Syn z naszego mieszkania zrobił dom schadzek!

​Sama już nie wiem, co robić. Chodzi o naszego syna. Jacek ma 30 lat i wciąż mieszka z nami. Nie bez powodu piszę "wciąż", bo, moim zdaniem, to nie jest normalne.

Ja w jego wieku już dawno byłam mężatką, mieszkaliśmy z mężem "na swoim". Tymczasem widzę, że syn ani myśli się usamodzielnić. Właściwie, wszystko jest tak, jak wtedy, gdy chodził jeszcze do szkoły. Jest na naszym utrzymaniu, ma u nas wikt i opierunek. Bardzo rzadko dokłada się do domowego budżetu. Syn całą tę sytuację tłumaczy tym, że nie może znaleźć stałej pracy. To prawda - od kilku lat łapie tylko jakieś dorywcze zlecenia. Niby to rozumiem, przecież widzę, co się teraz dzieje na rynku pracy, jak trudno o etat. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że syn jakoś specjalnie do tego szukania pracy się nie przykłada.

Reklama

Myślę, że jemu jest wygodnie tak, jak jest - być na garnuszku rodziców. Nie trzeba się o nic martwić, jedzenie w lodówce zawsze się znajdzie. Mało tego - gdy raz na jakiś czas ja albo mąż pytamy syna, kiedy wreszcie ułoży sobie życie, odpowiada nam, że "chyba przecież rodzonego syna z domu nie wyrzucicie". W ogóle się nie wstydzi swego postępowania. Na męża to działa jak płachta na byka. Prawda jest taka, że gdyby nie ja, to mąż już dawno by mu wystawił walizki za drzwi. To tylko moja zasługa, że to się jeszcze nie stało. To ja zawsze staję w jego obronie. Żałuję go, jak to matka. Tylko że moja cierpliwość też ma swoje granice. Bo nie dość, że syn najzwyczajniej w świecie wykorzystuje naszą, a raczej moją, dobroć, to jeszcze traktuje nasz rodzinny dom jak dom schadzek. Przyprowadza coraz to nowe dziewczyny. Jeszcze jednej nie zdążę dobrze poznać, już pojawia się następna.

Oczywiście, zostają w pokoju Jacka na noc, rano jak gdyby nigdy nic schodzą na śniadanie. Już nie tylko w moim mężu, ale i we mnie wszystko się od tego gotuje. Nie dość, że karmię syna, dorosłego chłopa, to jeszcze i jego panienki! Ale gdy już jestem bliska tego, by zrobić synowi awanturę, znowu się odzywa to moje matczyne serce. I myślę wtedy, że niech już nawet te dziewczyny przychodzą, może w końcu któraś z nich tego mojego syna z domu zabierze. I że chłopak się w końcu ustatkuje, założy rodzinę. Niestety, mąż twierdzi, że to próżne nadzieje, że tu trzeba zadziałać raz, a dobrze - kazać się synowi wyprowadzić. Czy rzeczywiście mąż ma rację?

Halina, 55 lat

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: Dom | mieszkanie | kupno | rodzina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje