Cud z wynajętego brzucha

Surogatka - matka zastępcza. Z definicji - kobieta, która przyjmuje do swojej macicy zapłodnioną in vitro komórkę jajową innej kobiety, która sama nie może zajść w ciążę, bądź nie mogłaby donosić swojej ciąży. Rola matki zastępczej sprowadza się do donoszenia ciąży, urodzenia dziecka i oddania go rodzicom.

Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę słowo "surogatka" i pojawi się kilkanaście stron z artykułami i kontaktami do kobiet wynajmujących swoje brzuchy. Jedna z nich odsyła nas do stowarzyszenia ukraińskich matek - surogatek "La Vita Felice". A tam wszystko, czego potrzeba przyszłym rodzicom, którzy chcą skorzystać z usług zastępczej matki. Można wybrać najodpowiedniejszą, ustalić szczegóły, mieć sprawozdanie z każdego tygodnia ciąży. Koszt - pakiet podstawowy - 18 tys. euro.

Reklama

Ogłoszenie

Wiele osób twierdzi, że dziecko to największy skarb i cud, jaki może spotkać każdego rodzica. Co jednak, kiedy dziecko, nienarodzone jeszcze, staje się przedmiotem handlu? Co skłania matki do "wypożyczenia" swojego łona za niemałe pieniądze? Jakie historie ciągną się za nimi? Co po porodzie kobieta czuje do sprzedanego dziecka?

Marta z Łodzi nigdy nie lubiła dzieci i nie chciała ich mieć. Zarabiała jak przeciętny Polak - "najniższą krajową". Pensja wystarczała jej na wszystko, czego potrzebowała.

27-letnia dziewczyna nie mogła jednak nigdy odłożyć pieniędzy - żyła od pierwszego do pierwszego. I pewnego dnia zobaczyła w telewizji program o ukraińskich i indyjskich surogatkach. Pomyślała: "czemu nie?".

- Przy dobrych wiatrach mogłam zarobić pieniądze, których nigdy bym nie zarobiła w sklepie z warzywami, w którym pracowałam - wyznaje dziewczyna. Po tygodniach przeglądania stron internetowych, czytania, zapoznawania się z tematem, postanowiła na jednym z portali umieścić swój numer telefonu z notką: "27-letnia, zdrowa, bezdzietna, ale płodna kobieta, odsprzeda swoje jajeczka bądź zajdzie w ciążę, w zamian za pomoc finansową".

Julia i Szymon

- Na początku nie było poważnych ofert. Przeważały osoby, które dzwoniły z wyzwiskami i groźbami - mówi Marta.

Po kilku tygodniach przestała wierzyć, że ktokolwiek zapłaci jej za urodzenie dziecka.

- I wtedy, stojąc za ladą w sklepie, dostałam smsa z numerem telefonu stacjonarnego oraz prośbą o kontakt. Potraktowałam to jako kolejny żart i, ignorując wiadomość, wróciłam do pracy. Wieczorem, kiedy kładłam się spać, otrzymałam kolejną wiadomość z pytaniem, czy oferta sprzed kilku tygodni jest jeszcze aktualna, oraz podpis "Julia i Szymon".

Marta długo zastanawiała się czy oddzwonić pod podany numer. Po namysłach uznała, że nie ma nic do stracenia, a jedynie może zyskać to, na czym jej tak zależało - pieniądze.

- Zadzwoniłam. Telefon odebrała kobieta wymawiająca słowa: "A już się baliśmy, że nie oddzwonisz". - Umówiłyśmy się na spotkanie w jednej z łódzkich kawiarni - opowiada Marta.

Julia i Szymon byli z Warszawy. Mieli własną działalność gospodarczą. Julia była bezpłodna. Dlatego para zdecydowała się skorzystać z pomocy Marty.

- Spotykaliśmy się kilka razy. Ustalaliśmy wszystkie, najdrobniejsze szczegóły: zapłodnienie, badania kontrolne, pielęgnacja w trakcie ciąży i porodu, i oczywiście wynagrodzenie. Ustaliliśmy kwotę 50 tys. zł plus oczywiście koszty pielęgnacyjne, koszty badań lekarskich potwierdzających moją płodność oraz koszty dojazdu i pobytu w prywatnej klinice położniczej w Warszawie - wylicza Marta.

Agatka

- Z naszych rozmów i uzgodnień wyszło, że zapłodniona będę naturalnie przez Szymona. Nie miałam z tym problemu, gdyż byłam singielką, a Szymon nie był aż taki strasznie brzydki. Chociaż zdziwiło mnie trochę, że Julia chciała być przy zapłodnieniu. Ale, za takie pieniądze, zgodziłam się.

Jak mówi Marta, w ciążę udało jej się zajść po piątym stosunku z Szymonem. - Ostatni test ciążowy powtarzaliśmy kilka razy, po czym miałam swoją pierwszą wizytę w klinice. Poczułam się dziwnie, kiedy dowiedziałam się od lekarza, że jestem w ciąży.

- Podczas wizyt kontrolnych u ginekologa w tej warszawskiej klinice musiałam podawać się za Julię, abyśmy obie miały czysto w dokumentacji lekarskiej. Musiałam zwolnić się z pracy, przecież nie wytłumaczyłabym ciążowego brzucha... Rodzice? Wymyśliliśmy z Julią i Szymonem, że powiem im, iż wyjechałam za granicę do pracy. Odżywiałam się zdrowo, dbałam o siebie i czekałam na poród. Do momentu, kiedy poczułam po raz pierwszy, jak moja córka "kopie". Agatka, bo tak nazywałam ją sobie, kiedy z nią rozmawiałam, stawała mi się bliższa z każdym dniem. Ale wiedziałam, że nie mogę się już wycofać z tego, na co się zgodziłam.

Marta podkreśla, że pomoc pieniężna, jaką otrzymywała od Julii i Szymona, była ogromna. Dostawała pieniądze na zdrową ekologiczną żywność, witaminy, ubrania ciążowe. Julia z Szymonem opłacali także rachunki za telefony i oczywiście wizyty lekarskie.

50 tysięcy

- 17 marca 2011 roku zaczęłam dostawać coraz silniejsze skurcze. Zaniepokojona zadzwoniłam do Szymona z wiadomością, że chyba się zaczęło, a na pytanie, co mam robić, usłyszałam, że dzwonić po taksówkę i jechać do kliniki. Oczywiście, nie z Łodzi, bo na ostatni miesiąc ciąży przeniosłam się do Warszawy - wspomina Marta.

Alarm okazał się fałszywy, ale kobieta została w szpitalu. Na jej koncie widniało już 25 tysięcy złotych, resztę miała dostać po porodzie, podczas przekazania Agatki.

- Na dzień rozwiązania nie musiałam długo czekać, nadszedł 18 marca o godzinie 22.51. Agatka była najpiękniejszą dziewczynką na świecie. Kiedy poczułam jej ciepło po raz pierwszy, rozpłakałam się, myśląc, że to już za 2 dni nie będzie moja córka... Julia - jako moja siostra i Szymon - jako szwagier, odebrali mnie z kliniki. Do ostatecznej wymiany doszło w samochodzie, kiedy odwozili mnie ze spakowanymi rzeczami do Łodzi. Wtedy ostatni raz widziałam Agatkę. I wtedy też ostatni raz rozmawiałam z Julią i Szymonem. Moja ciąża kosztowała ich ok. 80 tys. 50 tys. wynagrodzenia za dziecko leży na moim koncie. Nie wydałam z nich ani złotówki.

Paweł Pryślak

 

Matka zdefiniowana

Zgodnie z ustawową definicją matki, wprowadzoną do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego nowelizacją z 6 listopada 2008, jest nią wyłącznie kobieta, która urodziła dziecko (art. 619 k.r.o.). W związku z tym, do aktu urodzenia wpisuje się matkę zastępczą. Fakt, że surogatka nie jest "genetyczną" matką dziecka, jest z prawnego punktu widzenia bez znaczenia, i nie można na tej podstawie dokonać zaprzeczenia jej macierzyństwa.

Przekazanie praw rodzicielskich do dziecka (w tym zwłaszcza władzy rodzicielskiej) może się odbyć tylko na zasadzie przysposobienia (zwłaszcza adoptio in plena). Należy jednak pamiętać, że decyduje o nim wyłącznie sąd opiekuńczy, kierując się jedynie dobrem dziecka. W związku z tym samo porozumienie surogatki i "docelowych" rodziców nie gwarantuje zgodnego z ich zamiarem orzeczenia.

Na mocy wspomnianej nowelizacji, umowa decydująca o tym, kto jest matką dziecka, byłaby niezgodna z prawem, a więc nieważna (art. 58 § 1 k.c.). Natomiast umowne zobowiązanie się surogatki do wyrażenia zgody na przysposobienie dziecka należałoby uznać za nieważne ze względu na sprzeczność z zasadami współżycia społecznego (art. 58 § 2 k.c.). W związku z powyższym, jeśli surogatka po porodzie zmieni zdanie i odmówi oddania dziecka, dla sądu bez znaczenia będą jej wcześniejsze ustalenia z "docelowymi" rodzicami.

Czerpanie korzyści materialnych z macierzyństwa zastępczego (w tym pośredniczenie między surogatką, a ewentualnymi "klientami") jest przestępstwem (art. 253 § 1 i 2 k.k.).

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: ciąża | surogatka | matka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje