Związek bez miłości. Czy warto trwać dla dzieci?

Gdy wychodziłam za mąż, wydawało mi się, że dobrze trafiłam. Młodszy o pięć lat, niektóre koleżanki nawet mi zazdrościły. Było nam dobrze, psuć się zaczęło, gdy przyszły na świat nasze dzieci, Najpierw córka, potem syn, i jeszcze jedna córka...

Mąż jakby nie mógł przystosować się do życia w rodzinie. Dużo pracował, ale zaczął wykorzystywać każdą chwilę, żeby być poza domem. Wszystko zostawało na mojej głowie. Nasi rodzice mieszkali w innych miastach, nie mogłam na nich liczyć. Potem mąż zaczął popijać, zdarzały się awantury, czasem mnie uderzył.

Reklama

Wiele razy miałam dość, ale trzymały mnie przy nim nasze dzieci. To on w większości zarabiał na nas. No i moja matka zawsze mówiła, że rodzina jest najważniejsza. Radziła się nawet naszego proboszcza i on też tak twierdził. Znosiłam więc to wszystko...

Ale dzieci dorosły, poszły na swoje, a my zostaliśmy we dwoje. Nie ma między nami miłości, raczej przyzwyczajenie. Z każdym rokiem coraz częściej myślałam o tym, żeby go zostawić. Moja koleżanka od dawna mnie do tego namawiała. W końcu się zdecydowałam. Złożyłam pozew rozwodowy. Mąż wcale nie protestował...

Ale miesiąc później miał na budowie wypadek. Koszmarnie złamał nogę, lekarze ostrzegają, że może mieć problem z chodzeniem. Oczywiście odwiedzam go w szpitalu, a on nagle się zmienił. Przeprasza,, że był dla mnie niedobry, mówi, że wszystko zrozumiał. Prosi, żebyśmy spróbowali żyć razem... Koleżanka mówi, że to dlatego, bo się przestraszył i zaklina mnie, żebym nie wycofywała pozwu. Ale dzieci mówią, że był, jaki był, ale może teraz coś się zmieni. Nie wiem, co zrobić. 


Basia (55 l.)


Chwila dla Ciebie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje