domowym zaciszu.

Ostatnio nie masz dużo wolnego czasu w Polsce.

- Właśnie skończyłam zdjęcia do "Strażaków". Bardzo się cieszę, że mogę grać w tym serialu, i że w końcu w Polsce dostałam główną rolę. Pojawię się również w serialu "Powiedz tak", więc za chwilę będą emitowane kolejne produkcje z moim udziałem. Na razie jednak skończyłam zdjęcia i czuję nieprawdopodobne zmęczenie. Schodzi ze mnie wielomiesięczne napięcie. Cieszę się, że w końcu mam trochę czasu dla siebie.

I co teraz zrobisz, co sprawia ci radość?

- Praca zajmuje mi tyle czasu, ze wolny czas poświęcam głównie rodzinie i przyjaciołom. Ale nadal moją pasją jest tzw. stary Hollywood lat 30. i 40. Mam swoje idolki z tych czasów - Bettie Davis, Avę Gardner, Elizabeth Taylor, Jean Harlow. Kupuję i czytam wszystko na ich temat, wyszukuję pamiątki z nimi związane.

Dużo czasu poświęcasz modzie i bieganiu po sklepach? Masz na przykład kolekcję butów albo torebek?

- Jestem ambasadorką domu mody mojej mamy, która dobrze wie, co lubię, zatem najlepiej czuję się w jej kreacjach. Ale równie chętnie sięgam po inne ubrania, mieszam sieciówki z ekskluzywnymi dodatkami. Uwielbiam też modę vintage - w Stanach mam ulubione ukryte miejsca, w których wyszukuję rzeczy "z duszą". Nie mam żadnej ogromnej kolekcji butów czy torebek, nie przykładam do tego wagi. Ale owszem, zdarza mi się, że nakręcę się na jakąś megarzecz i cierpliwie czekam, aż będzie mnie na nią stać i wtedy kupuję. Teraz poluję na szpilki Valentino.

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje