Ja tu rządzę!

Ona zawsze decyduje, on grzecznie słucha. Patologia? Niekoniecznie. Takie dwie osoby mogą się świetnie dogadywać, uzupełniać i być ze sobą szczęśliwe. Pod warunkiem, że odbywa się to świadomie i bez pretensji.

EksMagazyn: Związek, gdzie jedna strona jest tzw. pantoflem, prowadzi do kryzysu?

Reklama

Piotr Mosak, psycholog, specjalista terapii związków z Centrum Psychoterapii Psycholog.pl: - Jeśli mamy w związku szefa-podwładnego, rodzica-dziecko, terapeutę-terapeutyzowanego, różnie jest to nazywane, aczkolwiek te nazwy są ułomne, bo nie obrazują całości takiej relacji, to nie oznacza od razu, że między nimi coś jest nie tak. Jeśli taki układ występuje między dwojgiem dorosłych ludzi, gdzie władza - i tu znowu są różne definicje tej władzy - jest oddana w ręce jednej osoby, jest ona sterem i wszyscy są szczęśliwi, to nic nam do tego.

Kiedy taki układ ma szanse przetrwać?

- Kiedy jedna strona nienawidzi podejmować decyzji, nie lubi być odpowiedzialna za różne rzeczy, a druga strona ma taki rodzaj osobowości, że chciałaby mieć wpływ na wszystko. Takie dwie osoby mogą się świetnie dogadywać, uzupełniać i być ze sobą szczęśliwe. Ważne, żeby się to odbywało świadomie i bez pretensji.

A kiedy jedna strona nie ma ochoty na zarządzanie przez drugą?

- Jeśli ktoś uzurpuje sobie prawo do władzy bez zgody partnera, to zaczyna się robić pod górkę. Wcześniej czy później to gdzieś wybucha, bo jedna ze stron zaczyna być sfrustrowana.

A czy szefowi może się znudzić rola lidera w związku? Może stracić energię na to ciągłe przewodzenie partnerowi?

- Lider to osoba przekonana, że wie lepiej. To jednostka autorytarna, agresywna w swoich osądach, nieznosząca sprzeciwu. Ona ma energię! Ona się nie podda, bo władza to jest cel i sens życia.

Co jeśli zakochamy się w liderze? Osobie, które chce być szefem w każdym obszarze życia?

- Jeśli umiemy się wpasować w taką osobowość, odnaleźć swoje miejsce w szyku, to taki związek może być szczęśliwy. Musimy sobie odpowiedzieć, czy jesteśmy w stanie żyć w taki sposób i być zadowoleni z tego, że ktoś gra pierwsze skrzypce. Jeśli mamy opór przed byciem żołnierzem, ciągle wybuchają spory na tym tle, są awantury i ciche dni, to jest trochę słabo. Można wynegocjować sobie prawo veta, na przykład ustalić, że w ważnych sprawach mamy takie samo prawo do decydowania, jak nasz partner. 

Co jeśli w czasie dyskusji, np. na temat wyboru miejsca wakacji, lider dyskwalifikuje nasze argumenty?

- To znaczy, że taka osoba wcale nie ma ochoty z nami dyskutować. Jest przekonana, że wie lepiej i de facto informuje nas o podjętej przez siebie decyzji. Ubiera to wprawdzie w formę rozmowy, bo stara się być kulturalny, ale tak naprawdę nasze argumenty go nie interesują. Jeśli jesteśmy w stanie z tym żyć, to w porządku, jeśli nie, uciekajmy. Taka relacja może zabrnąć tak daleko, że jeśli pojawią się dzieci, uwikłamy się w inne zobowiązania, to możemy skończyć z potworną frustracją, depresją i poczuciem, że nie jesteśmy szczęśliwi w naszym związku.

- Warto się przyjrzeć rozmowom: jak on/ona rozmawia? Czy mnie słucha? Jak przyjmuje moje argumenty? Czy i kiedy uwzględnia moje zdanie? Czy kiedykolwiek odpuścił? Jeśli nie, to nie będzie lepiej. Pamiętajmy, że nasze cechy pogłębiają się z wiekiem. Jeśli nam to nie pasuje, to lepiej nie zaczynać poważnej relacji.

Czy można zabrać lidera na terapię?

- Lider będzie uważał, że to partner czy partnerka ma problem. W jego świecie wszystko jest przecież idealnie. A jeśli żona ma problem ze słuchaniem go, to niech idzie się nauczyć. Miałem pacjenta, który przyszedł i powiedział: "Proszę naprawić mi żonę."

Jak przekonać oporną osobę, żeby poszła z nami na terapię?

- Często popełniamy taki błąd, że zakochujemy się w cząsteczce drugiej osoby, a cała reszta jest beznadziejna i nam nie odpowiada. I naiwnie wierzymy, że pod wpływem miłości, ślubu, dzieci, ta osoba się zmieni, albo my ją zmienimy. Tak jak te kobiety alkoholików, które tłumaczą: "Widziałam, że lubi sobie chlapnąć, ale myślałam, że po ślubie przestanie". Nie. On jest, jaki jest - pije od zawsze.

- Trzeba się zastanowić, czy partner odpowiada nam jako całość, czy akceptujemy go z wadami, zaletami, przyzwyczajeniami, a nie lubimy w nim tylko to, że ma błyskotliwe riposty, fajny samochód, albo wysyła nam pikantne smsy. Ludzie, zamiast nastawiać się na szczęśliwe życie, nastawiają się na ciężką, morderczą robotę i jeszcze nie informują drugiej strony: "Hej, bo wiesz, ja teraz będę prał twój charakter, naginał twoją osobowość". Po co mamy żyć z człowiekiem, który nam nie pasuje? Osoba, który wychodzi za kogoś za mąż z planem zmiany go na swoją modłę, tak naprawdę jest nieuczciwa na starcie. Nie mówi, że jest źle, nie mówi co jej się nie podoba, tylko robi dobrą minę do złej gry.

A co jeśli ktoś zaczyna się rządzić, uważa, że ma większe prawo do decyzji, bo np. zaczął przynosić większe pieniądze do domu albo kobieta po urodzeniu dziecka uważa, że ma w jego sprawie ostatnie słowo, bo ona je urodziła?

- Dużo zależy od jakości związku. Może być tak, że przez zagonienie, brak czasu, gdzieś nam umykają ważne rzeczy. Nie zauważamy potrzeb partnera. Ale jeśli związek był partnerski, to siada się, rozmawia i rozwiązuje takie problemy. Potrzebna jest szczerość i chęć wysłuchania się nawzajem. Może być też tak, że ktoś poczuje smak władzy. Trudno jest nam z tego zrezygnować, stajemy się od niej uzależnieni. Warto próbować takie problemy rozwiązywać, bo nawet jeśli nie uda się nam wrócić do tego, co było na początku związku, to bazując na naszych zasobach, możemy wypracować coś nowego i lepszego.

Rozmawiała: Joanna Jałowiec

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: związek | psychologia | terapia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje