Jak dorastają niegrzeczni chłopcy

Mają charakter, własne zdanie i często grają wbrew regułom. Za to ich lubimy, czasem, w duchu, podziwiamy. Dariusz Michalczewski, Wojciech Mazolewski i Łukasz Nowicki opowiadają o punkcie przełomowym w życiu, kiedy oprócz realizacji pasji ważne stało się jeszcze coś więcej.

Dariusz Michalczewski: Trzech synów i mała księżniczka

Reklama

Człowiek całe życie dorasta, a i tak umiera głupi. Długo żyłem zgodnie z tym powiedzeniem. Nie zliczę momentów, kiedy wydawało mi się, że jestem już bardzo dojrzałym mężczyzną. Pierwszy raz poczułem się bardzo dojrzały, kiedy zmarł mój ojciec. Miałem dwanaście lat. Wydawało mi się, że zostałem właśnie szefem rodziny i... wszystko mi wolno. Zacząłem zarabiać (myłem szyby), by pomóc mamie, ale też rozrabiać, szaleć, dyktować każdemu swoje warunki.

Potem bardzo dojrzały wydawałem się sobie, gdy się zakochałem, ożeniłem i po raz pierwszy zostałem ojcem. Kolejny raz poczułem się dojrzałym mężczyzną, kiedy uciekłem do Niemiec, nie interesowało mnie, co ma do powiedzenia w tej kwestii moja mama. Zostałem mistrzem Europy w boksie i znowu - woda sodowa strzeliła do głowy. Za chwilę był tytuł mistrza świata.

Doświadczony bardziej niż inni czułem się też przy pierwszym rozwodzie. A potem przy drugim, a przy trzecim jeszcze bardziej. Taki był ze mnie chojrak. Imprezowałem intensywnie i głośno. Alkohol, kobiety i śpiew. W gazetach było mnie widać z różnymi paniami, łobuzami. Bo wydawało mi się, że muszę robić wokół siebie szum, żeby świat mnie dostrzegał.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, jaki byłem śmieszny, głupi. Jak prymitywnie myślałem o życiu. To nie była żadna dojrzałość, tylko mrzonki. Dla moich pierwszych dwóch synów byłem kiepskim ojcem. Chyba nawet nie wiedziałem, co to znaczy nim być. Zachowywałem się raczej jak starszy brat albo kumpel. Pozwalałem na wszystko, kupowałem, co chcieli, nie stawiałem żadnych granic. Na dodatek w domu byłem gościem.

Prawdziwa dojrzałość przyszła całkiem niedawno. Chyba dopiero rok temu, gdy pojawiło się na świecie moje czwarte dziecko - córka. Z mojego doświadczenia wynika, że mężczyzna w końcu dojrzewa, gdy urodzi mu się córeczka. Mała księżniczka, oczko w głowie. Dopiero gdy wziąłem ją na ręce, przytuliłem, poczułem pierwszy raz, jak bardzo boję się o moje wszystkie dzieci.

Teraz mam ciągle jakieś dziwne, paranoiczne myśli, że coś może im się stać. Czasem budzę się w nocy oblany zimnym potem. Ze strachu właśnie. A kiedyś, mojego pierwszego syna potrafiłem wystawiać za barierkę przez balkon - to była według mnie fajna, wesoła zabawa... Gdy sobie to przypominam, gdy pomyślę, co potrafiłem robić, mam gęsią skórkę. Straszny był ze mnie wariat.

Nie ma co ukrywać nie miałem wyobraźni, nie potrafiłem być odpowiedzialny, nie liczyłem się z żadnymi konsekwencjami. No i byłem wielkim egoistą. Żyłem tylko sobą. Po prostu król! Moje starsze dzieci słyszały w kółko: "Cicho, bo tata śpi", "Uspokójcie się, bo tata odpoczywa", "Nie hałasujcie, bo tata ma walkę". Wszyscy i wszystko musiało kręcić się wokół mnie. Bliscy obchodzili się ze mną jak z cennym jajkiem! A ja sam sobie wydawałem się najważniejszy.

Dzisiaj przeżywam swój najlepszy czas w życiu. Zmądrzałem. Teraz to ja chcę się kręcić wokół moich bliskich. Chcę im nadskakiwać, troszczyć się o nich. Dojrzałem, bo zszedłem w swoich myślach na dalszy plan. Na pierwszym jest moja rodzina, moje wszystkie dzieci, moja Basia. Ich szczęście, bezpieczeństwo. Ważni są oni i szacunek do ludzi. Taki sam wobec każdego, wielkiego prezesa i pana parkingowego. Każdemu należą się słowa: "dziękuję", "przepraszam". Chcę wychować moje dzieciaki na porządnych ludzi. Uczę ich, że warto pomagać innym, bo to piękna rzecz - umieć się dzielić. Chyba się starzeję. I to mi bardzo dobrze robi...

Wojciech Mazolewski: Poczułem, że jestem nieśmiertelny

Piękną chwilą, która stawia człowieka do pionu, są narodziny syna. Ojcostwo sprawiło, że zacząłem z przyjemnością robić to, co wcześniej wydawało mi się nie "w moim stylu". Za młodu człowiek jest idealistą, przekonanym, że nigdy nie będzie robił rzeczy, które mu się nie podobają, nie pasują do jego wizji świata. Jednak gdy decydujesz się, by zostać rodzicem, wszystko się zmienia.

Chwilę po narodzinach Stasia, ubezpieczyłem się na życie. Nigdy wcześniej taki pomysł nie przyszedł mi do głowy! Nie znosiłem mieć długów. Mogłem pożyczać ludziom, lecz ja nigdy, nikomu nie byłem nic winny. Ale dziecko potrzebuje gniazda, aby rosnąć, więc wziąłem kredyt na mieszkanie. A gdy po przyjściu na świat Stasia sięgałem po moje ulubione książki czy filmy, znajdowałem w nich zupełnie nowy sens. Inaczej interpretowałem wybory bohaterów, ich decyzje.

Dziecko zmienia także poczucie czasu. Mierzę go teraz wiekiem syna. Tym, jak rośnie, jak zmienia klasy. Tak jakby mój zegar przeniósł się na jego życie. Syn sprawił, że znowu zacząłem dbać o kondycję, by być dla niego przykładem. Od małego uprawiałem sport. Potem życie na walizkach, w trasie i hotelach, sprawiło, że od tego odszedłem. Jednak takie prawdziwe dbanie o zdrowie wymusiła choroba.

Drugi wielki przełom w moim życiu. Praca ponad siły, beztroska przez długie lata "zaowocowały" chorobą. Operacja, dieta, odpoczynek. Znalazłem się w zupełnie nowej, nieznanej sobie rzeczywistości. Pierwszy raz poczułem, że nie jestem nieśmiertelny. Zrozumiałem cały ciąg zdarzeń, który doprowadził mnie do tego niebezpiecznego punktu. Tak bardzo chciałem być idealny, perfekcyjny we wszystkich życiowych rolach, że brałem na siebie zdecydowanie za dużo i zacząłem się w tym chaosie spalać.

Lubiłem powtarzać, że wszystko jest możliwe, chciałem udowodnić, że stać mnie na więcej niż innych, pokazać, że to, co innym wydaje się niewykonalne, ja - potrafię zrobić. Okazało się, że organizm nie jest w stanie tego znieść. Dostałem rachunek. Wcześniej, jeśli miałem zryw, aby zadbać o formę, to tylko, by na scenie dać z siebie jeszcze więcej. Przyszedł dzień, kiedy musiałem zacząć dbać o siebie, aby... dalej żyć. Na ponad rok przerwałem pracę i zająłem się porządkowaniem życia oraz myśli. To dało mi nową świadomość siebie. Muzycznym wyrazem tych narodzin jest mój zespół Wojtek Mazolewski Quintet i kompozycja "Newcomer" otwierająca naszą debiutancką płytę "Smells like tape spirit". Znalazłem harmonię. Dojrzałem.

Łukasz Nowicki: Zawsze odbieram telefon

Dojrzałość trudno zdefiniować. Ja dojrzały bywam. Jednego dnia działam mądrze, z rozwagą, czuję swój wiek i tę dojrzałość, którą on ze sobą przyniósł. Ale ciągle zdarza mi się zrobić głupstwo, zachować jak gówniarz i cofnąć się w procesie dojrzewania do czasów młodości. Dojrzałość kojarzę z akceptacją tego, co tu i teraz, tego, co niesie los i z pewną tęsknotą, smutkiem, sentymentalizmem. Bo coś minęło. Bezpowrotnie. Jednak momentem przełomowym, który dojrzałość w jakimś sensie wymusza, jeśli ona nie przyszła wcześniej sama, jest pojawienie się na świecie dziecka.

Miałem 30 lat, kiedy urodził się mój syn, i wiedziałem, poczułem od pierwszej chwili jego życia, że to poważna sprawa. Że moje życie zmienia się właśnie w stu procentach. Mój syn, poza wieloma innymi prezentami, dał mi ten - dorosłem. Poczułem ciążącą na mnie odpowiedzialność i stałem się mężczyzną bardziej rozważnym. Zrozumiałem, że niezależnie jak potoczy się moje życie, zawsze już będę myślał w liczbie mnogiej. I tak rzeczywiście jest.

Mogą zmieniać się partnerzy, życie zawodowe, ale dziecko jest zawsze. To jednocześnie piękne i momentami obezwładniające uczucie. Każda decyzja, którą teraz podejmuję, jest obarczona jego istnieniem. Mam obowiązki związane z jego zdrowiem, edukacją, zapewnieniem mu dobrych warunków. Najpierw były nieprzespane noce, teraz odrabianie lekcji, wspólne wakacje, wspieranie młodego człowieka w realizowaniu jego pasji. Czasem kosztem swoich pasji. To z pewnością wymaga dojrzałości.

Nie zrealizowałem jednego z moich największych marzeń, czyli podróży dookoła świata, takiej dwu-, trzyletniej. I pewnie już tego nie zrobię. Właśnie z powodu Piotrka. Nie wyobrażam sobie nie widzieć go przez trzy lata. Nic innego nie jest w stanie mnie zatrzymać. Ani praca, kariera, pieniądze. Tylko syn.

Nigdy już nie wyłączę telefonu i nie zniknę, bo wiem, że mój syn w każdej chwili może mnie potrzebować. Dojrzałość w tym sensie to ciągłe bycie w gotowości. Stałem się też zdecydowanie bardziej ostrożny, nie ryzykuję. Najwyższe szczyty, które chciałbym zdobywać, zastępuję rozważnie tymi niższymi, tymi, których zdobywanie jest bezpieczniejsze.

Jest też rodzaj dojrzałości związany z akceptacją własnych ograniczeń. Tę wymusza czas i ciało, organizm. Już bezkarnie nie mogę, jak kiedyś, przebalować weekendu, bo wiem, że poniedziałku nie przeżyję. Skończyły się czasy, kiedy od lekarza wychodziłem z diagnozą: "Jest pan zdrowy jak młody Bóg!". Wyniki badań nie są idealne i nie pozwalają już momentami szalonym myślom pójść na żywioł.

Weronika Zdunowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje