Sprzedałam się dla dobra moich dzieci

Gdy wychodziłam za mąż za Radka, nic nie wskazywało, że przeżyję z nim taką gehennę. Miał wady, jak każdy, ale był dobrym mężem.

Kłopoty zaczęły się, gdy stracił posadę w firmie transportowej i załapał się do pracy na budowie. Coraz częściej wracał do domu podpity. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Pił codziennie, stał się agresywny, zaczęły się awantury, rękoczyny. Przepijał pensję, wreszcie wyrzucili go z pracy. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, by go ratować. Namawiałam na wizytę u psychologa, na terapię. Bez skutku. Kochałam męża. Ale bardziej od niego kochałam nasze dzieci. One zawsze były dla mnie najważniejsze. Tak bardzo chciałam zapewnić im wszystko, co najlepsze. Nie mogłam dopuścić do tego, by ojciec alkoholik zmarnował im życie. I tak wystarczająco już przez niego wycierpiały. Przysięgłam sobie, że im to wszystko wynagrodzę. Rozwiodłam się więc z mężem. Zostałam sama z 11-letnim Patrykiem i 10-letnią Dominiką. Było mi ciężko utrzymać nas z mojej pensji, ale mieliśmy siebie i święty spokój. To było najważniejsze. 

Reklama

Niebawem zmieniłam pracę na lepiej płatną. Zostałam sekretarką w niedużej firmie. Nawet nie myślałam, że dzięki temu moje życie całkowicie się odmieni. W nowej pracy zainteresował się mną sam prezes i właściciel, starszy ode mnie o 18 lat Janusz. Nie podobał mi się, więc początkowo nie reagowałam na jego komplementy. Ale on nie dawał za wygraną. Adorował mnie, zapraszał na kawę. A mnie w pewnym momencie olśniło. Uświadomiłam sobie, że taki mężczyzna, jak Janusz, to może być dla mnie los na loterii. A tak naprawdę, nie dla mnie, tylko dla moich dzieci. Janusz był rozwodnikiem, co ważne - majętnym. U boku takiego człowieka nie musiałabym martwić się o przyszłość, dzieci miałyby zapewnione dostatnie życie, wykształcenie. Oczywiście, nie mogłam być tego pewna, prawie nie znałam Janusza. Byłam natomiast pewna jednego - że jeśli zdecyduję się na znajomość z nim, to tylko ze względu na dzieci.

A to, że mi się nie podoba? Trudno, najważniejsze były dzieci, dla nich byłam gotowa na największe poświęcenie. Teraz, gdy piszę ten list, wiem, że to było z mojej strony naprawdę wielkie poświęcenie. Wyszłam bowiem za mąż za Janusza. Owszem, okazał się dobrym człowiekiem, pokochał mnie i moje dzieci. Zapewnił nam spokojne, dostatnie życie. Zamieszkaliśmy w pięknym domu, jeździliśmy na urlopy za granicę. Janusz nie szczędził pieniędzy na to, by dzieci uczyły się języków, chodziły na basen, na tenisa. Dzięki niemu poszły na studia. Niestety, ja zapłaciłam za to wysoką cenę. Janusz był i jest mi kompletnie obcy, nie kochałam go i nigdy nie pokocham. Nie pociąga mnie fizycznie i to chyba moja największa tragedia. A przecież musiałam dzielić z nim małżeńskie łoże! Gdy się kochaliśmy, siłą powstrzymywałam się od płaczu i myślałam tylko o moich dzieciach. A one? No właśnie! Córka i syn są już po studiach, pracują. Niestety, nigdy nie usłyszałam od nich podziękowania, że to, co osiągnęły w życiu, osiągnęły dzięki mnie. Gdybym nie wyszła za Janusza, kto wie, jak potoczyłyby się nasze losy. Tymczasem córka i syn wciąż domagają się, by im pomagać. A to by im kupić meble do mieszkania, a to dołożyć do samochodu. Wciąż im mało! Jak moje rodzone dzieci mogą być tak zachłanne i tak niewdzięczne? Przecież ja się dla nich sprzedałam, nie waham się użyć tego słowa. A one? Jedyne, o czym teraz myślę, to by zerwać z nimi kontakty. Owszem, kocham syna i córkę, to moje dzieci, ale tak bardzo mnie zraniły. Ciężko mi z tym i nie chcę, by nadal mnie wykorzystywały. A tak naprawdę, nie mnie, tylko mojego męża. Co robić?

 

Elżbieta, 45 lat

 

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: list | prostytucja | problem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje