Żyła, by kochać i być kochaną

Uwielbiały ją miliony. Za urodę, doskonałe wyczucie stylu, talent. Ona nie ceniła swojej popularności, marzyła o prawdziwej miłości.

Delikatna, śliczna i dziewczęca. "Po Rzymskich wakacjach" okrzyknięto ją alternatywą dla blond piękności, takich jak Marilyn Monroe. Ona jednak nie lubiła swojego krzywego nosa i dużych uszu, twierdziła, że jest za chuda. Mówiła: "Nigdy nie postrzegałam siebie jako jakiejś ikony". Popularność jej nie interesowała. Nawet jako wielka gwiazda podróżowała pociągami drugą klasą. " Być gwiazdą? Lubię grać, ale niczego tak nie pragnę, jak zostać żoną i matką" - powiedziała kiedyś. Gdy patrzy się na jej zdjęcia, można odnieść wrażenie, że była bardzo szczęśliwa. Uśmiechnięta, zarażała pozytywną energią. Jednak syn gwiazdy, Sean Ferrer, pisał w swojej książce "Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji", że jego matka poniosła fiasko w obu małżeństwach.

Reklama

Według niego, powodem była wielka tęsknota Audrey za pierwszym, najważniejszym mężczyzną życia - ojcem. Hepburn straciła z nim kontakt na początku wojny, kiedy miała siedem lat. Odnalazła go dopiero w Dublinie po dwudziestu latach dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Umówili się w hotelu. "Dziadek stał niczym skamieniały. Nie potrafił podejść, przytulić jej lub choćby wyciągnąć ręki. Człowiek, za którym Audrey tęskniła od dzieciństwa, był uczuciowym inwalidą" - opisuje tamten moment syn gwiazdy. Od tego czasu spotykali się sporadycznie.

Kiedy Audrey dowiedziała się, że ojciec jest śmiertelnie chory, pojechała do szpitala. Przez lata wspierała go finansowo, ale nie poszła na pogrzeb. Trudne relacje łączyły ją także z apodyktyczną matką, baronową Ellą van Heemstra. Od niej Audrey też nie zaznała ani czułości, ani miłości. Za to słyszała podcinające skrzydła słowa: "Ludzie nie są ciebie ciekawi". Być może dlatego, kiedy była już wielką gwiazdą, nadal wolała się nie wyróżniać. Nawet kiedy miała na koncie takie filmy jak "Śniadanie u Tiffany'ego" i "Rzymskie wakacje", najchętniej ubierała się skromnie: w małe, czarne sukienki, białe koszule, beżowe prochowce.

"Urodziłam się z ogromnym głodem miłości i jeszcze większą potrzebą obdarowywania uczuciem innych" - powiedziała kiedyś aktorka. Miała kilka romansów, ale trzech naprawdę ważnych mężczyzn w życiu. Nigdy nie podnosiła głosu i wiele potrafiła wybaczyć w imię miłości. Jej syn Sean twierdzi, że być może właśnie te delikatne cechy charakteru sprawiały, że nie potrafiła ułożyć sobie życia.

W aktorze Melu Ferrerze zakochała się od pierwszego wejrzenia. Aktorki nie przerażał nawet fakt, że mężczyzna miał już czwórkę dzieci i dwie żony. Plotkowano, że szukała w nim ojca, bo Mel był od Audrey o 12 lat starszy. Mówiono też, że miał wybuchowy charakter. Sielanka, niestety, szybko się skończyła. Audrey - która tak bardzo pragnęła być matką - dwukrotnie poroniła. Do tego dochodziły

nieporozumienia z mężem. Kiedy urodził się jej pierwszy syn Sean, próbowała jeszcze ratować małżeństwo. Mimo to, kiedy była poza domem, szukała bliskości - u Williama Holdena (partnera z "Sabriny"), Boba Andersona (scenarzysty "Historii zakonnicy"), Alberta Finneya (partnera z "Dwoje na drodze"). Mel w tym czasie również był widywany z przyjaciółkami. Po trzynastu latach rozwiedli się.

Druga wielka miłość przyszła do Audrey niespodziewanie. Podczas romantycznego rejsu po Morzu Śródziemnym Hepburn poznała włoskiego psychiatrę, Andreę Dottiego. Niestety, historia się powtórzyła. Choć mieli syna Lukę, po czternastu latach zdecydowali się na rozwód. Powodem była niewierność Dottiego.

Dopiero z Robertem Woldersem, aktorem, z którym Audrey spędziła dwanaście ostatnich lat życia, zaznała prawdziwego szczęścia. Choć nigdy nie wzięli ślubu, to on opiekował się nią, kiedy zachorowała na nowotwór jelita. Był przy niej do ostatnich chwil życia.

Pięć lat razem pracowali charytatywnie dla UNICEF. Angażowali się w pomoc głodującym dzieciom z najuboższych regionów świata. Audrey jeździła do Somalii, Kenii, Sudanu. Dla Hepburn dzieci zawsze były najważniejsze. Marzyła, by mieć ich całą gromadkę. Niestety, trzykrotnie poroniła. Dla synów Seana i Luki porzuciła w połowie lat 60. karierę aktorską i od tego czasu tylko sporadycznie stawała przed kamerą.

"Decyzja była dla mnie oczywista. Nie gryzłam palców i nie krążyłam nerwowo po pokojach. Jak wszystkie matki, uwielbiałam moich chłopców" - mówiła. "Dzieci były jej radością i sposobem na uleczenie własnych ran" - napisał po śmierci Audrey jej syn Sean. Ostatnia Wigilia była dla niej najszczęśliwsza. Wreszcie była przekonana, że wszyscy ją naprawdę kochają. Gdy zmarła, miała 64 lata.

Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! W sprzedaży od 5 lipca.

Dowiedz się więcej na temat: kochać

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje