Zarabiałam trzy dolary na miesiąc

Zbierała truskawki w kołchozie i jeździła z ojcem tirem. Dzieciństwo było wesołe. Dorosłość na Ukrainie już mniej.

Zawsze miała poważną minę, twarz dziecka starszego, niż wskazuje na to jej metryka. Weronika Marczuk urodziła się w Kijowie na początku lat 70. Kiedy sięga pamięcią w przeszłość, nie potrafi sobie przypomnieć nudy. Wszystkie dzieci w Związku Radzieckim żyły w kulcie pracy i powszechnego działania. Już do przedszkoli przyjeżdżali przedstawiciele najróżniejszych organizacji sportowych, muzycznych, itp. Oglądali dzieci, a potem mówili ich rodzicom: "Państwa córka/syn jest szczególnie uzdolniona/y w kierunku... Chcielibyśmy szkolić ją/jego w lekkoatletyce, gimnastyce artystycznej, itp.".

Reklama

Taka nauka nic wtedy nie kosztowała, więc niemal każde radzieckie dziecko od małego coś trenowało. "Stąd te wyniki sportowe Związku Radzieckiego w latach 70. i 80." - mówi Weronika. W Kijowie w jej dzieciństwie wszystkie maluchy potrafiły jeździć na łyżwach. Mała Marczuk dodatkowo uczyła się w szkole muzycznej, grała na pianinie. Jako nastolatka próbowała swoich sił w gimnastyce i piłce ręcznej. W końcu zaczęła uczęszczać na zajęcia z tańca estradowego oraz pantomimy.

"Nie mogę sobie przypomnieć, żeby ktoś w mojej rodzinie kiedykolwiek na cokolwiek poważnie narzekał. Słowo 'kłopot' nie istniało w naszym słowniku" - wspomina. Żeby to zrozumieć, trzeba znać historię Ukraińców. Tuż przed II wojną światową w całym ZSRR zamordowano 20 milionów ludzi, a w czasie wojny kolejne 20 milionów zginęło w obronie kraju. "Moja babcia, która straciła na wojnie męża i czworo dzieci, była więc wdzięczna losowi za powojenną stabilizację i względny spokój. Również moja mama, która jako siedemnastolatka przyjechała do Kijowa i zamieszkała w jednym pokoju z pięcioma innymi dziewczynami, wspomina tamte czasy wręcz z euforią" - opowiada.

W Kijowie

Wszystko wydawało się wtedy mamie możliwe. Zakochała się w przystojnym żołnierzu marynarki bałtyckiej i bokserze. Zamieszkali razem, w pierwszym własnym mieszkaniu, które mama Weroniki, jako wyróżniająca się pracownica w urzędzie paszportowym, otrzymała od państwa radzieckiego. Mieli na osiedlu Rusanowka jeden pokój, a kuchnię oraz łazienkę dzielili z sąsiadką, panią Noną. I właśnie tam urodziła się Weronika.

"Uwielbiam naszą Rusanowkę, wybudowaną na sztucznej wyspie na Dnieprze. Przyroda jest tam obłędna" - zachwyca się. "Bo Dniepr jest tak szeroki, że miejscami jak stajesz na jednym jego brzegu, to nie widzisz drugiego. A na wyspach są zielone parki pełne drzew i kwiatów, fontanny, plaże i motorówki - istny raj w środku Kijowa. Nic dziwnego, że miasto nazywa się Paryżem Wschodu. Tęsknię za nim ogromnie" - dodaje.

W tygodniu Weronika spędzała czas w zatłoczonym, czteromilionowym Kijowie (kilka linii metra!), a w weekend pomagała na wsi. W jej głowie jest wiele obrazów z tamtych czasów. Dziewiątego maja, w Dzień Zwycięstwa, zawsze odbywał się pochód. Weronika razem z innymi pionierami maszeruje główną ulicą Kijowa - Chreszczatykiem. Wszyscy w rękach trzymają kwiaty (w ZSRR tak świętowało się zakończenie II wojny światowej). Innego dnia idzie z przyjaciółmi do kina Kraków na ocenzurowany film pt. "Seksmisja". Bo ona kocha filmy! Płacze na hinduskich produkcjach, niezwykle wtedy popularnych w ZSRR. Ale jej numerem jeden jest "Żestokij romans" Eldara Riazanowa. Pieśni z "Gorzkiego romansu" potrafi nucić dziś nawet przez sen.

Jednak kiedy przychodzi weekend, Weronika jedzie z rodzicami na wieś do babci Poli lub babci Soni. Z dziadkiem Griszą, który był agronomem w kołchozie, patrzy, czy wzeszło już zboże. Pomaga też w polu i ogrodzie. To nie było nic nadzwyczajnego - tak wyglądało wtedy dzieciństwo wielu radzieckich dzieci z miasta.

Każdego lata w szkołach organizowano wyjazd do kołchozów. Dzieciaki zbierały ziemniaki, marchew, groch i truskawki. Wieczorem odbywała się dyskoteka lub występy artystyczne. "Przymusu nie było! Ale kto nie jechał, bardzo później żałował!" - wspomina.

Dziś Weronika bardzo tęskni za podkijowską wsią nad Dnieprem, gdzie wciąż mieszka jej rodzina. "Moja mama spędza tam każde lato. Kiedy dzwonię do niej, słyszę: 'Córeczko, szkoda, że cię tu z nami nie ma. Właśnie przyjechał na rowerze dziadzia Boria, Tania przyniosła rybę, szykujemy kolację, gramy w karty i śpiewamy'". Ludzie nadal spotykają się w ogrodach, przed swoimi domami.

Rodzice

To dzięki nim ma w sobie wielką siłę przetrwania. "Mój ojciec zawsze był charakternym człowiekiem. Najpierw pracował jako kierowca tira, a później woził ludzi autobusem po całej Ukrainie. Czasem zabierał mnie w takie podróże. To było niesamowite. Siedzieliśmy obok siebie, a ja czułam się wyróżniona" - mówi.

Mama natomiast nauczyła Weronikę ciężkiej pracy. Gotowanie i sprzątanie to podstawa. Wieczorami córka pomagała jej w chałupniczych pracach. Robiły na drutach czapeczki, które w ZSRR nazywano buratinkami (od Buratino - Pinokio). "Gdybym nie urodziła się na Ukrainie w tamtych czasach, byłabym kompletnie innym człowiekiem. Jakim? Hmm... Myślę, że mniej uduchowionym, mniej wyczulonym na muzykę, śpiew, taniec, a przede wszystkim na drugiego człowieka" - mówi Weronika.

Najtrudniejszy czas w jej życiu to rok 1991. Ukraina uzyskała niepodległość. Świat wiwatował! "Ale była też druga strona medalu. Kryzys totalny, denominacja. Moja rodzina, jak większość Ukraińców, straciła oszczędności całego życia. Rodzice zbierali na samochód i mieszkanie dla mnie. Nigdy już nie zobaczyli z tego jednej kopiejki".

Weronika studiowała wtedy na drugim roku na Uniwersytecie Pedagogicznym i jednocześnie pracowała jako nauczycielka. Z dnia na dzień okazało się, że zarabia równowartość... trzech dolarów. Wiadomo było, że coś trzeba zmienić. "Chociaż bardzo kochałam rodziców i swoje codzienne życie, postanowiłam wyjechać za granicę do pracy" - mówi.

Nie znała języka polskiego. Ale zaryzykowała!

Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 29 sierpnia!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje