Za dużo wariactw robiłem

Etatowy twardziel polskiego kina rzadko udziela wywiadów. Dla nas zrobił jednak wyjątek. Opowiedział, dlaczego nie chce teraz grać w filmach i w serialach, zdradził też, że po 28 latach wciąż szaleje za żoną. I że bardzo chce być już dziadkiem!

Mam przed sobą świeżo upieczonego magistra, gratuluję!

Reklama

Mirosław Baka: - To prawda, dwa miesiące temu zostałem magistrem. Usankcjonowałem swoje aktorstwo tytułem, którego wcześniej nie miałem. Kiedy moi koledzy z roku pisali prace magisterskie, ja grałem w niemieckich filmach. A potem przez ponad ćwierć wieku nie mogłem się zebrać... Może teraz dostanę jakąś propozycję i zajmę się aktorską pedagogiką. Jestem już chyba gotowy, żeby "uczyć cudze dzieci". Co prawda Bogusław Linda już wiele lat temu proponował mi prowadzenie wykładów w swojej szkole i nawet nie przeszkadzało mu, że nie miałem tytułu (śmiech).

Jaki był temat pracy?

- Pisałem o Krzysztofie Nazarze, reżyserze, który dał mi szansę zagrania Hamleta i Ryszarda III w teatrze Wybrzeże. Przedstawiłem sylwetkę tego twórcy, który został później troszkę zapomniany. Zmarł dwa lata temu. Swoją pracę zadedykowałem jego pamięci.

To właśnie ze względu na pisanie magisterki zniknął pan ostatnio?

- Dobrze, że zniknąłem. Przyjdzie czas, to się znowu pojawię. W ostatnim roku nastąpiło u mnie nagromadzenie zajęć teatralnych i w najbliższym czasie to się nie zmieni. Za chwilę zaczynam próby do nowej sztuki w reżyserii Krystyny Jandy. Kiedy to skończę, wchodzę w próby do "Kto się boi Virginii Woolf?". To bardzo trudny tekst, premiera w gdańskim teatrze Wybrzeże będzie jesienią. A drugi powód, dla którego jest mnie mniej, to podróże, w których wir się rzuciłem. Kiedy skończę "Virginię...", uciekam na drugą półkulę, żeby po tym pracowitym teatralnie roku odpocząć.

Widzę, że odpoczywa pan też od seriali i filmu?

- Mam teraz o tyle jasną i komfortową sytuację, że bez wyrzutów sumienia oraz dylematów artystycznych odmawiam każdemu, kto zadzwoni - z filmu, czy serialu. Odmawiam nawet bez czytania scenariusza. Nie mogę po prostu zawalić tych zobowiązań teatralnych, których się już podjąłem. Chociaż zdarza się, że żal mi pewnych propozycji, z których musiałem zrezygnować. Dwukrotnie już przymierzałem się do zagrania z Agatą Kuleszą w serialu "Krew z krwi". Niestety, oni to kręcą wtedy, kiedy ja akurat wyjeżdżam w dalekie podróże. To czas, kiedy tutaj robi się zimno i brzydko, czyli październik lub listopad, a ja wtedy uciekam w ciepłe kraje. A właściwie uciekamy, bo podróżuję z żoną. A często także z przyjaciółmi.

Sam organizuje pan swoje wyprawy?

- Staramy się nie jeździć z biurem podróży, chociaż raz odbyliśmy taką podróż do Birmy. Nawiasem mówiąc, zrobiłem wtedy bodaj najlepsze zdjęcia w swoim życiu. Staramy się jednak organizować podróże indywidualnie. Mamy taki schemat, że odbywamy dwie podróże w roku. Jedną, krótszą - bliżej, drugą, dłuższą - dalej. Mamy na swoim koncie bardzo ciekawe wyprawy. Na przykład ubiegłej jesieni zorganizowaliśmy ze znajomymi off-road (podróżowanie po bezdrożach - przyp. red.) dżipami po Namibii, Zimbabwe i Botswanie. Przejechaliśmy niemal 6 tysięcy kilometrów. W podróżach znajduję odskocznię od tego wszystkiego, co robię na co dzień. Póki mi zdrowie pozwoli, będę podróżował. I mam nadzieję, że coraz więcej.

A zdarzyły się jakieś niebezpieczne sytuacje?

- Uciekaliśmy przed szarżą słonia w Afryce. Innym poważnym ryzykiem okazało się sfotografowanie czterech babć w Gwatemali, które nagle złapały za cegłówki i zaczęły we mnie rzucać! Musiałem ratować swoje życie i aparat (śmiech). Przewodnik mnie nie uprzedził, że akurat to plemię Indian szczególnie nie lubi, kiedy się je fotografuje.

Ale co to dla pana - przecież jest pan twardzielem polskiego kina.

- Nie postrzegam siebie w ten sposób. Swoich ról także nie dzielę na twardzieli i nie twardzieli. Ale faktycznie jest coś takiego wśród twórców filmowych, że obsadzają po warunkach - patrzą na wcześniejsze prace i unikają podejmowania ryzyka powierzenia aktorowi czy aktorce ról diametralnie różnych od takich, w których się już sprawdzili. Rzadko się zdarza, żeby wywracali do góry nogami czyjś wizerunek. Chyba że ktoś jest jak Robert Więckiewicz, który miał okazję udowodnić, że może zagrać Wałęsę, Einsteina, Hitlera albo młynek do kawy. Szacun. Ja teraz mam 52 lata i jestem trochę taki "rozkraczony", pomiędzy mężczyzną w sile wieku a starszym panem. To jest taki moment, że nie wiadomo, jak mnie sklasyfikować. Myślę, że teraz to już muszę chyba poczekać, aż zostanę starszym panem i wtedy znajdą się w filmie jakieś interesujące dla mnie role.

Już pana nie ciągnie do scen kaskaderskich?

- Na początku kariery filmowej chciałem skakać z wieżowca. Wszystko mogłem robić. Oczywiście, że się bałem, tylko debil się nie boi. Kiedyś skakałem z wysokości sześciu metrów z helikoptera. Byłem strasznie potłuczony. Później okazało się, że w filmie w ogóle tego nie widać. Zrozumiałem, że nie warto się tak poświęcać, jeśli nikt tego nie dostrzeże.

Nabawił się pan jakichś kontuzji?

- Za dużo w życiu scen kaskaderskich robiłem, za dużo wariactw, żeby to teraz nie miało wpływu na moje kości. Każdy z takich panów jak ja, Linda czy Pazura, już sobie postrzelał, pobiegał, a teraz to już lepiej samochodem pojeździć (śmiech).

Albo zająć się fotografią i na tym zarabiać?

- Przy okazji podróży rozwija się też moja pasja fotograficzna. Czułem wielką satysfakcję, że jedno z czasopism fotograficznych zamieściło moje cztery zdjęcia z Birmy i dostałem za nie pieniądze. To moje pierwsze pieniądze zarobione na fotografii.

Do fotografii zachęcał pan też syna, który teraz jest świetnym operatorem.

- Gdy Łukasz miał 11 lat, kupiłem pierwszą kamerkę i poszliśmy do zoo. Syn wciąż mówił mi, co mam sfilmować, aż w końcu powiedziałem mu, żeby sam nakręcił to, co chce. No i zaczął. Wrócił po godzinie z tą kamerą, wielce podekscytowany, i zadał mi pytanie, co trzeba robić, żeby być operatorem filmowym. Odpowiedziałem mu, że najpierw trzeba fotografować. Następnego dnia zrobił pierwsze zdjęcie pożyczonym ode mnie aparatem i tak zaczęła się jego droga. Dziś wiele uczę się od swojego syna, a to przecież ja byłem tym, który uczył go robić pierwsze zdjęcia. Teraz to się odwróciło. Cieszyłem się, że Łukasz nie chciał zostać aktorem, bo to jest ciężki i niepewny zawód. Widział, jak to wszystko wygląda od kuchni, często bywał na planach filmowych. Miał 11 lat, kiedy przyjechał na plan "Reichu". Tego dnia ktoś zrobił urocze, pamiątkowe zdjęcie, na którym siedzą na krzesełkach obok kamery Pasikowski, Paweł Edelman i mój mały Łukasz.

Młodszy syn też chce pracować przy filmach?

- Nie wiadomo, w którą stronę pójdzie Jeremi. Łukasz od jedenastego roku życia wiedział, co chce w życiu robić, zmierzał do konkretnego celu. Jeremi ma 20 lat i wciąż poszukuje swojej drogi. Niech szuka. Ważne jest tylko, żeby został tak fajnym gościem, jakim jest teraz.

Jest pan gotowy na zostanie dziadkiem?

- Łukasz ma 27 lat i od ponad roku jest w związku małżeńskim, więc w każdej chwili mogę zostać dziadkiem. Nawet już chyba podświadomie na to czekam. Chciałbym mieć wnusię - taką księżniczkę, żeby móc ją rozpieszczać. Myślę, że jestem na to gotowy. To tak jak z ojcostwem - na pierwsze o tyle nie byłem gotowy, że za dużo wtedy grałem, także za granicą. Zwłaszcza to wczesne dzieciństwo Łukasza gdzieś mi umknęło między kolejnymi filmami, wyjazdami. Do dzieciństwa drugiego syna podszedłem już inaczej. Świadomie rezygnowałem z pewnych zobowiązań, żeby być przy nim w tych pierwszych, bardzo ważnych momentach poznawania świata. Teraz mogę świadomie i w pełni odpowiedzialnie podjąć się roli dziadka.

I będzie pan zabierał wnuczkę nad morze. Chyba że zdecyduje się pan na przeprowadzkę do Warszawy?

- Do Warszawy się nie przeniosę. Gdańsk to moje miejsce, tu się urodzili moi synowie, tu jest teatr Wybrzeże, w którym pracujemy z żoną od wielu lat, tu uwielbiam spędzać wolny czas. Wsiadam na rower i za pół godziny jestem nad morzem. Ma to również związek z domem, w którym mieszkamy od 8 lat. Tego domu nigdy nie zostawię, to jest nasze miejsce na ziemi. Joanna wkłada w niego wiele serca, bardzo dba też o nasz ogród. Cóż, ja też się staram. Ale nasze aktorskie losy tak się potoczyły, że ja zawodowo pracuję więcej. Często wyjeżdżam, dużo czasu spędzam poza domem, głównie w Warszawie. Staram się docenić to, że dzięki pracy, jaką żona wykonuje na co dzień w domu i w ogrodzie, tak dobrze nam się tam żyje.

Często zasypuje pan żonę kwiatami i gotuje romantyczne kolacje?

- Bardzo lubię dawać jej kwiaty i lubię patrzeć, jak ona się z nich cieszy. Co do romantyzmu, to różnie bywa. Joaśka jest bardzo charakterną kobietką, więc bywa, że propozycja spaceru o zachodzie słońca nad Motławą spotyka się akurat z innym pomysłem z jej strony. Ale przecież tak naprawdę nieważne dokąd - ważne, że idziemy gdzieś razem. Mamy też swój niezmienny rytuał. Są to spacery nad morzem wtedy, kiedy nie ma tam turystów, czyli głównie jesienią, zimą i wiosną. I mamy swoją ścieżkę w nadmorskim lesie, o której nikt nie wie.

A jak to jest z tym gotowaniem?

- Nie jestem gościem, który z uwielbieniem wchodzi do kuchni i gotuje. Ale robię podobno wyśmienitą carbonarę. I jak trzeba będzie pomóc w porządkach, też dam radę. No i jest jedna rzecz, której Joanna nie potrafi robić: prasować męskich koszul. Zawsze robię to sam.

Nie myślał pan o otwarciu własnego teatru nad morzem, żeby spędzać więcej czasu z rodziną?

- Zdecydowanie nie. Miałem kiedyś taką propozycję. Podszedł do mnie przedstawiciel pewnego dewelopera, który budował wielkie osiedle w Gdańsku. Umówił się ze mną na spotkanie i mówi tak: "Panie Mirku, Żebrowski ma teatr, Karolak ma, inne powstają, my panu też zrobimy teatr". Oni się deklarowali, że mi jakąś salę teatralną wybudują. Może nie zdawali sobie sprawy, co to znaczy wyposażyć profesjonalną salę teatralną. W pierwszym odruchu zacząłem się tym interesować. Już nawet chciałem się umawiać z Karolakiem na poważne rozmowy, ale na spokojnie zacząłem się przyglądać temu tematowi, myślałem o trudnościach, jakie mają prywatne teatry i... odmówiłem. Nie mam serca do zakładania biznesu.

A do zarobienia szybkich pieniędzy jako juror albo uczestnik jakiegoś show?

- Na to nie mam zwyczajnie ochoty. Zresztą nikt mi takich rzeczy nie proponuje. Jestem od wykonywania zadań aktorskich, daleko mi do celebryctwa. Jeśli chodzi o "Taniec z gwiazdami", to jeszcze rozumiem - męczą się, ale potem wygląda to wszystko ładnie. Ale skakanie do wody? Tych uczestników jest mi żal. Raz to widziałem w telewizji. Zobaczyłem zbliżenia biednych, zestresowanych ludzi, którym za chwilę eksplodują mózgi z nerwów, ze strachu. Myślę sobie wtedy, że nie wszystko jest na sprzedaż...

Swój wolny czas woli pan poświęcić chorym dzieciom?

- W życiu każdego znanego człowieka przychodzi chyba taki moment, kiedy chce coś zrobić dla innych. Skorzystać ze swojej popularności czy rozpoznawalności w dobrej sprawie. W każdym razie mnie się to zdarzyło. Przyszli do mnie rodzice chorych dzieci, potrzebujący tzw. publicznej osoby, która by im pomogła w zdobywaniu funduszy potrzebnych do leczenia ich biednych maluchów. A nie ukrywam, że to, co mnie najbardziej porusza, to niezasłużone w żaden sposób cierpienie chorych dzieci. Kiedy widzę dziecko, które ledwie przyszło na świat, a już się męczy, to patrzę w górę i pytam Boga, o co chodzi. Wzruszam się, kiedy jestem z tymi dziećmi, czasami muszę odejść na bok, żeby ochłonąć, nieraz już się poryczałem. Generalnie staram się trzymać, bo wiem, że to im pomaga. Tak, pomagam. Ale korzyść jest obopólna, bo i ja czerpię ze spotkań z tymi dzielnymi dziećmi mnóstwo pozytywnej energii

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje