Za wcześnie na kieszonkowe

​- Mamooo! - usłyszałam mojego 7-letniego Arturka i widziałam po jego minie, że ma do mnie jakąś sprawę.

- Tak, kochanie?

Reklama

- Chciałbym dostać... kieszonkowe  - odpowiedział trochę niepewnie.

Popatrzyłam na niego zdumiona.

- Przecież ustaliliśmy, że nie będziesz go jeszcze dostawał. Daję ci pieniądze na wszystko, czego potrzebujesz - byłam zdecydowana.

- Mamoooo - jęknął. - Ale Marek i Norbert, i Adrian mają swoje pieniądze. Ja też chcę!

- Jesteś za mały. Już nie pamiętasz jak pieniądze na sok i kanapkę wydałeś na batoniki? A potem na gumy do żucia? Zapomniałeś jak to, co dostałeś na książkę, wydałeś na figurkę Batmana. Twoi koledzy z klasy Piotrek i Michaś też nie dostają kieszonkowego, rozmawiałam z ich mamami. Na co konkretnie chciałbyś wydawać te pieniądze?

Wyraźnie się stropił.

- No... nie wiem. Mógłbym kupić lody, albo transformersa albo... - był niezdecydowany.

- Wymyślasz - stwierdziłam. - Dostaniesz kieszonkowe wtedy, kiedy uznam to za stosowne. Idź odrabiać lekcje.

Ponieważ to nie była pierwsza rozmowa na ten temat z synem, wieczorem opowiedziałam o niej mężowi. Jego reakcja mnie zdziwiła:

- Moim zdaniem on mógłby dostawać jakieś niewielkie pieniądze, którymi by sam zarządzał... Jak inaczej ma się tego nauczyć? Z początku pewnie będzie wydawał na głupoty, ale z czasem... - tłumaczył  wyraźnie przywiązany do swojego zdania.

Ale mnie nie przekonał. By się utwierdzić w decyzji, zadzwoniłam do mamy Michała, z którą byłam w trójce klasowej.

- Całkowicie się z panią zgadzam - stwierdziła. - Oni są za mali. Przetrwonią wszystko albo zgubią. Mają jeszcze fiu bździu w głowie!

Kilka dni później Artur miał imieniny. Dostał prezenty, ale i pieniądze. Po imprezie zaproponowałam, że odłożę je na rower, o którym syn od dawna marzył. Sam to wcześniej zresztą proponował. Kiedy jednak przyszło co do czego, widziałam, że nie jest do końca zadowolony.

- Czy mógłbym trochę tych... pieniążków dostać teraz? - spytał cicho.

- Potrzebujesz ich na coś konkretnego? - spytałam.

Pokręcił niepewnie głową. Zerknęłam na męża. Dał mi znak, że powinnam się zgodzić. Pomyślałam,

że w końcu to urodziny synka i dałam mu 50 zł.

- Dobrze się zastanowię, na co je wydać - stwierdził poważnie, chowając banknot do szuflady biurka.

 Pieniądze jednak  Arturkowi rozeszły się w kilka dni. Na co je wydał? Nawet nie potrafił powiedzieć.

- Sam widzisz, że nie dorosłeś jeszcze do kieszonkowego - powiedziałam i uznałam temat za zamknięty.

Ale to tylko dla mnie było po temacie. Bowiem kilka dni później Artur wrócił z podwórka zapłakany.

- Co się stało? Przewróciłeś się? Ktoś cię zaczepiał? - zaniepokoiłam się.

- Nie mogłem z chłopakami polecieć na frytki, bo nie miałem za co! - powiedział z wyrzutem.

- Mogłeś powiedzieć, przecież bym ci dała.

- Oni polecieli od razu! Nie chcieli na mnie czekać... - chlipnął. - Powiedzieli, że kto nie ma kasy, ten nie idzie...

Przytuliłam mojego małego i udało mi się go uspokoić. Ponieważ wieczorem zadzwoniła teściowa, opowiedziałam jej o naszym problemie, licząc na mądrą radę i poparcie.

- Zrobisz jak zechcesz, ale ja bym zaryzykowała przez miesiąc czy dwa i dawała Arturowi co tydzień określoną kwotę na jego potrzeby. I zachęcałabym go do zapisywania wydatków. To mogłaby być niezła szkoła gospodarowania - radziła.

Ale niestety, nie po mojej myśli. Teraz to już kompletnie nie wiem co robić?

F. z Zamościa

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 7 (w sprzedaży od 13 lutego 2014 r.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: Dzieciaki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje