Nie pójdę do nowej szkoły

No i jak ci się podoba? - spytałam z nadzieją Konstancję, moja czternastoletnią córkę, otwierając drzwi do jej pokoju.

- Ujdzie - wymamrotała.

Reklama

- Zobacz, masz tylko dla siebie tyle przestrzeni i łazienkę - zachęcał mąż.

Konstancja kiwnęła głową.

- Ale to nie zmienia tego, że wylądowaliśmy w pipidówku! 

- Misiu, przecież nie mogliśmy nie wykorzystać takiej okazji! Babcia zostawiła nam domek, w którym będzie nam o wiele wygodniej niż w mieszkaniu w Poznaniu. Zawsze narzekałaś na ciasnotę! Wreszcie będziesz mogła swobodnie zaprosić koleżanki.

- Jakie koleżanki? Z Poznania? A kto tu przyjedzie?!

- Kochanie, poznasz i tu nowe osoby, szkoła się zaraz zaczyna.

- Ani myślę iść do tej byle jakiej szkoły! Moje gimnazjum jest dobre i ma liceum, a to tutaj? - prychnęła.

- Uczyć się można wszędzie, trzeba tylko chcieć - stracił cierpliwość mąż. - Przestań histeryzować. Poznasz tu nowe koleżanki i docenisz zmianę. Lubiłaś przecież ten dom, kiedy odwiedzałaś babcię.

- Ale nigdy nie chciałam tu mieszkać! - Konstancja wybuchnęła płaczem i skorzystała z tego, że w drzwiach jej pokoju nadal tkwił klucz. Zamknęła je.

Westchnęłam ciężko. Ale nie było czasu, żeby dyskutować z córką. Zostało jeszcze sporo rzeczy do przeniesienia i ustawienia, a ekipie przeprowadzkowej płaciliśmy od godziny.

Gdy skończyliśmy, oboje z mężem osunęliśmy się na fotele. Uśmiechnęłam się do niego:

- Cudownie. Nareszcie mamy dużą kuchnię, spiżarnię, salonik i sypialnię tylko dla nas.

- Jak sprzedamy mieszkanie i spłacimy kredyt, to zrobimy najpierw remont dachu, a potem jakoś reszty.

- Myślisz, że długo to potrwa?

- Nie wiem...

- Jestem głodna - usłyszeliśmy obrażony głos córki.

- Weź sobie coś - jęknęłam. - Ledwo żyję po układaniu tego wszystkiego.

- W Poznaniu mogłabym sobie zamówić pizzę, a tu co? - z wyrzutem stwierdziła córka.

Łaskawie zjadła zapiekanki, które przygotował mąż.

Minęło kilka dni i sytuacja się nie poprawiła nic a nic. Konstancja twardo obstaje przy swoim. Znalazła połączenia autobusowe do Poznania i stwierdziła, że wcale nie musi zmieniać szkoły.

- Chcesz spędzać w autobusie ponad cztery godziny dziennie? - popukałam się w głowę.

- Mowy nie ma! - poparł mnie mąż.

- A ty będziesz jeździł do pracy!

- Dziecko, dla mnie to zmiana na lepsze! Stąd mam do pracy kwadrans, a z Poznania dojeżdżałem półtorej godziny. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie to męczące.

- Nic mnie to nie obchodzi! Ta szkoła jest obciachowa! Chcę chodzić do starej! - wywrzeszczała i rozpłakała się.

Takie rozmowy prowadzimy codziennie. Do córki nie trafiają żadne argumenty, nie mamy pieniędzy na stancję dla niej, zresztą uważamy, że jest za młoda, żeby mieszkać bez opieki. Szkoła tuż tuż, co zrobić, żeby poszła do tej, którą wybraliśmy i zaczęła nowe życie?

Teresa z Wałbrzycha

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje