Mój syn jest kibolem

​Miesiąc temu wpadłam w panikę, gdy zobaczyłam jak mój szesnastoletni syn wychodzi z domu. Wiedziałam, że z kolegami jadą na mecz.

- To nara - rzucił Piotrek ruszając do drzwi.

Reklama

W przedpokoju wyślizgnął mu się z ręki plecak. Kiedy się schylił, żeby go podnieść, z kieszeni z brzękiem wypadły nóż i kastet! Natychmiast zadzwoniłam do Piotrka.

- Wracaj do domu! - krzyczałam. - Co to za broń? Co ty jesteś? Jakiś bandzior?

- Spoko, matka, wrzuć na luz. Wrócę jutro - rzucił i rozłączył się.

W nerwach czekałam na powrót męża do domu. Kiedy tylko wszedł, zarzuciłam go strasznymi nowinami.

- Widzisz! - zareagował gwałtownie. - I po co było się upierać, żeby znalazł sobie jakieś hobby?

Aż mnie zatkało z powodu tego bezsensownego oskarżenia. Pokłóciliśmy się i przestaliśmy do siebie odzywać. Rzeczywiście jeszcze rok temu narzekałam na to, że nasz Piotrek nie ma żadnych zainteresowań. Nie czytał książek, nie zajmował się majsterkowaniem ani modelarstwem, jak jego kuzyni. Potrafił całymi dniami siedzieć przed telewizorem.

- Zajmij się czymś - irytowałam się wtedy.

- Nie chce mi się - wzruszał ramionami.

Dlatego ucieszyłam się niezmiernie, kiedy syn wyraził chęć pójścia na mecz.

- Jasne, idź! - zachęcałam go sama.

Z radością patrzyłam, że się w piłkę nożną wciągnął. Kupił czapkę i szalik i stał się kibicem. Naprawdę wolałam to niż tę jego wcześniejsza obojętność. Ale zaczęłam zauważać rzeczy, które budziły mój sprzeciw. Koledzy z ogolonymi głowami, w bluzach z kapturem, nie budzili zaufania. Na dodatek pod ich wpływem Piotrek zaczął strasznie kląć.

- Nie podobają mi się ci twoi koledzy - stwierdziłam.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jest zachwycony "kibolami". Dowiedziałam się o "ustawkach".

- Co ja zrobiłam... -  wyszeptałam.

Własnymi rękami popchnęłam syna w ramiona chuliganów, a nawet bandziorów.

- Musimy ustalić wspólny front - ustaliłam z mężem.

- Zgoda. Ale nie chciałabym mu zabierać piłki jako takiej.

Oznajmiliśmy to synowi jak tylko wrócił ze szkoły. Popatrzył na nas spod oka i wzruszył ramionami:

- OK - burknął.

- Za łatwo coś poszło - szepnęłam do męża, kiedy Piotrek poszedł do swojego pokoju.

- Ja też mu nie wierzę.

I niestety okazało się, że mieliśmy rację. Syn co prawda chodzi na mecze z ojcem, ale poza tym wymyka się z domu i za naszymi plecami spotyka nie wiadomo z kim. A my nic nie możemy zrobić! Przeszukaliśmy jego rzeczy, ale niczego podejrzanego nie znaleźliśmy. Nie jesteśmy w stanie zamknąć go w domu ani pilnować całą dobę. Oboje musimy przecież pracować! Rozmowy nic nie dają. Tłumaczę mu, że ta ideologia jest zła, że to przemoc, że to nie po chrześcijańsku nienawidzić i bić. A on milczy. Jakby nic do niego nie trafiało...

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 43 (w sprzedaży od 24 października br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

 

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: kibice | mecz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje