To jałmużna, nie kieszonkowe

To co będzie z tym kieszonkowym? – spytał natarczywie Kuba, mój trzynastolatek, kiedy wrócił ze szkoły.

- Możesz dostać 40 zł. - odparłam.

Reklama

- Jak często? - syn zmarszczył brwi.

- Miesięcznie - byłam zdziwiona, bo wydawało mi się to oczywiste.

- Żartujesz? - roześmiał się. - Chłopaki z mojej klasy codziennie chodzą na pizzę po szkole, a ja co? Jak ten łach, muszę się tłumaczyć. Na dużej przerwie kto inny częstuje a to chipsami, a to orzeszkami, a mnie nie stać nawet na to, żeby im colę postawić. Nareszcie mam kolegów, ale jak mi nie dacie więcej kasy, to jak długo? Oni ciągle gdzieś latają, a jak jak ten głupek... na obiad, do domu.

Zrobiło mi się przykro, że wzgardził tą z takim trudem wygospodarowaną kwotą.

- Może oni jedzą na mieście, bo w domu nie czeka na nich obiad? - odpowiedziałam. - Na ciebie tak.

- Mamo, ale tylko 40 zł? Na jedno kino mi może w miesiącu starczy...

- Przykro mi, ale nie stać nas na więcej. Możesz dostać 40 zł albo nic. 

Kuba się obraził na taką ,,jałmużnę'". Kiedy wrócił z pracy mój mąż, aż się zatrząsł ze złości:

- A to gówniarz! Jak on śmie? Nie docenia tego, co dostaje, to nic mu nie damy! Ja w jego wieku zarabiałem zrzucając sąsiadom węgiel do piwnicy, żeby matka miała co do garnka włożyć, a on...!

Uspokajałam męża mówiąc, że teraz są inne czasy, że sam chciał, żeby Kuba miał inne dzieciństwo niż on. Mąż wcześnie stracił ojca, jego mama nie pracowała wcześniej wychowując czworo dzieci. Biednie u nich było...

- Jakoś musimy mu to przetłumaczyć...

- Wychowaliśmy egoistę, który za nic ma to, jak się staramy - powiedział ze smutkiem mąż.

Nie zgadzam się z nim. Kuba jest dobrym dzieckiem. Nie sprawia większych kłopotów, dobrze się uczy. Tylko w nowej szkole trafił na towarzystwo dzieci pochodzących z zamożniejszych domów niż nasz i... najwyraźniej mu to zaimponowało.

Czy mogę mieć do niego pretensję, że nie chce odstawać? Tylko naprawdę jesteśmy w takiej sytuacji, że każda złotówka się dla nas liczy. Nie ma mowy o tym, żeby Jakub dostał kieszonkowe, jakiego oczekuje, czyli co najmniej 200 zł jak powiedział. Może to był błąd, że nie wspominaliśmy z mężem przy synu, że się nam nie przelewa, nie liczyliśmy przy nim rachunków, nie rozpisywaliśmy wydatków... Ale nie chcieliśmy wciągać Kuby w kłopoty dorosłych.

Tylko jak teraz wytłumaczyć rozżalonemu trzynastolatkowi, że to nie jest kwestia naszych zasad, wymysłów, tylko twardej ekonomii?

Klaudia Borecka z Olsztyna

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje