Wciąż słyszę: Babciu, nie mam pieniędzy

Akurat przysiadłam w fotelu, by obejrzeć mój ulubiony serial w telewizji, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.

"Kto może być?" -- zastanawiałam się, idąc otworzyć.

Reklama

Cześć babciu! - w progu stała moja 14-letnia wnuczka Aneta.

- O, Anetka, witaj kochanie ! - ucieszyłam się, bo to moje oczko w głowie. Opiekowałam się nią często, gdy była mała, ale teraz to już panna... Zawsze mi się ciepło na sercu robi, gdy przychodzi. Pamięta o babci.

Wyłączyłam telewizor, by poświęcić czas wnuczce.

- Zjesz coś?- spytałam jak zwykle. - Mam pyszną zupę pomidorową.

- Nie mam ochoty - skrzywiła się Aneta. - Ale chętnie bym pizzę zjadła... Może zamówimy? - spojrzała na mnie z nadzieją.

- No dobrze, zamów - zgodziłam się, chociaż nie specjalnie lubię pizzę i zazwyczaj się po niej źle czuję. Ale czego się nie robi dla wnuczki...

- Babciu, z dostawą to 38 złotych, bo taką większą zamówiłam - poinformowała mnie po chwili zadowolona Aneta.

Odliczyłam pieniądze i podałam jej, starając się nie pokazać po sobie, że ta spora kwota trochę mnie zaskoczyła.

- Wiesz babciu, idę jutro na imieniny koleżanki z klasy - opowiadała Aneta, zajadając już swoją ulubioną potrawę. - I chcę ładnie wyglądać, rozumiesz, nie mogę być gorsza niż inne dziewczyny. Ale nie mam się w co ubrać... chyba że... - spojrzała na mnie. - Gdybyś dała mi parę złotych, to znaczy 50, kupiłabym sobie nowy fajny T-shirt - rozmarzyła się.

- No, mogę ci dołożyć - powiedziałam ostrożnie i znów sięgnęłam po portfel.

- Dzięki babciu, jesteś kochana! - rozpromieniła się Anetka. - To ja już będę lecieć, bo się umówiłam. - Pa! - pocałowała mnie i... już jej nie było.

Nieco oszołomiona, usiadłam w fotelu. Uświadomiłam sobie, że dałam wnuczce pieniądze, które miałam przeznaczone na zaległy rachunek za gaz. Żyję skromnie, emerytura mi wprawdzie wystarcza, ale wszystko mam wyliczone. A w tym miesiącu, jak sobie przypomniałam, Aneta już trzy razy prosiła mnie o jakieś drobne - a to na bilet, a to na colę, a to na kino...

- Kieszonkowe już od dawna jej nie wystarcza - opowiadałam następnego dnia mojej koleżance, Hani. - Ostatnio to nawet do biletu miesięcznego jej dołożyłam. Ponoć wydała na coś innego.

- Ona po prostu cię wykorzystuje - skwitowała to Hania. - Od kieszonkowego i innych wydatków ma rodziców. Ty nie musisz jej dawać na nic, chyba że na imieniny czy urodziny. Ale kilka razy w miesiącu? To przesada!

Wiem, że Hania ma rację. Nie chcę jednak, żeby wnuczka pomyślała, że jestem skąpa i jej żałuję. Z drugiej strony zaczyna mi już brakować pieniędzy. Co mam Anetce powiedzieć, by zrozumiała, że nie mogę jej tak ciągle dawać? Jak to ująć w słowa, żeby się obraziła i, nie daj Boże, przestała mnie odwiedzać.

Krystyna Łętowska z Głogowa

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje