Jedzenie to dla niej kara

​Kiedy Maja była niemowlakiem nigdy bym nie przypuszczała, że kiedyś jedzenie będzie dla niej problemem.

 Ciągnęła butlę aż miło było patrzeć. Zmiana nie nastąpiła nagle. Zaczęło się od tego, że pewnych rzeczy nie chciała jeść, marudziła przy nich, a inne pałaszowała chętnie. W pewnym momencie jednak coraz mniej rzeczy jej smakowało i w końcu okazało się, że nie dość, że najchętniej jadłaby parówki z keczupem, a i tak glamała i glamała je bez końca.

Reklama

Kiedy zastanowiłam się nad tym co je moje dziecko, wpadłam w panikę. Pięciolatka powinna zdrowo się odżywiać, żeby rosnąć. Tymczasem Maja siadała nad obiadem i... "modliła się" nad nim. Zaczynała od odsuwania na bok rzeczy, jej zdaniem, niejadalnych.

- To obrzydliwe... - mruczała wyciągając z sałatki najmniejsze kawałki na przykład cebuli, potem pora, selera.

A nad tym, co zostało na środku talerza siedziała i siedziała.

- Nie smakuje ci? Ale musisz przecież zjeść... - prosiłam.

- Nie jestem głodna.

- A coś innego byś chciała? - pytałam.

- Nie - odpowiadała krótko.

Bałam się nawet, że Maja jest chora. Ale kiedy tylko wstawała od stołu, nabierała wigoru. Potrafiła  całe popołudnie ganiać po podwórku z dziećmi sąsiadów. Miałam nadzieję, że po takiej porcji ruchu zje kolację ze smakiem. Tymczasem nic z tego... Dłubała w kanapkach i dłubała, a kiedy poszłam na chwilę do kuchni, dziwnie szybko przyniosła pusty talerzyk mówiąc, że zjadła. Wydało mi się to podejrzane i spojrzałam na kieszeń jej spódniczki. Wypchana była kanapkami.

- Maja! Dlaczego kłamiesz? - podniosłam głos na córkę.

- Bo ja nie chcę jeść! - krzyknęła.

Od tego momentu podczas posiłków zawsze ktoś miał ją na oku. Trwało to godzinami, często kończyło się płaczem, a kilka razy Maja, zmuszona do jedzenia, zwymiotowała.

Rozmawiałam z lekarzami. Mówili, że wszystko jest w porządku, że dzieci z tego wyrastają.

A ja się denerwowałam. Czas wspólnie z rodziną spędzany przy stole zamiast być przyjemnością, dla wszystkich stał się katorgą.

- Nie mogę patrzeć, jak ona wybrzydza, jak jej wszystko w buzi rośnie - coraz częściej mówił mąż i wychodził.

- Ona po prostu nie wie, co to znaczy być głodną - zdenerwował się któregoś dnia. - Ciągle w nią ktoś coś wpycha. Ty, mama, przedszkolanki. Nie chce jeść, niech nie je! Krzywdy nie da sobie zrobić.

Nie miałam już na nią pomysłów, więc zgodziłam się na eksperyment "niech je ile chce".  Był weekend, mogłam obserwować córkę cały czas. Usiedliśmy do śniadania, Maja wypiła tylko kakao. W porze drugiego śniadania spytałam czy chce kanapkę.

- Nie. Herbatkę - poprosiła.

Przy obiedzie czułam się już poważnie zaniepokojona, kiedy Maja zjadła dosłownie dwie łyżki zupy, i rozgrzebała drugie. Wypiła kompot i znowu pobiegła na podwórko. Na kolację pożywiła się połówką jabłka, na ciepłe nawet nie spojrzała. Mąż mnie pocieszał:

- Zobaczysz, jutro będzie inaczej. Przecież w końcu zgłodnieje.

Ale kolejny dzień wyglądał tak samo, coś tam w przelocie dziabnęła. To było ponad moje nerwy i w poniedziałek zrobiłam jej na śniadanie omleta, którego kiedyś lubiła. Rozgrzebała go tylko na talerzu. Od tego czasu minęło pół roku. Próbowałam gotować nowe, atrakcyjne potrawy, ale nic Mai nie smakowało. Wciąż skubie jak ptaszek i jak może wykręca się od jedzenia. Nie mam pomysłów co zrobić, żeby zaczęła normalnie jeść. Cały czas boję się, że nabawi się jakiejś choroby. Nie potrafię nie martwić się tym, że moje dziecko nie je. Muszę coś zrobić. Tylko co?

 Monika W. z Tarnobrzegu

Co robić w tej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 8 (w sprzedaży od czwartku 20 lutego br.) i na stroniewww.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: dziecko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje