Wnuki miały mi pomagać

​Trzy tygodnie temu wracałam z przychodni i nie chcąc spóźnić się na swój ulubiony serial, przyspieszyłam kroku. Chodnik był mokry, śliski i przewróciłam się. Upadając, niefortunnie podparłam się ręką i ją złamałam. W dodatku prawą, przestałam więc być samowystarczalna. Nazajutrz odbyła się narada rodzinna, jak mi pomóc.

- Mamo, ja i Waldek długo pracujemy, dlatego tylko w weekendy będziemy mogli być u ciebie. Ugotuję wtedy obiady na cały tydzień, zamrożę, aby były gotowe do podgrzania. Waldek posprząta i naprawi, co trzeba będzie - rozsądnie zadysponowała moja synowa.

Reklama

- A w tygodniu codziennie będą zaglądać Agatka i Jaś. Zrobią bieżące zakupy, pozmywają naczynia i wszystko będzie dobrze - dodał optymistycznie mój syn.

- Tak, babciu, będziemy się tobą opiekować - zakrzyknęły jednocześnie moje wnuki.

- Przykro mi, że narobiłam wam kłopotu, a jednocześnie cieszę się, że będę was częściej widywała. Czyli nie ma tego złego i tak dalej... - zażartowałam. Rzeczywiście było mi bardzo miło, poczułam się ważna dla rodziny.

Niestety, po trzech dniach opiekuńczy entuzjazm 15-letniej Agaty i 13-letniego Jasia osłabł. Moje wnuki zapomniały o ustaleniach i o tym, że jestem unieruchomiona. Są dni, kiedy w ogóle żadne z nich się nie pojawia. A najczęściej już w przedpokoju jedno albo drugie krzyczy:

 - Babciu, ja tylko na chwilę, muszę lecieć, bo umówiłam się z koleżanką, bo gram w piłkę z kolegami, bo idę do kina.

- Nie będę się nawet rozbierać, na dole czeka Dominika i idziemy na zakupy. Muszę kupić odlotowe buty na bal karnawałowy w sobotę - usłyszałam od wnuczki wczoraj. Nawet nie zdążyłam powiedzieć, że nie mam żadnego pieczywa, kiedy już wyfrunęła.

- Sorry, babciu, mam tylko pięć minut, jest ważny mecz, umówiłem się z chłopakami - to dzisiejsze słowa wnuka.

- Marysiu, przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć i nie chodzi o to, że kupuję ci chleb czy mleko. Myślę jednak, że powinnaś być stanowcza wobec Agaty i Jaśka. Tym bardziej, że podjęli się czegoś, o czym teraz zapominają. To nie są małe dzieci, tylko nastolatki. Ciekawe, czy Małgosia i Waldek wiedzą, jak naprawdę wygląda ich pomoc  - doradza mi sąsiadka, którą coraz częściej muszę prosić o zrobienie codziennych zakupów.

Ja jednak nie chcę żalić się na wnuki do dzieci, chociaż rzeczywiście zaczynam mieć dość ich zachowania. Co zrobić, aby były bardziej słowne? Jak spowodować, aby zrozumiały, że ja naprawdę potrzebuję pomocy?

Emilia Iwanowska z Chojnic

Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje