Banki... bez pieniędzy

Przyzwyczailiśmy się do tego, że za wszystko trzeba płacić. W Bankach Czasu też się płaci. Nie gotówką, ale wolnym czasem, umiejętnościami i pasją.

Godzina korepetycji czy nauki języka obcego to często koszt nawet kilkudziesięciu złotych. Naprawa piecyka gazowego, samochodu, pralki czy zepsutego komputera potrafi nieźle nadwyrężyć domowy budżet. Wynajęcie opiekunki do dziecka, czy osoby starszej to też spory wydatek. A co by było, jeśli ktoś zgodziłby się wykonać dla nas tę pracę... zupełnie za darmo? Jest tylko jeden warunek: my też musielibyśmy poświęcić jakiejś osobie tyle samo czasu.

Reklama

Amerykańskie czasodolary

W 1980 roku 46- letni amerykański prawnik Edgar Cahn przeszedł zawał serca i znalazł się w szpitalu. Zajęto się nim wyjątkowo troskliwie. Pacjent jednak nie czuł się komfortowo, gdy uświadomił sobie, że nie może się za to odwdzięczyć. Po pewnym czasie zaczął myśleć o tym, że niektórzy ludzie naprawdę potrzebują czyjejś pomocy, ale nie mogą sobie pozwolić na opłacenie różnego rodzaju usług. Jednocześnie nie chcą dostawać niczego za darmo, bo ich to po prostu krępuje.

Z przemyśleń na szpitalnym łóżku narodził się pomysł stworzenia banku, który Cahn nazwał "Time Dollar" - na wzór banków krwi i klubów matek oferujących bezpłatną pomoc w opiece nad dziećmi. Grupa ludzi zrzeszonych w "Time Dollar" ( w Polsce funkcjonuje nazwa "Banki Czasu") wymieniała się nie pieniędzmi, ale godzinami.

Jak to działa? Godzina poświęcona na wykonanie dla kogoś określonej czynności uprawnia nas do korzystania przez godzinę z usługi oferowanej przez kogoś innego.

Wymiana usług nie musi być "wzajemna". Zawsze może okazać się, że osoba, której na przykład wyprowadziliśmy psa, nie będzie mogła nam udzielić korepetycji z niemieckiego. Ale za to przypilnuje dzieci zapracowanym rodzicom. Bez problemu natomiast znajdziemy korepetytora, któremu, dla przykładu, ktoś inny wczoraj pomagał porządkować garaż.

Każdy coś potrafi!

Idea Cahna szybko zyskała rzesze zwolenników, szczególnie w Japonii (tamtejsze banki mają wyjątkowo sympatyczną nazwę: hureai kippu - w wolnym tłumaczeniu: "bilet na troskliwą relację"), Anglii, Włoszech i USA.

Początkowo banki oparte były na bliskim sąsiedztwie zrzeszonych w nich osób, stopniowo działalność rozszerzana była na całe miasta.

Mieszkanki Nowego Jorku stworzyły ruch "Womashare", polegający na wymianie umiejętności między kobietami. Panie, które przyszły na spotkanie organizacyjne, na początku zarzekały się, że "właściwie nic dobrze nie potrafią robić". Bardzo szybko przekonały się jednak, że każda posiada ponad 20 umiejętności, które mogą przydać się innym - od pieczenia ciast, robienia makijażu i gotowania po porady prawne.

W Chicago powstał program "Uczący Rówieśnik", w ramach którego uczniowie starszych klas udzielali korepetycji młodszym kolegom. Gdy na swoim koncie mieli ponad sto godzin nauki, mogli w nagrodę otrzymać od szkoły używany komputer. Nauczyciele już po niedługim czasie zaobserwowali pozytywne efekty tej współpracy - oceny poprawiły się nie tylko w młodszych klasach, ale i w dzienniczkach korepetytorów. Zmniejszyła się także przestępczość nieletnich - wcześniej uznawana za problem nie do rozwiązania.

Dowiedz się więcej na temat: kamińska | płacić | umiejętności | bank

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje