Zygmunt Chajzer: Dostałem nauczkę...

....ale nie będę rozpaczał”, mówi nam prezenter, który miał wrócić do telewizji, jednak zastąpiono go młodszym celebrytą. Jakie wyciągnął wnioski z tej porażki i jaki ma pomysł na siebie? O tym rozmawia z SHOW.

Nie będzie pan jurorem w "Supermodelkach XXL". Wielu widzów liczyło na pana powrót do telewizji.

Reklama

Zygmunt Chajzer: - Podzieliłem się tą informacją z mediami, ponieważ odcinki pilotowe były nagrane. Jednak kilka dni temu dostałem telefon z produkcji z przeprosinami, że jednak nie będę występował w tym programie, bo potrzebny jest ktoś związany z modelingiem. Jak się okazało, tym zastępcą został pan Maślak.

...który jest ściankowym celebrytą i modelem. Za bardzo nie błyszczy humorem ani inteligencją. Pan lepiej do tej roli pasował.

- Ta sprawa jest dla mnie nauczką, że nie można za wcześnie ogłaszać takich rzeczy. Wcześniej podobnie zdarzyło się, gdy pisano o powrocie na antenę teleturnieju "Idź na całość". Produkcją miała zająć się stacja TV4. Jak się okazało, radość była przedwczesna, zabrakło pieniędzy. Teraz już wiem, że dopóki program nie trafi do emisji, nic nie jest pewne. To była niemiła niespodzianka, ale nie będę przecież rozpaczał.

W telewizji panuje kult młodości. 50-letni Kuba Wojewódzki udaje, że jest 30 lat młodszy...

- Nie zamierzam się odmładzać, nie mam na to ochoty. Nie będę nikogo oszukiwał, że mam 20 lat mniej. Z tego nawet Krzysztof Ibisz zrezygnował, czym zyskał moją sympatię oraz szacunek. Pragnę też uspokoić wszystkich: nie zamierzam się ostrzykiwać, żeby pozbyć się zmarszczek. Telewizja co prawda kocha młodych, tak zawsze było, ale faktycznie na Zachodzie wielu dziennikarzy i prezenterów to ludzie dojrzali. Ich doświadczenie, połączone z wiedzą i telewizyjnym rzemiosłem, sprawia, że takie programy jak chociażby "Milionerzy" czy "Idź na całość" pozostają w ramówce przez lata. Proszę sobie wyobrazić, że ten ostatni teleturniej, pokazywany w amerykańskiej telewizji do dziś, miał przez 27 lat tego samego prowadzącego, Monty’ego Halla, który stworzył ten program i do dziś jest jego konsultantem. Można? Można. Oczywiście przez te lata uatrakcyjniano program, co jest nieuniknione, ale format pozostał.

Poszła też taka plotka, że dostał pan jakaś propozycję z TVN, bo tak się spodobał gościnny występ pana z synem w teleturnieju "Milionerzy".

- To nie jest prawda, na razie nie wracam do telewizji. Mam za to radio, które bardzo lubię. Jest w nim muzyka, która mi się bardzo podoba i dużo telefonów od słuchaczy. Na niektóre z nich trzeba błyskawicznie reagować...

Pamięta pan coś takiego?

- Owszem, kiedyś prowadziłem audycję w nocy, w publicznej Jedynce. Była poświęcona kiczowi w sztuce. Zadzwonił pewien pan. Opisał ze szczegółami i z erudycją swoją kolekcję obrazów. Mówił, że wielu osobom bardzo się ona podoba. Ale pewnego dnia przyszedł podziwiać ją znany krytyk. Spytałem wtedy słuchacza: "I co on na to". "I ch..." wypalił tamten i się rozłączył. Pewnie sobie to zaplanował, żeby zaskoczyć mnie i słuchaczy. Dobrze, że to była późna pora. W radiu, oprócz niespodzianek, jest też pewna intymność. W gruncie rzeczy jestem introwertykiem, więc to medium bardzo mi odpowiada.

Pan? Człowiek od największych widowisk telewizyjnych?

- Proszę się nie śmiać, naprawdę. Dlatego tak dobrze czuję się w radiu. Ale telewizja oczywiście kusi, bo to ogromne emocje, także dla prowadzących. Byłem gospodarzem wielu programów rozrywkowych. W wielu z nich były fantastyczne nagrody do wygrania i oczywiście wielkie emocje. Fajnie być kimś, kto te nagrody rozdaje. Miło powspominać, ale nie jestem uzależniony od bycia na ekranie. Jeśli trafi się ciekawa propozycja telewizyjna i widzowie zaakceptują mnie jako prowadzącego, to czemu nie... Teraz jest radio "Pogoda", w którym można mnie usłyszeć.

Jest pan też obecny w księgarniach - wydaliście przecież z synem książkę "Chajzerów dwóch". Odważnie, jak na dziennikarzy, którzy przyznali się do tego, że nie lubią pisać.

- To prawda, ale ta książka ma formę rozmów, bardzo radiowych, luźnych. Dlatego się zgodziliśmy na współpracę nad tym projektem. Każdy rozdział jest poświęcony innemu tematowi. Nie chcieliśmy, żeby to była kolejna celebrycka pozycja o tym "jak żyć". Tam jest kawałek naszych doświadczeń, bo nie zawsze było kolorowo, bezboleśnie i bezproblemowo, ale przede wszystkim jest mnóstwo zabawnych historyjek z naszego życia.

Moim ulubionym "kawałkiem" jest ten o fasolce, którą wsadził pan sobie do nosa. Wyrosła z niego zielona łodyżka...

- Bo fasolka miała tam świetne warunki, cieplutko, przytulnie. Niezła jest też historia Filipa, który nieomal stracił dwie górne jedynki, próbując naśladować styl jazdy panczenistów. Z rękami z tyłu. Tylko że łyżwiarze szybcy nie mają tylnych kieszeni, a Filip miał. Niezły Armagedon się wtedy rozpętał. Jego mama nawet poszła poszukać tych jedynek na chodniku, w nadziei, że da się je dolepić.

Jesteście obaj z różnych pokoleń. Filip z takiego, które kocha nowinki, ale też łatwo wyrzuca różne rzeczy, bo może sobie kupić coś ładniejszego, bardziej na czasie.

- Filip lubi też stare rzeczy - niedawno spełnił swoje marzenie i kupił Poloneza, samochód, który nie jest produkowany od lat. Ale kocha też supermodne gadżety, bez najmniejszego problemu porusza się w mediach społecznościowych. A ja jestem starej daty, nie mam nawet Facebooka, chociaż internetem posługuję się na tyle, na ile jest mi to potrzebne. Szczerze mówiąc, wolę rozmawiać z ludźmi twarzą w twarz, a jak się nie da, to przez telefon lub w ostateczności wysłać SMS-a. Uważam też, że warto reperować przedmioty - w takich czasach się wychowałem. Wtedy nie można było wszystkiego kupić ot tak, od ręki, więc trzeba było sobie radzić: reperować, wymieniać. W gruncie rzeczy to jest bardzo proekologiczna postawa.

Pan żyje eko?

- Bardzo się staram, segreguję starannie śmieci. Wkurza mnie, gdy ktoś zaśmieca ulice mojego miasta, niszczy przyrodę. Myślę o panelach fotogalwanicznych na dachu domu. Wytwarzamy niesamowite ilości śmieci. Bo proszę sobie wziąć na przykład krem, który kupuje pani w sklepie. Bardzo często oprócz słoiczka ma on też w środku dodatkowy papier zabezpieczający przed zbiciem, eleganckie kartonowe opakowanie i jeszcze folijkę, a to wszystko trafia do foliowej torebki. Wszystko to, chwilę po rozpakowaniu, wrzucamy do kosza. U mnie przynajmniej - do odpowiedniego kosza.

Filip poszedł w pana ślady zawodowo, jest najbardziej znany. Ale ma pan jeszcze dwie córki: Karolinę z pierwszego małżeństwa i najmłodszą, Weronikę. Z czego, co udało się im wpoić, jest pan szczególnie dumny?

- Trudne pytanie, ale myślę, że głównie z tego, że cała trójka, to samodzielni, myślący i wrażliwi ludzie. Zawodowo radzą sobie całkiem nieźle. Wiedzą, że zawsze trzeba sprawdzać informacje w różnych źródłach, a nie przyjmować je bezkrytycznie. Chyba w dużej mierze dzięki mnie wiedzą, że sport, wysiłek fizyczny bardzo pomaga w życiu - jest świetnym lekarstwem na stres. Dzięki niemu dbamy o zdrowie. Generalnie są fajnymi ludźmi.

Co pan najbardziej lubi w Filipie?

- Oprócz tego, że jest moim synem, z którym wspieramy się i w pięknych, i w tych mniej pogodnych fragmentach naszego życia, cenię go jako dziennikarza. Przede wszystkim za ogromną odwagę, pasję i zaangażowanie. Ja bym nigdy w życiu się nie wykąpał w zimnym morzu razem z Morsami.

Poważnie? Pan, sportowiec?

- Nie. Za nic bym nie wszedł do lodowatej wody. Nie byłbym gotów na takie poświęcenie, żeby zrealizować materiał. On tak. Pojechał robić materiał o parku trampolin i oczywiście musiał je wypróbować. Efekt był taki, że noga była w gipsie, ale on tego nie żałował. Może to wszystko dzięki temu, że kiedyś nie bał się pojechać na tych rolkach i mimo zdartych na asfalcie siekaczy, nie boi się próbować?

Ale pan jako dziennikarz nie jest wobec syna bezkrytyczny. Ponoć cięty jest pan na błędy językowe.

- Tak było kiedyś, kiedy Filip pracował w radiu. Zdarzało mi się czasem dzwonić po audycji i korygować błędy. Teraz nie mam się do czego przyczepiać. Choć zwłaszcza w programach na żywo zdarzają się lapsusy. To nieuniknione. Największą fanką Filipa jest moja żona. Ona ogląda każdy materiał. Po emisji syn zawsze dzwoni i mama mówi, co jej się szczególnie podobało, a generalnie podoba się wszystko. Cieszę się, że Filip, po długich poszukiwaniach znalazł własną, oryginalną drogę w tym zawodzie.

- Takim momentem przełomowym w jego karierze był materiał o blogerkach modowych, którzy zachwycali się kolekcjami nieistniejących projektantów: Karela Gotta, Hansa Klossa czy Schleswiga-Holsteina, nie wiedząc, że Filip zrealizował taką prowokację. Zrobiło się sporo zamieszania, a Filip dostał nawet propozycję prowadzenia swojego kącika modowego w jednym z czasopism lifestylowych.

Może powinniście zrobić coś razem z synem w telewizji. Dobrze wam idzie.

- W naszych telewizjach ciężko się przebić z polskim, oryginalnym formatem. Powiem więcej, jest to prawie niemożliwe. Stacje telewizyjne kupują sprawdzone na innych rynkach, dokładnie przetestowane programy. Nawet format "Kocham Cię, Polsko" nie został wymyślony w Polsce. Ale ja nie narzekam na brak zajęć. Radio, siatkówka, ogród, rodzina i przyjaciele nie pozwalają mi się nudzić. Urodziłem się pierwszego maja i jestem pracusiem. Zawsze znajdę coś, co przyniesie mi sporo frajdy.

Katarzyna Jaraczewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje