Skąd ma na to pieniądze?

- A co ty masz na sobie? – spytałam, gdy wrócił do domu w nowej bluzie. –Ja ci jej nie kupiłam! - Kolega mi pożyczył – usłyszałam.

- Ostatni raz jadę na kolonie - zapowiedział mój 13-letni syn Maciek, gdy z mężem odprowadzaliśmy go do autokaru. - Za stary jestem - dodał z przekornym uśmiechem. Wiem, że żartował, bo bardzo cieszył się z tego wyjazdu na Mazury. Dwa tygodnie szybko minęły i znowu był w domu.

Reklama

- Jak tam było? - podpytywałam.

- Normalnie! - Koledzy byli fajni? - drążyłam.

- Tacy sobie - ucinał temat.

Zamykał się w pokoju, gdzieś dzwonił, słał esemesy, po czym znikał z domu na długie godziny. Niepokoiłam się. 

- Daj mu spokój - strofował mnie mąż. - Ma wakacje, nie musi siedzieć w domu...

Ale ja niepokoiłam się. - Gdzie ty chodzisz? - pytałam Maćka.

- Tu i tam - odpowiadał.

Mąż wyjechał do pracy za granicę, zostałam sama z synem. Nie mogłam się z nim dogadać, choć bardzo się starałam. Kiedyś musiałam pojechać do chorej siostry. Miałam u niej przenocować, ale późnym wieczorem wróciłam do domu.

Zastałam Maćka i kilku nieznanych mi chłopców. Dwóch spośród nich było starszych od syna. Do tego ogoleni prawie na łyso, w błyszczących dresach. Jeden z nich palił papierosa.

- O, dobry wieczór, masz gości - powiedziałam do syna zaskoczona.

Kiedy wyszli, powiedział, że to koledzy z kolonii, a ci starsi to ich bracia.

- A co robią? Gdzie się uczą? - dopytywałam się.

- Przestań mnie wypytywać! O co ci chodzi? - Maciek rozzłościł się.

- Ojciec z tobą porozmawia, jak wróci! - powiedziałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

Syn nie przejął się. Nadal późno wracał do domu. 

- Nie wie pani, kto przychodzi do mojego Maćka, kiedy jestem w pracy? - spytałam sąsiadkę.

- Nikt - powiedziała stanowczo. - Ale Maciek kręci się z jakimiś chłopakami pod supermarketem, na bazarze, przesiaduje w parku. Dużo chodzę, to widzę. Ci jego koledzy to jakieś podejrzane typki z blokowiska.

- Maciek mówił, że spotyka się z kolegami z kolonii - powiedziałam.

- A co pani myśli, że tacy na kolonie nie jeżdżą? - spytała.

Poszłam pod supermarket, do parku. Nie spotkałam Maćka.

- A co ty masz na sobie? - spytałam, gdy wrócił do domu w nowej bluzie. -Ja ci jej nie kupiłam! - Kolega mi pożyczył - usłyszałam.

- Bo było mi zimno - tłumaczył mętnie. Za chwilę widziałam już tylko jego plecy, gdy wchodził do swojego pokoju.

Wtedy zauważyłam wiszącą przy szyi metkę.

- Bluzę z metką ci pożyczył?! - krzyknęłam.

- Z metką? - zdziwił się Maciek.

- A co tam masz z tyłu? - zdenerwowałam się. No i skończyło się awanturą. Maciek nie chciał powiedzieć, od kogo pożyczył. Kazałam mu bluzę oddać. Maciek upierał się, że pożyczył i nie musi. Ale następnego dnia oznajmił mi:  - Oddałem ją. 

Nie uspokoiło mnie to.

Nabiłam sobie głowę, że bluza może być skradziona, najprędzej z bazaru, bo tam nie ma zabezpieczeń. I że mógł to zrobić Maciek albo któryś z jego kolegów. Gdy w szafie znalazłam jeszcze spodenki plażowe, których Maćkowi nie kupowałam i jakieś nieznane mi skarpetki, znów wzięłam syna na spytki. Odpowiedź była jedna:

- Od kolegi.

Ale za nic nie chciał mi powiedzieć, gdzie ten kolega mieszka, jak się nazywa. Czuję się bezsilna. Czekam na męża, nie chcę do niego teraz dzwonić. Co mu powiem? Mam go zdenerwować swoim przypuszczeniem, że nasz syn kradnie... Co robić?

Agnieszka z Wodzisławia

 

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje