Czas się wyzwolić z syndromu ratowniczki

Nieustannie wyciągasz kogoś z tarapatów? Jesteś zawsze gotowa pomagać, nawet kosztem swoich spraw? Czasem jednak dopada cię skrajne zmęczenie i czujesz, że nie masz na nic sił. Podpowiadamy, jak znów zatroszczyć się o siebie.

Masz czasem wrażenie, że bez ciebie wszystko się zawali? A gdy widzisz bezradność otoczenia, natychmiast przejmujesz dowodzenie? Choć inni uważają cię za zaradną, w głębi duszy czujesz, że nie panujesz nad swoim życiem, które toczy się siłą rozpędu. Terapeuci tak opisują syndrom ratowniczki, czyli osoby, dla której wspieranie innych jest czymś w rodzaju wymówki, by nie skupiać się na własnych, nierozwiązanych problemach. A przecież żeby pomagać innym, musimy najpierw pomóc sobie.

Pomagam, więc jestem?

Reklama

Historia Agaty: Byłam na trzecim roku studiów, kiedy mama umarła na raka. Tata zawsze trzymał głowę w chmurach, więc na mnie spadła większość obowiązków związanych z prowadzeniem domu i wychowaniem młodszego brata. Na początku było bardzo ciężko. Michał nie chciał się uczyć, tata zaczął zaglądać do kieliszka. Ale obiecałam sobie, że wyprowadzę ich na prostą. Udało się, a ja miałam wielką satysfakcję.

Zamieniłam dom w schronisko

Michał dorósł, usamodzielnił się, ja wyszłam za mąż za kolegę ze studiów. Mamy dwójkę dorastających dzieci. Od lat jestem zaangażowana w prace fundacji pomagającej chorym na raka. Czułam, że jestem to winna mamie. Organizowałam zbiórki pieniędzy, udzielałam się w hospicjum jako wolontariuszka. Czasem przytłaczał mnie ogrom ludzkich nieszczęść. Wystarczyło jednak, że ktoś docenił moje starania, powiedział dobre słowo, a zmęczenie mijało, jak ręką odjął.

Rodzina narzeka, że zamieniłam dom w schronisko, bo ciągle ktoś u nas przesiaduje, nocuje, je. Pół żartem, pół serio mówią na mnie Helikopter, bo jestem ciągle w biegu, nieustannie załatwiając bardzo ważne sprawy... tyle że cudze. Faktycznie, ostatnio mam jakby mniej siły, gorzej sypiam, zwierzenia brata o kłopotach z żoną tak naprawdę mnie nudzą. A oczekiwanie ojca, że będę na każde zawołanie, zaczyna irytować.

Czuję, że brakuje mi cierpliwości

"Za dużo bierzesz na siebie" - powiedziała do mnie ostatnio moja 16-letnia Ola. I tak jakoś dorośle pogłaskała mnie po głowie. "Nie musisz wszędzie mnie podwozić. Nie musisz codziennie podrzucać dziadkowi obiadu, zbierać ubrań dla domu samotnej matki ani załatwiać sąsiadce wizyty u specjalisty. I przestań doradzać cioci, żeby rozstała się z narzeczonym, bo ona tak gada od lat" - podsumowała mój tydzień. Westchnęłam i zabrałam się do gotowania. Wprawdzie szliśmy do znajomych na kolację, ale przyjaciółka poprosiła mnie, żebym upiekła kaczkę w jabłkach, bo jej nigdy taka pyszna nie wychodzi. "Po prostu jej się nie chciało" - skomentowała Ola. - "Ile razy dawałaś jej przepis?". Pomyślałam, że rzeczywiście, chyba za często "się wyrywam": "Pozwól, ja to zrobię", "Poczekaj, zaraz ci pomogę", "Nic się nie martw, na pewno to da się załatwić".

Mój złośliwy brat mówi, że zawsze wszystko wiem najlepiej, bo dzięki temu czuję się ważna. Od dziecka taki był. Zawsze krytyczny, komentujący. Ale na gadaniu się kończyło. To ja dbałam o dom, gdy mieszkaliśmy z ojcem. Teraz zresztą jest tak samo. Opłaciłam bratankowi wizytę u dermatologa, bo u nich podobno krucho z pieniędzmi, choć jego żona ma trzy razy więcej butów niż ja. Może stąd moje zmęczenie? Przedtem nie zwracałam uwagi na różne rzeczy. Na to, że znajoma siedzi u nas trzy godziny i opowiada o sobie, ale nie zapyta, jak ja się czuję. Może to wiek sprawia, że brakuje mi cierpliwości w słuchaniu i tłumaczeniu. Na przykład mojej koleżance z pracy, która ma problemy z dorastającym synem.

Marek obraża ją, wyzywa, wagaruje, przepada na całe dnie nie wiadomo gdzie. W końcu postanowiłam, że sama z nim pogadam, skoro ona nie potrafi do niego dotrzeć. Jest samotna, więc jest jej trudniej. Wpadłam do niej po pracy. Tak, jak uzgodniłyśmy, ona wyszła do sklepu, a ja poprosiłam Marka, by zrobił mi herbatę.

Po co się pani wtrąca!

Zapytałam najpierw, jak mu idzie w szkole. Co zamierza po skończeniu gimnazjum. Nie jest przecież łatwo dostać się do dobrego liceum. Wiem coś o tym, bo Ola zdawała egzaminy w zeszłym roku i kosztowało ją to mnóstwo wysiłku. Najpierw milczał, a potem ze złością spytał, jakim prawem wtrącam się w jego sprawy. Odpowiedziałam, że nie tylko jego, ale i jego matki, która się dla niego poświęca, a on traktuje ją niegrzecznie i okrutnie. Że powinien pójść ze mną do hospicjum i zobaczyć, jak ludzie cierpią, by docenić to, co ma. Rozpętała się awantura. Kiedy koleżanka wróciła ze sklepu, on zaczął na nią krzyczeć, że mnie "nasłała". A wtedy ona wszystkiego się wyparła! Powiedziała, że nie miała pojęcia, że planuję taką rozmowę. I że nie ma z tym nic wspólnego. Słuchałam zdumiona, potem bez słowa wyszłam. Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę z nią rozmawiać o kłopotach z synem. Może to zresztą dobry moment, by wreszcie przestać ratować cały świat?

Rady dla nałogowej pomagaczki

Jeśli mocno angażujesz się w pomaganie innym i sprawia ci to radość, łatwo możesz przeoczyć znaki sygnalizujące, że powinnaś zadbać również o siebie. To zmęczenie, które nie mija nawet po kilku wolnych dniach. Jest też bezsenność typowa dla ratowniczki: gdy wybudzasz się już po paru godzinach i do świtu czymś się zamartwiasz. Może dokuczać ci uczucie niesprawiedliwości. Bo nie rozumiesz, dlaczego otoczenie stawia ci wyższe wymagania niż innym i jest dla ciebie mniej tolerancyjne. Ludzie nie zauważają też, kiedy przeżywasz trudne chwile.

Czy pomoc jest konieczna? Choć pomaganie masz we krwi, warto nauczyć się nie reagować automatycznie na sygnały s.o.s. Oczywiście, są sytuacje wymagające szybkiej interwencji, ale w większości przypadków nie trzeba od razu biec na ratunek. Koleżanka przysyła ci SMS, że ma wszystkiego dość? Nie oddzwaniaj natychmiast, pewnie za dwie godziny będzie w lepszym nastroju. A pamiętasz, jak było ci przykro, kiedy załatwiłaś znajomej posadę, a ona w ogóle nie zgłosiła się do nowej pracy? Wykorzystaj następujący trik. Zanim się zaangażujesz, wyobraź sobie, że twoje starania nie spotykają się z wdzięcznością. Nikt ci nie dziękuje, nie chwali, nie odwzajemnia się. Czy wiedząc to, dalej jesteś skłonna do poświęceń? Odpowiedź pozwoli ci oddzielić sytuacje, w których działanie jest konieczne, od tych, w których twój wysiłek zostaje niezauważony.

Masz prawo do namysłu. Gdy jesteś proszona o pomoc, to o ile nie jest to kwestia życia lub śmierci, nie mów odruchowo "tak". Jeżeli ktoś naciska, raczej odmów (potem zawsze możesz zmienić zdanie). Spokojnie oceń, czy prośba jest uzasadniona. Dowiedz się, czego druga strona oczekuje, ile czasu trzeba będzie poświęcić, czy nie ma innych dróg rozwiązania problemu itd. Dobrze z góry określić granice, np.: "Mogę robić ci zakupy w czwartki po 18." lub: "Chętnie cię przenocuję, kiedy tylko córka wyjedzie i zwolni pokój".

Uwaga na manipulantów. Jeśli cechuje cię empatia, możesz być bezbronna wobec pochlebców, którzy wykorzystują twoje dobre serce. Po czym ich poznasz? Zanim wyłuszczą swoją prośbę, obsypują cię komplementami. Na przykład: "Jesteś niesamowita!", "Tylko ty mnie rozumiesz!". Gdy usłyszysz takie słowa, a za sekundę pytanie, czy wyświadczysz im przysługę, pomyśl, że już zdecydowali za ciebie, że masz im pomóc. Nie ma jednak powodu, by im ulegać. Tacy ludzie rzadko bywają w prawdziwych opałach. Manipulowanie uczuciami to ich sposób na wygodne życie.

Powstrzymaj się od rad. Nałogowi ratownicy zwykle czują się w obowiązku zająć określone stanowisko w rozmowie. Kiedy ktoś zwierza im się z problemów, wydają opinie i podsuwają rozwiązania. A stąd już tylko krok do przejęcia sterów. Dlaczego nie jest to dla ciebie korzystne? Bo jeżeli zaczniesz dawać wskazówki koleżance w tarapatach, to ani się obejrzysz, jak zaczniesz ją wyręczać w działaniu. A gdy się zaangażujesz na 100 proc., znów ucierpią na tym twoje sprawy i zdrowie. Udzielanie rad czasem skutkuje tym, że bierzemy odpowiedzialność za cudze życie. A potem ciężko się z tego wycofać.

Ty też jesteś ważna! Pomagając innym, zapominamy o tym, co nas dręczy. Jednak spychając na bok trudne uczucia, nie sprawimy, że znikną. Spróbuj otworzyć się i częściej o nich rozmawiać. Nie ukrywaj swoich obaw i zmartwień. Dzięki temu nie będziesz czuła potrzeby, by niewypowiedziane emocje zamieniać w działanie.

W dawaniu i braniu liczy się równowaga

Osoby, które wciąż troszczą się o innych, uważamy za altruistów. Ale czasem kierują nimi nieuświadomione potrzeby...

Joanna Konczanin, psycholog, www.highqualitywoman.pl: - Z punktu widzenia psychologii, nie istnieje całkiem bezinteresowna pomoc. Ona zazwyczaj uruchamia w naszym mózgu ośrodki przyjemności. Radość z tego, że komuś ulżyliśmy, jest dla nas korzyścią. Ale nie ma w tym złego egoizmu.

Jest jednak zdrowe pomaganie i takie, które nie wychodzi nam na dobre.

- Chodzi o zachowanie równowagi. Umiem dawać, ale i brać. Potrafię ocenić, czy mam ku temu środki, kwalifikacje, gotowość i czas. Wreszcie, czy nie pomagam nadmiernym lub czyimś kosztem. Miałam klienta, który organizował wspaniałe wyjazdy dla zaniedbanej młodzieży, ale nie poświęcał dostatecznej uwagi własnym dzieciom.

Co kryje się za zbyt dużym zaangażowaniem w cudze sprawy?

- Przyczyn jest kilka. Może być to metoda na radzenie sobie z poczuciem niskiej wartości. Skoro pomagam, to posiadam coś, czego drugiej osobie brak. A więc jestem od niej wyżej w hierarchii. Zajmowanie się innymi sprawia, że nie muszę zajmować się sobą. To przypadek mężczyzny, o którym wspomniałam. Nie miał gotowości, by skonfrontować się z trudnościami w najbliższej rodzinie. I unikał tego w sposób, który nie narażał go na krytykę. W rolę "pomagaczy" wchodzą również dorośli, którzy w dzieciństwie czuli się odpowiedzialni za bliskich.

Bo mama cierpiała na depresję?

- A oni uznali, że ich życiowym zadaniem jest zajmowanie się innymi. Sami dla siebie są mało ważni, więc lekceważą swoje potrzeby.

Między ratownikiem a ofiarą wytwarza się silna relacja, którą trudno przerwać.

- No właśnie, to dodatkowy emocjonalny bonus. Ratownik uzależnia się od osoby, którą wspiera, a ona od niego. "Pomagaczem" kieruje lęk przed porzuceniem, więc szantażuje ofiarę: "Zobacz, ile dla ciebie zrobiłem!". Celowo wzbudza poczucie winy, by przywiązać ją do siebie. Kiedy już wytworzy się taki wzorzec, może funkcjonować latami.

Ale są także ludzie obdarzeni nieprzeciętną wrażliwością. Oni również nie potrafią przejść obojętnie obok nieszczęścia.

- Owszem, jeśli ktoś jest bardzo empatyczny, nie umie postawić granicy. Płaci jednak za to wysoką cenę. Są badania, które dowodzą, że takie osoby częściej się wypalają. Umiar jest potrzebny nawet w pomaganiu!

Maria Barcz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje