Dziecko, nie prowadzimy zwierzyńca

Pewnie sama jestem sobie winna, bo gdy urodziła się Andżelika, miałam psa. A kiedy on odszedł ze starości, jeden ze znalezionych przez Andżelikę kotów został jako domownik. Inne zwierzęta porozdawałyśmy jakoś po rodzinie i znajomych, ale teraz sytuacja zaczęła się robić krytyczna.

A cóż to takiego? - załamałam ręce, widząc w progu moją 13-nastolatkę trzymającą w objęciach niedużego psa.

Reklama

- Mamo, on się chyba zgubił. Nie mogłam go tak zostawić!

W tej właśnie chwili z kuchni wybiegł nasz kot. Pies zawarczał i zeskoczył rzucając się ku niemu. Na szczęście Andżelika nadepnęła na smycz ciągnącą się za psem, co go zatrzymało. Ujadał wniebogłosy.

- Widzisz, nie może u nas zostać - powiedziałam. - Może ma przywieszkę na obroży?

Miał. Odetchnęłam z ulgą, bo był na niej telefon do właściciela. Okazał się nim starszy pan, który bardzo się ucieszył na wieść o piesku.

A ja postanowiłam kolejny raz poważnie porozmawiać z córką. Tym razem właściciel szybko się odnalazł, ale co by było, gdyby się tak nie stało? Andżelika od małego znosiła do domu wszystkie zwierzaki potrzebujące pomocy. Psy, koty, ptaszki, nawet myszki. Znają nas wszyscy weterynarze w okolicy.

Pewnie sama jestem sobie winna, bo gdy urodziła się Andżelika, miałam psa. A kiedy on odszedł ze starości, jeden ze znalezionych przez Andżelikę kotów został jako domownik. Inne zwierzęta porozdawałyśmy jakoś po rodzinie i znajomych, ale teraz sytuacja zaczęła się robić krytyczna. 

- Posłuchaj - zaczęłam delikatnie. - Wiem, że chcesz pomagać zwierzakom, ale musimy znaleźć jakiś inny sposób. Nie możesz przyprowadzać wszystkich do naszego domu.

- Zawsze mówiłaś, że nie można być obojętnym!

- To prawda, ale pomagać trzeba z głową.

- Nic nie rozumiesz! On był tam sam! Gdybym się nim nie zaopiekowała, to ktoś mógłby mu zrobić krzywdę! A tak już jest już ze swoim ukochanym panem i nic mu nie grozi! Dzięki temu mogę spać spokojnie, a ty... jesteś bez serca!

Chciałam zaproponować, żebyśmy poszukały fundacji, w której mogłaby pomagać, ale już mnie nie słuchała. Nie chcę, by córka zajmowała się wszystkim sama. Boję się, że trafi na psa, który ją pogryzie lub że przyniesie do domu chore zwierzę i miesiącami będę spłacać dług u weterynarza.

Nie mam złudzeń, że Andżelika stanie się nagle głucha i ślepa na wołanie o pomoc. Zresztą wcale bym chciała. Pragnę jedynie, by zajmując się potrzebującymi zwierzętami była bezpieczna, pod fachową opieką, której ja jej zapewnić nie mogę, bo dużo pracuję i mam przecież jeszcze młodszą córkę... Tylko jak do Andżeliki trafić? Jak mówić, żeby chciała słuchać?

Elżbieta Kowalik z Tarnowa

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje