Trafiony osaczony

Kobieta, której pomogłem, okazała się wyrachowaną cwaniarą, gotową zniszczyć mnie i moją rodzinę.

Złożyłem zamówienie u kelnera i przyglądałem się klientom przy stolikach. Przy jednym z nich siedziała śliczna brunetka z jakimś mężczyzną. Miała zapłakane oczy... "Ciekawe, o co im poszło?", przemknęło mi przez głowę, ale w tej samej chwili kelner przyniósł pierwsze danie, potem drugie i przestałem się zajmować tą parą. Potem zamówiłem kawę, zapłaciłem i poszedłem na parking. Kiedy ruszałem, ta śliczna brunetka o mało nie wpadła pod koła mojego auta. Wyskoczyłem z samochodu.

Reklama

- Nic się pani nie stało? - zapytałem zdenerwowany.

Trzymała się za ramię. Pewnie uderzyła się o zderzak mojego forda.

- Nic mi nie jest - odparła, jednak twarz miała wykrzywioną z bólu.

- Może zawiozę panią na pogotowie? - zaproponowałem.

- Nie, nie trzeba.

- Ale przecież widzę, że panią boli - nie odpuszczałem.

- To nic takiego... - spojrzała na mnie zapłakanymi oczami. Od łez rozmazał się jej makijaż. - Trzeba było mnie przejechać. Nie chce mi się żyć.

- Proszę tak nie mówić - powiedziałem zatroskany. - Niech się pani pozwoli chociaż odwieźć do domu...

Wzruszyła obojętnie ramionami. Pomogłem jej wsiąść do auta. Podała adres i nagle rozpłakała się jeszcze bardziej.

- Wszystko w porządku? - zapytałem.

- Nic nie jest w porządku! - odpowiedziała, pochlipując.

Nie ciągnąłem jej za język.

- Jesteśmy na miejscu. To tutaj, tak? - upewniłem się.

Przytaknęła.

- Gdyby potrzebowała pani pomocy, proszę dzwonić pod ten numer - wyjąłem z portfela wizytówkę.

Bez słowa schowała ją do kieszeni swojego płaszcza.

- Dziękuję. Do widzenia - powiedziała, wysiadając z auta.

Patrzyłem, jak idzie w kierunku bloku, kuląc się przed wiatrem. Kiedy weszła do budynku, ruszyłem i pojechałem do domu. "Cholera, może nie powinienem był jej tak zostawiać?", chciałem już zawrócić, ale uzmysłowiłem sobie, że przecież nawet nie wiem, pod jakim numerem mieszka. Wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju przez cały wieczór i kiedy zadzwoniła następnego dnia, naprawdę się ucieszyłem. Przeprosiła mnie za to, co się stało, i zapytała, czy w ramach przeprosin przyjmę zaproszenie na kolację. Umówiliśmy się w kawiarni. Od razu ją dostrzegłem. Uśmiechnęła się na mój widok.

- Cieszę się, że pan przyszedł - powiedziała, kiedy się z nią przywitałem.

 - I tak nie mam nic innego do roboty - wzruszyłem ramionami.

- Myślałam, że jest pan żonaty - spojrzała wymownie na moją obrączkę.

- Żona wyjechała z dzieckiem do sanatorium - odpowiedziałem.

- Słomiany wdowiec? - zażartowała.

Kiwnąłem głową.

- Chciałam pana jeszcze raz przeprosić i podziękować, że się pan mną wczoraj zaopiekował. Byłam w kiepskim stanie. Mówią, że nieszczęścia chodzą parami... Straciłam pracę, zostawił mnie facet... Ech - ciężko westchnęła. - Ale nie ma tego złego... Widocznie los tak chciał. Może  tak miało być? Może nie bez powodu znalazł się pan na mojej drodze?

Uśmiechnąłem się trochę zażenowany tym, co usłyszałem.

- Przypadek - odparłem, wzruszając ramionami.

- A może przeznaczenie?... - patrzyła na mnie, bawiąc się kosmykiem włosów, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Miała w sobie coś, co mnie hipnotyzowało, przyciągało... Opowiedziała o swoim poprzednim związku, o tym, że mężczyzna, z którym była, oznajmił jej znienacka, że żeni się z inną kobietą, bo będzie miał z nią dziecko. "Co za frajer", pomyślałem oburzony. "Zostawić taką babkę? Trzeba być skończonym durniem!"

Po kolacji zaproponowałem, że ją odprowadzę do domu. Ucieszyła się.

- Może wejdziesz na lampkę wina? - zapytała, kiedy staliśmy pod jej blokiem.

Wahałem się przez chwilę. "Co mam do stracenia? Dobrze mi się z nią gada, jest miła. Dlaczego nie?", pomyślałem. Włączyła muzykę, rozmawialiśmy, piliśmy wino. W pewnym momencie zapytała, czy chcę zobaczyć jej zdjęcia. Wzięła z regału album i usiadła obok mnie.

- To Bieszczady jesienią... - powiedziała z jakąś melancholią.

Fotografie były bardzo profesjonalne.

- Sama je robiłaś? - zapytałem. - Dobra jesteś... - dodałem z uznaniem.

Nagle, gdy przewracałem kolejną stronę, wypadły jej akty.

- Przepraszam - zaczęła pospiesznie je zbierać.

Wyglądała bosko na tych zdjęciach, bardzo zmysłowo, ponętnie, kusząco. Czułem, jak narasta we mnie pożądanie.

- Piękne - powiedziałem, podając jej szybko zdjęcie.

Nasze dłonie zetknęły się. Spojrzałem na nią. Nie mogłem się jej oprzeć... Obudziłem się, bo bolała mnie głowa. Nie za bardzo wiedziałem, gdzie jestem i co tu robię.

- Dzień dobry - usłyszałem melodyjny głos dziewczyny.

Leżała obok i leniwie głaskała mnie po nagim torsie.           

- Która godzina? - zapytałem podenerwowany.

- Jest sobota. Chyba nigdzie się nie spieszysz?... - przytuliła się do mnie. 

Zerwałem się z łóżka jak oparzony.

- Co się stało? - zapytała zdziwiona.

- Nie powinno mnie tu być. Przepraszam. Muszę już iść - mówiłem, ubierając się.

- Dlaczego? Źle ci było? Już ci się nie podobam, tak? - usiadła, odsłaniając nagie piersi. - Wykorzystałeś mnie, a teraz uciekasz, tak?! - podniosła głos.

- Nie, to nie tak... - chciałem wytłumaczyć, ale mi przerwała.

- Nie, nie! Ja tego tak nie zostawię - podeszła do mnie. - Nie myśl, że ci to ujdzie płazem!

- Ale o czym ty mówisz?

- O tym, że nie pozwolę się traktować jak dziwkę! Chciałeś się ze mną zabawić? Wykorzystałeś mnie, to teraz za to zapłać!

- Ja cię wykorzystałem? Jak?

- A to co?! - pokazała mi zdjęcia w swoim telefonie.

Zrobiło mi się gorąco. Ja i ona w jednoznacznej pozycji, nadzy... Najgorsze było to, że naprawdę niczego nie pamiętałem.

- Czego chcesz?

- Rekompensaty...

- Żartujesz?!

- Żona ma się dowiedzieć, jaki z ciebie ogier? - wysyczała mi do ucha.

Aż przysiadłem, kiedy to usłyszałem. Basia nie mogła się o niczym dowiedzieć.

- Ile chcesz?

- Na ile wyceniasz swoje szczęście rodzinne? - mierzyła mnie wzrokiem.

- Jesteś podła...

- Sam tego chciałeś...

- Ile?!

- Dziesięć tysięcy chyba załatwi sprawę. Nie jestem pazerna - zaśmiała się, nakręcając kosmyk włosów na palec. 

Wpłaciłem pieniądze na jej konto, myśląc, że tym samym sprawa zostanie zakończona. Byłem w błędzie. Jakieś dwa miesiące później zadzwoniła do mnie.

- To ja, Marlena. Chyba mnie pamiętasz? Otóż mam cudowną wiadomość. Jestem w ciąży... - oznajmiła radosnym głosem.

Nogi ugięły się pode mną.

- Słucham?! - wyjąkałem z trudem.

- Będziesz tatusiem - zaszczebiotała.

- Czego chcesz?

- No wiesz, utrzymanie dziecka kosztuje. Dużo. A ja na dodatek jestem bez pracy... Twoja żona...

- Ile?! - wycedziłem przez zęby.

- Myślę, że dwa tysiące miesięcznie to minimum... Muszę się dobrze odżywiać, dbać o siebie i dziecko...

- W porządku.

- Numer konta znasz... To do usłyszenia.

Byłem wściekły na siebie. "Po jaką cholerę poszedłem wtedy na to spotkanie? Co mnie podkusiło?!", zarzucałem sobie.

"A może... to wszystko było ukartowane?", przyszło mi na myśl. "Może zwabiła mnie do siebie, uśpiła, zrobiła te zdjęcia, żeby mnie szantażować? Wyciągnęła informacje o mnie, o mojej rodzinie. A ja, głupi, podałem jej wszystko na tacy, wzruszony zwierzeniami. Stary dureń!" Wynająłem detektywa. Okazało się, że Marlena wcale nie jest w ciąży, że ma stałego partnera, z którym mieszka.

A szantażowanie żonatych facetów stało się ich głównym i bardzo dochodowym źródłem utrzymania... Dowiedziałem się też, że kilku moich znajomych miało słabość do ponętnej Marleny, widocznie szukała ofiar w określonym towarzystwie. Detektyw dostarczył mi dowody, które mocno ją obciążały. Złożyłem jej propozycję nie do odrzucenia... Więcej się do mnie nie odezwała. A ja z ulgą wykasowałem z komórki jej numer telefonu.

Zbigniew G., 41 lat


Dowiedz się więcej na temat: szantaż | romans | seks | okładka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje