Życie nie jest uboższe bez dzieci

Świadomie nie zdecydowała się na macierzyństwo. I jak mówi, nie czuje się z tego powodu gorsza. W rozmowie z SHOW aktorka opowiada też o trudnym dzieciństwie i przełomie, który właśnie nastąpił w jej życiu.

Do kin właśnie wszedł film "Rozumiemy się bez słów". Mam wrażenie, że opowiada pani historię.

Reklama

Olga Bończyk: - To prawda, ten film w dużym stopniu jest o mnie. Opowiada o dziewczynie, której rodzice są głuchoniemi, a to zupełnie tak jak w mojej rodzinie. Ona też, tak jak ja, marzyła o tym, by śpiewać. Dzieci, które się urodziły w rodzinach głuchoniemych, nazywają się dziećmi CODA (Children/Child of Deaf Adults, przyp. red.). Bycie takim dzieckiem sprawia, że od najmłodszych lat przyjmujemy role opiekunów swoich rodziców. Jesteśmy tłumaczami, dlatego nieustająco musimy uważać na to, czy rodzice właściwie odczytują świat zewnętrzny, świat dźwięku. Sami, będąc osobami słyszącymi, musimy rozumieć świat ciszy, musimy go odczuwać, by w porę ochronić rodziców przed złośliwymi uwagami, często bardzo krzywdzącymi. Jednocześnie rozwijamy się w normalnym świecie dźwięku. To wszystko sprawia, że zostajemy niejako wyrwani z dzieciństwa, bo poświęcamy swój czas rodzicom i opiece nad nimi.

Opieka nad własnymi rodzicami była dla pani przyspieszonym kursem dojrzewania?

- Tak. Psycholodzy twierdzą, że taka sytuacja zaburza proces rozwoju młodego człowieka. Pamiętam, że mama zawsze zabierała mnie na rozmowy z urzędnikami. Pani z okienka coś do mnie mówiła, czego ja, jako dziecko, nie rozumiałam. Wtedy urzędniczka się denerwowała, że nie umiem mamie przetłumaczyć jej słów. Na mamę też się denerwowała, uważając ją za głupią, bo nie umie sama czegoś załatwić. Te sytuacje były dla mnie trudne. Ale najgorsze przyszło, kiedy miałam sześć lat i moja mama zachorowała na raka.

I to pani przekazywała mamie diagnozę?

- Miałam osiem lat, gdy zaczęłam z nią jeździć na konsultacje i badania. Niestety, uczestniczyłam w rozmowach, w których mała dziewczynka nie powinna brać udziału. Oczywiście w najtrudniejszych momentach byłam wypraszana z gabinetu i wówczas mama pisała pytania do lekarza na kartce. Ale przez większość czasu byłam z nią. Nikt się wtedy nie zastanawiał, jak wiele szkód emocjonalnych może mi wyrządzić taka sytuacja. Wciąż czuję, że wiele we mnie zostało. Choroba trwała 13 lat, a ja cały czas uczestniczyłam w procesie jej rozwoju i leczenia. Można powiedzieć, że chorowałam razem z mamą.

- W filmie, o którym pani wspomniała, pokazano wiele spraw związanych ze światem głuchych w lekki i zabawny sposób. Moje sceny z mamą u lekarza były smutne i dramatyczne. W filmie natomiast jest scena, która mnie serdecznie rozbawiła. Mama, całkowicie głuchoniema, musi przebadać się u ginekologa. Na wizytę wzięła męża i córkę jako tłumacza. Po badaniu okazało się, że mama miała infekcję narządów rodnych. Rodzice dziewczyny są bardzo namiętną parą, wiec gdy lekarz zaleca wstrzemięźliwość seksualną na miesiąc, w gabinecie dochodzi do zabawnej negocjacji między lekarzem, matką i ojcem, a całość musi tłumaczyć zażenowana córka. Przekomiczna scena! Film jest zabawny, ale w życiu tak wesoło nie jest.

Z jakimi jeszcze problemami pani się stykała?

- Moją największą obawą było to, że ktoś pomyśli, że skoro moi rodzice są głusi, to są też głupi. A tak nie było! Mama uwielbiała czytać książki. Na półkach byli Dostojewski, Czechow, Żeromski i literatura współczesna. Mama niemal w każdej wolnej chwili czytała i co kilka dni kupowała lub wypożyczała nowe książki. Była mądrą i bardzo oczytaną osobą. Dlatego zawsze miałam poczucie niesprawiedliwości, że z taką łatwością przylepia się głuchym osobom łatkę z napisem "głupszy". Całe życie czułam się odpowiedzialna za rodziców, bo wierzyłam, że tak bardzo jak ja nie pomogę żyć w normalnym świecie, tak bardzo oni będą od tego świata odcięci i z mojej winy oskarżani o głupotę. Czułam, że to mogłoby się stać przeze mnie.

W takiej rodzinie trudniej się wyraża emocje?

- Trudniej, bo na dobrą sprawę nie mogłam się do końca poczuć dzieckiem. To ja byłam opiekunką, choć przecież to oni byli rodzicami. I żeby było jasne - z tych rodzicielskich obowiązków świetnie się wywiązywali. Dopiero dziś zdaję sobie sprawę jak zaburzona była ta relacja.

Pamięta pani jakieś momenty beztroski?

- Było ich niewiele. Wakacje i wyjazdy bez rodziców, obozy i kolonie. Wtedy nie musiałam skupiać się na rodzicach, a oni na mnie. Czułam się wolna od poczucia obowiązku. Uwielbiałam też wyjazdy na wieś, w której wychowywała się moja mama. Była tam jej rodzina - wujkowie, ciocie, więc ja nie musiałam pośredniczyć w rozmowach i mogłam być wreszcie beztroskim dzieckiem, które biega boso po łące i polach. 

Szybko okazało się, że ma pani talent muzyczny. Przeżywała pani, że mama i tata nigdy nie usłyszeli, jak pani śpiewa?

- Nigdy nie słyszeli, jak śpiewam, gram na fortepianie, nawet nie znali tembru mojego głosu. Ale pamiętam, że podczas występów w szkole mama zawsze siadała w ostatnim rzędzie i biła brawo ze łzami w oczach. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak musiała się czuć. Na pewno była dumna ze mnie i zawsze wspierała mnie całym sercem. Ale z pewnością cierpiała, że mnie nie słyszy. Do końca swoich dni mocno we mnie wierzyła i trzymała kciuki, mówiła, że mi się uda. W dorosłym życiu wiele osób próbowało umniejszyć mój talent, wymusić zmianę zawodu, zbagatelizować dorobek. Dziś myślę, że gdybym ich posłuchała, zrujnowałabym wszystko, co dali mi rodzice. Nie mogłabym im tego zrobić. Na swoją ostatnią płytę napisałam piosenkę "Moja mama". Wykonuję  ją niemal na każdym koncercie. To hołd złożony rodzicom. Dzięki nim jestem tym, kim jestem i mogę spełniać się jako artystka.

Dlaczego pani życie zaczęło się po 40.?

- Bo dopiero po 40. przestałam się szarpać sama ze sobą. Już nie uważam, że jeśli czegoś nie osiągnęłam, to już przepadło. Przestałam się porównywać z innymi. Nie myślę obsesyjnie o tym, że ktoś już jest na tym czy innym etapie, osiągnął to czy tamto. Po 40. pomyślałam sobie: "No i co z tego? Przecież to nie wyścigi!". To było oczyszczające! No bo czy ja mam w życiu źle? Wręcz przeciwnie. Ta myśl zdjęła mi gigantyczny ciężar z głowy. Jestem tu, gdzie jestem i robię to, co chcę. Telefon nadal dzwoni, a ja wciąż się rozwijam. Owszem, inni może osiągnęli relatywnie więcej, są popularniejsi, więcej grają. No i dobrze. Każdy ma swoją drogę. Może to ma mnie czegoś nauczyć? Zaczęłam podchodzić do życia spokojniej. Wciąż nim steruję, ale przestałam się winić za to, że coś mi nie wyszło lub czegoś nie zdążyłam zrobić. Dałam sobie prawo do błędów i już nie złoszczę się, że coś mi przeszło koło nosa.

Nie zdążyła pani zostać matką, jak grzmi głośna kampania.

- Rozumiem tych, których ta kampania oburzyła, bo jest zwyczajnie niesmaczna. Zgadzam się z Pauliną Młynarską, że dyskredytuje sporą część kobiet. Stygmatyzuje je. I ja do tego grona kobiet się zaliczam, bo też nie urodziłam dziecka. Ale to był mój wybór. Odpowiedzialny i przemyślany. I z całym szacunkiem, ale żadna fundacja czy stowarzyszenie nie ma prawa mnie z tego rozliczać. Już nieraz byłam wpędzana w poczucie winy i nie życzę sobie tego. Pani z tej fundacji tłumaczy teraz, że kampania miała wywołać dyskusję. Absurdalne. Dyskusja, owszem, została wywołana, ale na zupełnie inny temat - teraz mówi się wyłącznie o tym, ile kobiet poczuło się dotkniętych poprzez tę kampanię. Ta pani wraz ze swoją fundacją powinna się pochylić się nad prawdziwymi problemami, z którymi się borykają kobiety w naszym kraju. Np. jak w rodzinie żyjącej na skraju ubóstwa wykarmić i godnie wychować gromadę dzieci. Jak pomóc dzieciom, które już są na świecie, a ich szanse na godne życie są znikome. Jak zwiększyć ściągalność alimentów. Zbyt wiele instytucji chce decydować o naszych brzuchach. Teraz dołączyła kolejna.

U nas kobiety często czują presję ciąży.

- Ze strony rodziny nigdy tego nie odczułam. Rodzice wcześnie zmarli. Poza tym zawsze sterowałam swoim życiem sama. I przyznam, że nigdy mi nie było do macierzyństwa spieszno. Nie przegapiłam tego momentu, bo nie miałam ciśnienia na dziecko. Dziś jest już za późno, ale nie mam z tym problemu. Gdybym miała dziecko, mój świat wyglądałby inaczej, ale czy lepiej? Życie nie jest uboższe z powodu braku potomka.

Ma pani wizerunek poważnej osoby. Ale pani znajomi mówią, że to nie do końca prawda.

- Uwielbiam się śmiać i żartować. Choć każdy, kto mnie kojarzy, ma mnie za kobietę poukładaną, nienagannie uczesaną, umalowaną, elegancko ubraną. Trudno im uwierzyć, że potrafię np. opowiedzieć pikantny żarcik i śmiać się z siebie. Mimo wizerunku elegantki, w domowym zaciszu nie chodzę w wykrochmalonej koszuli i spodniach w kancik. Lubię dni, gdy nie muszę robić makijażu, zakładam niezobowiązujące ciuchy i nie czuję presji bycia idealną. A ten mój wizerunek medialny lubię. Bo on utrudnia przekroczenie granic osobom, które chciałyby wykorzystać to w swoich niezbyt szczytnych celach.

Kogo pani gra w sztuce "Pomału, a jeszcze raz!"?

- Siebie. Spektakl, w którym gram w teatrze Capitol opowiada o aktorach, którzy przygotowują się do premiery teatralnej. Podczas prób umiera reżyser i aktor w jednej osobie. Musimy więc bardzo szybko znaleźć zastępstwo. Wybór pada na aktora z Czech i wtedy zaczyna się cała komedia związana z różnicami językowymi. Pokazujemy, jak Polacy śmieją się z Czechów i odwrotnie. To przezabawny spektakl, świetnie napisany. Rola w nim była dla mnie okazją, żeby pokazać, że mam ogromny dystans do siebie. Przy Hani Śleszyńskiej czy Krzysztofie Tyńcu uczenie się fachu komediowego jest przyjemne i bardzo twórcze. Nie mam na swoim koncie zbyt wielu ról komediowych. Zagrać dobrą rolę komediową to wielka sztuka. Prywatnie nie lubię fars. Kompletnie mnie nie śmieszą. Nie bawią mnie sytuacje, gdy ktoś wchodzi do szafy albo się przewrócił na skórce od banana. To plebejska rozrywka, która jest poniżej mojej inteligencji. Uwielbiam Monthy Pytona, ale Benny Hill jest nie do strawienia.

W spektaklu walczycie ze stereotypami. Pani jako kobieta i aktorka też się z nimi stykała?

- O tak. Od najmłodszych lat słyszałam na przykład: "Jeśli będziesz ciężko pracować, będziesz mieć w życiu dobrze". Pewnie większość osób zgodzi się z tą tezą. A ja dziś jestem przykładem, który zaprzecza tej regule. Mogę w życiu robić to, co kocham najbardziej, bo moja praca to moja pasja. Dlatego to zdanie słyszane od mamy wytarłam już z pamięci. Jest jeszcze jeden stereotyp i z tym walczyć mi jest nieco trudniej: "Żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał". To jest mądre i szlachetne stwierdzenie, ale formatuje umysł młodego człowieka krzywdząco. Bo myślisz sobie: "Inni nie mogą przeze mnie płakać, nawet za cenę mojego cierpienia". Człowiek myśli o sobie jak o kimś mniej ważnym, chce żyć tak, żeby nie być dla nikogo kłopotem, chce innym ułatwiać życie kosztem samego siebie. To jak bycie grzeczną dziewczynką. Sama byłam nią całe życie, aż zrozumiałam, że to działa przeciwko mnie. Dziś wreszcie uczę się walczyć o siebie. Mówię głośno swoje zdanie i walczę o swoje sprawy. Nareszcie ustawiam siebie na pierwszym miejscu i już się za to nie winię. Bo są sprawy, w których to ja jestem najważniejsza. Kiedyś zawsze byłam na ostatnim miejscu i to był mój wielki życiowy błąd. Ustępowałam i nie miałam odwagi powalczyć o siebie, powiedzieć: "Ale ja też tu jestem. Chcę żeby moje zdanie miało prawo wybrzmieć". Dziś idzie mi to lepiej. Oczywiście wciąż mam problem np. z wykonaniem telefonu, żeby się zapytać, czy mogę wziąć udział w programie, czy w castingu. Jest mi wstyd, bo czuję się skrępowana myślą, że będę musiała się zareklamować. Wstydzę się upominać o swoje miejsce w szeregu, podsuwać siebie. To trochę niezręczne.

To powinien robić menedżer. Pani go nie ma?

- Nie, bo wydaje mi się, że w Polsce nie ma menedżerów, którzy są w stanie objąć dwie płaszczyzny, na których działam. Czyli rynku muzycznego: koncertów, tras i płyt oraz rynku teatralno-filmowego. To są dwa różne światy. Pracując w jednym i drugim, potrzebuję wsparcia. Powinnam mieć jedną osobę, która będzie to wszystko spinała. Tymczasem ja takiej osoby nie spotkałam. Bo jeśli ktoś dobrze się czuje na rynku muzycznym, to o filmowym nie ma pojęcia i odwrotnie. A nie jestem w stanie zatrudniać kilku osób. Mam teraz kogoś, kto mi pomaga organizować koncerty. Ale ta osoba zajmuje się małym wycinkiem mojej działalności. Nie jest moim menedżerem. Proszę mi wierzyć, że negocjowanie stawek, przypominanie o płatności jest dla artysty żenujące. Robię to jednak nadal, bo nic innego mi nie pozostaje. Ale wciąż wierzę, że w końcu znajdzie się ktoś, kto będzie umiał to ogarnąć, a ja do tego czasu jeszcze nie umrę i będę nadal pracować (śmiech).

Pewnie słyszy pani, że powinna się zająć albo śpiewaniem, albo graniem.

- Nawet nie wie pani, ile razy to słyszałam! Nie rozumiem tego, bo na świecie takich osób jak ja jest bardzo wiele. Wystarczy przypomnieć przykład Barbry Streisand - jest świetną wokalistką, sama reżyseruje, komponuje, pisze scenariusze i nikt nie odważyłby się zadać jej pytania, czy jest raczej aktorką, czy piosenkarką. Ja natomiast często zmagam się z kpiącymi i niezbyt przychylnymi komentarzami, że skoro jestem, i aktorką, i wokalistką, to znaczy że nie jestem dobra ani w jednym, ani w drugim. I że powinnam postawić w życiu na jedną profesję. To bardzo przykre. Często słyszałam, że ktoś mnie nie obsadził w jakiejś roli, bo się kojarzę z estradą, dlatego nie przystoi mnie zatrudniać do poważnego projektu. Są artyści, którzy zrezygnowali z aktorstwa na rzecz śpiewania, np. Michał Bajor. Ja tego nie zrobiłam i na razie nie zamierzam. Przyzwyczaiłam się, że od czasu do czasu muszę przełknąć przykre docinki.

Nie dostała się pani do programu "Twoja twarz brzmi znajomo". To zaskakujące.

- Z wielkim podziwem patrzę na aktorów, którzy sobie tam fantastycznie radzą. To wielka sztuka umieć skopiować jeden do jednego każdy szczegół - tembr głosu, ruch ciała i styl osoby, w którą się wciela. Trzeba mieć do tego predyspozycje i gotowość na takie zadanie. Ja chyba tej gotowości nie miałam i było to widać. Od lat umykam wizerunkowi śpiewającej aktorki, a udział w tym programie trochę by ten proces zaburzył. Zwłaszcza, że jeśli już biorę sobie cover do repertuaru, to robię wszystko, żeby brzmiał inaczej niż oryginał. Przerabiam go po swojemu. A w tym programie odtwarzamy utwór dokładnie tak, jak śpiewał w oryginale artysta. Nudzi mnie kopiowanie innych wykonań i nic na to nie poradzę. W programie morderczą pracą wokalną i choreograficzną doprowadza się do odwzorowania idealnego klonu artysty. To interesujące, ale... nic z tego nie wynika. Praca trochę po nic.

Kiedy się pani czuje najszczęśliwsza?

- Na scenie. To uczucie można porównać do motyla, który fruwa w brzuchu. Czasem kiedy stoję i czuję, że publiczność jest moja, przeżywam katharsis. Myślę wtedy, że moi rodzice są strasznie dumni i szczęśliwi. To mi daje wielką radość. Ten moment, kiedy dostaję owacje na stojąco, daje mi pewność, że droga, którą podążam, ma sens.

Ma pani za sobą dwa małżeństwa. Dziś udało się odnaleźć miłość?

- Jestem zakochana, ale z szacunku do mojego partnera i wspólnych z nim ustaleń wolałabym o tym nie mówić.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje