Dlaczego lubimy rzucać sobie kłody pod nogi?

Moje dorosłe dzieci pracują za granicą. Najpierw wyjechał syn, a przed dwoma laty córka. Tam założyli rodziny, mają dzieci. Ja od śmierci męża mieszkam sama w rodzinnym domu.

Dzieci były bardzo związane z ojcem, zresztą zawsze był dla nich dobry. Ale od kiedy wyjechały, a my zostaliśmy sami, wszystko się zmieniło. Zwłaszcza gdy zachorował na raka. Stał się wobec mnie złośliwy, dokuczał, zwłaszcza jak wypił.

Reklama

Tłumaczyłam sobie, że to przez chorobę, bo się załamał, ale miałam z nim ciężko. Nie mówiłam o tym dzieciom, bo nic by to nie zmieniło. Były na pogrzebie, mówiły, że będą mnie wspierać w samotności, a potem wróciły do siebie. Może to nieładnie tak mówić, ale przez kilka miesięcy po  śmierci męża dochodziłam do siebie i... odpoczywałam. Ostatnie tygodnie jego choroby były straszne...

A przed rokiem, w klubie seniora, poznałam pewnego pana. Wdowiec, kulturalny, dobrze się nam rozmawiało. Ta znajomość przerodziła się w coś więcej. Po kilku miesiącach uznaliśmy, że chcemy wspólnie ułożyć życie. Postanowiłam, że nie powiem dzieciom o ślubie. Bywają w Polsce na święta, jakoś naturalnie to się rozwiąże. Wesela nie robiliśmy, wprowadziłam się do męża, swojego domu na razie nie sprzedałam. W tym roku dzieci nie przyjadą na Wielkanoc, może latem.

Moja koleżanka mówi, że sama sobie komplikuję życie. I powinnam im powiedzieć, zanim przyjadą. Bo pomyślą np., że mój nowy mąż zechce przejąć rodzinny majątek. Nie wiem, czy jej posłuchać, czy postawić dzieci przed faktem dokonanym: jak przyjadą, to się dowiedzą. 

Ola (60 l.)

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje