Poskładam wszystko na nowo

„Straciłam męża i dom. Ale podniosłam się, dla synów” – mówi 42-letnia Maria Załubska z Brzyścia koło Jasła.

Wychowałam się w małej wsi Święcany, niedaleko Jasła. Po podstawówce poszłam do szkoły kolejarskiej, a gdy ją ukończyłam, zatrudniłam się na kolei.

Reklama

W 1989 r. koleżanka poznała mnie z cztery lata starszym ode mnie Stanisławem. Pochodził z Łososiny Dolnej. Chociaż dzieliło nas 70 km, co weekend do mnie przyjeżdżał. – Wyjdziesz za mnie? – spytał któregoś dnia. – Tak – odparłam bez wahania, bo od początku czułam, że to mężczyzna mojego życia.

W 1991 r. wzięliśmy ślub. Dwa lata później urodził się nasz syn Damian (dziś 20 l.). – Tak bardzo pragnę, by miał rodzeństwo – płakałam ze szczęścia, tuląc synka. – Wiesz, że i ja marzę o dużej rodzinie – uśmiechał się z czułością mąż.

Mieszkaliśmy u moich rodziców, w jednym pokoju z kuchnią, ale chcieliśmy pójść na swoje. W 1997 r. kupiliśmy więc na kredyt drewniany dom w Brzyściu.

Wymagał gruntownego remontu, ale to nam nie przeszkadzało. – Zobaczysz, powoli wszystko tu wyszykuję. Będzie pięknie! – obiecywał mąż. – Co ja bym bez ciebie zrobiła? – przytulałam się do niego.

Wkrótce przyszedł na świat nasz upragniony drugi syn, Kamil (dziś 16 l.). Niczego mi do szczęścia nie brakowało. Mąż był dobrym człowiekiem, chłopcy rośli zdrowo, powoli remontowaliśmy dom. I nagle, rok po przeprowadzce, mąż popełnił samobójstwo.

„Dlaczego to zrobił?” – rozpaczałam. Do dziś nie znam odpowiedzi. Miał zaledwie 32 lata! Przecież dobrze nam się wiodło, choć nie mieliśmy kokosów. Byliśmy zgodnym małżeństwem.

W wieku 28 lat zostałam wdową z dwójką dzieci. Wpadłam w depresję. Nie wierzyłam, że męża przy mnie nie ma. Jeszcze długo przygotowywałam dwie kawy: dla siebie i dla niego... Ale miałam synów. I dom, w którym było tyle do zrobienia.

„Staszek tak się z niego cieszył. Nie mogę go teraz zaniedbać” – tłumaczyłam sobie. Poza tym, miałam kredyt do spłacenia. Ból i tęsknota rozdzierały mi serce, ale musiałam wziąć się w garść. „Wreszcie!” – odetchnęłam z ulgą w 2000 r., gdy spłaciłam ostatnią ratę. Ale wkrótce zaciągnęłam kolejny kredyt, bo trzeba było wymienić dach.

Ciężko mi było samej. Ani się obejrzałam, a minęło prawie 10 lat od śmierci Staszka. Wtedy właśnie poznałam pewnego mężczyznę. „Może ułożę sobie z nim życie?” – myślałam z nadzieją. Niestety, nie udało się. Nasz burzliwy związek przetrwał tylko rok. A ja... znów zostałam mamą.

W 2007 r. urodziłam Kacpra (dziś 6 l.). Gdy tylko podrósł, zabrałam się za remont domu, by naszej czwórce żyło się wygodniej. Chłopcy dzielnie mi pomagali. Powoli, małymi kroczkami, wykańczaliśmy pokój po pokoju. W kwietniu 2010 r. wszystko było gotowe.

– Mamo, jak pięknie! – cieszyli się chłopcy. – Tylko mi ścian od razu nie poplamcie! – żartowałam. 16 maja, około godz. 20, wróciłam z pracy do domu. Natychmiast zobaczyłam, że piwnica jest zalana. – Przyjedźcie wypompować wodę – od razu zadzwoniłam po straż pożarną. – U sąsiada osunęła się ziemia do garażu, dlatego panią zalało – tłumaczyli strażacy, podłączając pompę.

Razem z nimi przy niej dyżurowałam. Około 3 nad ranem usłyszałam krzyki strażaków: – Ziemia się osuwa, dom się wali! Niech pani ratuje dzieci! – Musimy uciekać! – wpadłam do domu. Kazałam chłopcom wziąć plecaki do szkoły, najmłodszego owinęłam w kołdrę i wybiegłam na zewnątrz. Zdążyłam jeszcze z ganku zabrać nasze buty...

To był przerażający widok. Nasz dom się zapadł, „złożył” niczym domek z kart... Gdybyśmy spali, zgniotłoby nas. – Boże, to chyba sen! – rozpaczałam, patrząc, jak strażacy wyciągają a to połamane meble, a to porwaną podkoszulkę.

W remont tego domu włożyłam całe swoje serce. Brałam kredyt za kredytem – razem 70 tys. zł. W jednej chwili straciliśmy wszystko, zostaliśmy bez dachu nad głową. – Jak ja sobie teraz poradzę? – wypłakiwałam się mojej siostrze Beacie. – Nie martw się, pomogę ci – pocieszała mnie.

Od razu po tragedii przygarnęła mnie z dziećmi do siebie. Po tygodniu przenieśliśmy się do mieszkania socjalnego, które dała nam gmina. Dostaliśmy też pomoc finansową od państwa – najpierw 6 tys. zł zapomogi, a potem ponad 125 tys. zł rekompensaty za stratę domu.

Pomagała mi cała okolica, nawet obcy ludzie wpłacali pieniądze na moje konto. - Ile dobra jest wokół nas – wzruszona mówiłam do synów. – Damy sobie radę, mamo – przytulali się do mnie. Wiedziałam, że dla nich znów muszę być silna. I muszę zbudować nowy dom.

W 2011 r. kupiłam działkę w Brzyściu, kilometr od miejsca, gdzie stał nasz stary dom. W czerwcu 2012 r. zaczęły rosnąć mury, a już w listopadzie dom był otynkowany w środku. Teraz są już wszystkie instalacje, brakuje tylko podłóg. Mam nadzieję, że położę je do maja, bo wtedy musimy opuścić mieszkanie socjalne. – Na pewno zdążymy, mamo – mówią synowie. – Jesteście tacy dzielni – uśmiecham się.

Nigdy nie usłyszałam od nich słowa skargi, że jest im ciężko. Wyrośli na mądrych chłopców. Najstarszy studiuje w Krakowie, ale gdy tylko może, przyjeżdża i pomaga. – Nie wiem, co ja bym bez was zrobiła – tulę wtedy całą trójkę.

Wierzę, że wkrótce znów będziemy u siebie. Bo dom jest tam, gdzie jest rodzina.

Marii Załubskiej wysłuchała Anna Kamińska

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje