Jak pierwsza naiwna

Rozsądne, samodzielne, czasem już po przejściach. Wydawałoby się, że takie kobiety potrafią ochronić siebie. A jednak Danka wpadła w ramiona Piotra jak w tragiczną pułapkę. Bez zabezpieczeń. Krystyna w ostatniej chwili uratowała się z finansowej katastrofy.

Konkretna z niej babka. Z tych, co nie dają sobie w kaszę dmuchać. Szybko mówi, żywo gestykuluje. Nie wygląda na ofiarę. - Kogo jak kogo, ale mnie życie nauczyło ostrożności - mówi 45-letnia Danuta z Gdańska. - Od ponad 20 lat jestem księgową. I wiem jedno: z ludźmi jak z pieniędzmi, trzeba uważać na fałszywki!

Reklama

Czarował słowami

Przez lata świetnie zarabiała. Pozwalało jej to na spokojne życie. - Miałam duże mieszkanie, dobry samochód, działkę na południowych Kaszubach - opowiada. - Nie szukałam na siłę faceta. Gdy miałam 20, 30 lat, to każdego odstraszało, że na stałe opiekuję się chorą mamą. Ale w końcu mama zmarła.

I kilka lat temu trafił się Piotr. Prowadził serwis oponiarski obok pracy Danuty. Kiedy zakładała w swojej hondzie nowe "zimówki", porozmawiali chwilę, m.in. o minionym weekendzie. - Opowiedział o wycieczce do Torunia, o tamtejszym planetarium... Bardzo obyty jak na wulkanizatora - przyznaje. - W młodości studiował historię, ale później przejął warsztat po ojcu. Przy okazji powiedział, że przydałoby się zmienić klocki hamulcowe. Że jeśli Danuta sobie życzy, to on się tym zajmie i po pracy auto będzie gotowe.

Potem, któregoś dnia nie mogła odpalić auta, podeszła do Piotra z prośbą, by zobaczył, o co chodzi. Wyszło, że rozrusznik, że zawiezie do kolegi, który się na tym zna. - No i nie pamiętam kiedy zaczęliśmy rozmawiać nie tylko o samochodzie, ale i o życiu, o chorobie mojej mamy i jego ojca. Piotr potem dzwonił, by spytać jak moje autko... Tak szczerze jak z nim rozmawiałam ostatnio tylko z mamą - wspomina.

- By się jakoś odwdzięczyć, zaproponowałam, że mogę doradzić mu w księgowości. I tak umówiliśmy się pierwszy raz na kawę. Z każdą kolejną randką czuła, że jest jej coraz bardziej bliski. - Zobaczyłam w nim nie tylko wrażliwego mężczyznę, ale i pełnego entuzjazmu pasjonata - opowiada. - Kochał pracę, opowiadał o planach rozwoju firmy. Wydał mi się taki zaradny. Nigdy nie pozwolił jej zapłacić rachunku w restauracji czy kawiarni.

- Raz poprosiłam go o pomoc w zakupie nowego telewizora, bo stary philips się popsuł - wspomina Danka. - Gadał ze sprzedawcą, sam doradzał. Doszedł do wniosku, że najlepszy byłby dla mnie "solidny japończyk". Ale kosztował o 850 złotych więcej, niż zaplanowałam w budżecie. I niby wybraliśmy inny model, ale przy płaceniu kazał sprzedawcy wystawić kwit na ten lepszy i droższy. Zaczęłam protestować, a on wyciągnął brakującą gotówkę, podał kasjerce i stwierdził: "Pozwól mi na drobny prezent i tak za trzy dni masz imieniny". Zaskoczyło ją to, ucieszyło, ale i zdenerwowało.

Nie lubiła takich sytuacji. Zawsze żyła na swoje konto. - Ale takich gestów okazał mi jeszcze kilka - wspomina. Czuła się przy nim otoczona opieką. Po półrocznej znajomości zaczęła poważnie myśleć o stałym związku. - Kończyłam wtedy 40 lat - opowiada - Bałam się zmian. Piotrek na początku nowego roku poprosił mnie o rękę i nie umiałam mu odmówić. We wrześniu braliśmy już ślub. On miał duże mieszkanie w kamienicy. Dość tanie w utrzymaniu, w samym centrum. Sprzedałam więc swoje trzy pokoje na przedmieściach. Pieniądze włożyłam na konto. Miało być na przyszłość, może dla dziecka.

Wprowadziłam się do niego. Po ślubie dalej był troskliwy, zakochany. Ale pod koniec wiosny zmarkotniał. - Mówił, że obok warsztatu zaczął działać punkt serwisowy prowadzony przez dużą sieć - opowiada Danuta. - Byli więksi, tańsi, bardziej widoczni. Tłumaczył, że spadły mu obroty i że jeśli chce być konkurencyjny, powinien odnowić budynek, zainwestować w maszyny, w reklamę. Bez wahania zgodziłam się oddać mu sporą część pieniędzy ze sprzedaży mieszkania. Cieszył się jak dziecko. Wołał: "Jeszcze pokażę im, czym jest konkurencja!".

Cena miłości

Z dumą pokazywał jej później nowy sprzęt do wyważania opon i badania ich zbieżności. Nowoczesne komputery, wystrój, szyld. - Zatrudnił też nowego pracownika - mówi Danka. - Miałam powody, by mu kibicować: dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ale firma wciąż przynosiła straty. Konkurenci postawili na wyniszczającą wojnę cenową. - Piotr chodził jak struty, a ja, żeby załagodzić sytuację, powoli oddawałam mu resztę oszczędności na bieżące funkcjonowanie warsztatu - opowiada.

- Kiedy rodziłam Hanię, na koncie miałam już tylko 10 tysięcy. Jej niezła pensja była jedynym stałym zastrzykiem gotówki do domowego budżetu. - Gdy poszłam na macierzyński, umarlibyśmy z głodu, gdyby nie moje świadczenia - wyjaśnia. - Piotr stał się taki nieobecny. Nawet Hania go nie cieszyła. Znajomy podpowiedział mu, że mógłby przerzucić się na handel nieoryginalnymi i regenerowanymi częściami samochodowymi. - Hania nie miała roczku, jak przyszedł do mnie z biznesplanem - mówi Danka.

- Wyliczył, że na sklep internetowy potrzebuje 150 tysięcy. Bank nie chciał ich dać pod zastaw ziemi z warsztatem, bo posesja nie ma uporządkowanej sytuacji prawnej. Zapytał mnie, czy mogę wziąć kredyt razem z nim. Co miałam robić? Byłam jego żoną. Zgodziłam się. Kredyt dostali, on wpompował go w zakup pierwszej partii towarów, półek, programów, stworzenie strony w internecie. - A później nastąpiła, jak mówił Grek Zorba, piękna katastrofa... - wzdycha Danuta. - Krótko mówiąc, przeliczył się. Nie spał po nocach, a ja zaczęłam też tracić grunt pod nogami. To wtedy po raz pierwszy zaczął wybuchać bez powodu. Krzyczeć. Obwiniać mnie o to, że... przyniosłam mu pecha.

Była w szoku, gdy podczas jednej z kłótni doskoczył do niej z zaciśniętą pięścią. Pohamował się w ostatniej chwili. - Ale życie z nim było odtąd piekłem - opowiada. - Przestał zajmować się firmą. Dom utrzymywałam ja. Wszystko szło na opłaty i opiekunkę do Hani, bo on mówił, że nie ma cierpliwości do dziecka. W marcu 2013 roku przyszedł pierwszy list z banku z żądaniem spłaty zaległych rat kredytu. - Piotrka ścigał też ZUS - opowiada Danuta. - Ja nigdy się nie zadłużyłam, a tu taka sytuacja!

W lipcu w firmie pojawił się komornik. Piotrek wyżywał się na mnie. Mówił, że gdyby nie miał rodziny, to nie inwestowałby w firmę, bo wystarczało mu, co miał. Kłamał, bo przecież sam miał marzenia, w których ja chciałam mu pomóc. Wykrzyczałam mu to, a on uderzył mnie w twarz! Na oczach dziecka! Dla mnie to był koniec.

Chciała uciec, bo była, jak podkreślał, w jego mieszkaniu. Zadzwoniła do kuzynki. Spakowała siebie i Hanię. Wyszła z dwiema małymi walizkami. - Jola, ta kuzynka, znała moją sytuację. Pomogła mi napisać pozew rozwodowy. Nawet nie chciałam już myśleć o powrocie do człowieka, który mnie zrujnował i jeszcze podniósł na mnie rękę - wspomina.

On nawet nie próbował jej odnaleźć. - Dopiero trzy miesiące temu dostałam rozwód - opowiada Danuta. - Sąd zdecydował, że muszę dalej spłacać nasze zobowiązania. Już wcześniej dogadałam się z bankiem i innymi wierzycielami, żeby rozłożyli mi spłatę na 20 lat. Tylko tak będę w stanie spłacić swoje-nieswoje długi. A Piotr na rozprawie nawet nie powiedział mi "dzień dobry". Nie chce też widywać się z naszym dzieckiem. Wyszedł z mojego życia równie gwałtownie, jak w nie wszedł. Dałam mu się uśpić i tego żałuję. Jedno co po nim mam, to naprawdę wspaniałe dziecko. Teraz żyję już wyłącznie dla Hani.

Tak chciałam, by się udało!

Krystyna jest nauczycielką w klasach 1-3. Pierwszy raz wyszła za mąż, gdy miała 22 lata. Za kolegę ze studiów. Trzy lata później rozstali się, bo on zdradził ją z przyjaciółką. - Bardzo to przeżyłam i przestałam ufać mężczyznom - przyznaje Krystyna, zadbana 42-latka z Kielc: krótkie blond włosy, staranny makijaż, okulary w jasnych oprawkach. - Aż do dnia, kiedy spotkałam Dawida.

Poznali się na urodzinach wspólnej znajomej. Starszy od niej o trzy lata, z błyskiem w oku, jakąś taką pozytywną energią. - Jest elektronikiem w firmie przyjaciela - opowiada. - Razem projektują i sprzedają systemy antywłamaniowe. Bardzo bystry, trochę ironiczny. Zapomniała o nim, ale niedługo po tamtej imprezie przypadkiem wpadli na siebie w galerii handlowej. On zaśmiał się, że los ich chce połączyć. Powiedział, że umówił się ze znajomymi na oglądanie meczu w pubie i może by wpadła.

- Okazało się, że jest sam - mówi Krysia. - Żona zostawiła go po siedmiu latach. Zabrała dziecko i wyjechała do Norwegii, za swoim kochankiem. Zakazała widywania się z córką. Prawie jak ja...

Tak narodziła się ich przyjaźń. Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach. Świetnie tańczył, więc zabierał ją w weekend do klubów. Dobrze gotował, to i zapraszał na obiady do siebie. - Zostaliśmy parą - przyznaje. - Ale bez planów na ślub. Długo nie chcieli zamieszkać razem. Ani jej dwupokojowe mieszkanko w bloku, ani jego kawalerka nie wydawały się jej dobrym lokum dla dwojga. - Któregoś dnia zgadaliśmy się jednak, że fajnie by mieć działkę, gdzieś blisko lasu, za miastem - opowiada Krystyna.

- Dawid mówił, że sam postawi drewniany domek, by można było tam nocować. Był złotą rączką. Gdy wybrzuszyło panele w moim mieszkaniu, znalazł w sklepie supertanie zamienniki i sam położył mi je w weekend! Odnowił mi też przedpokój. Miał dar wynajdywania okazji w sklepach, kupił nowy zlew z małą ryską za półdarmo. Krystyna się zastanawiała, a on znalazł już tanią działkę. - Pomyślałam, że przecież od dawna chciałam mieć takie miejsce: z dala od ulic, zgiełku - wyjaśnia. - Namówił mnie i wyłożyłam 12 tysięcy na ziemię i 10 tysięcy na materiały do budowy. W akcie notarialnym ona była właścicielką, bo tak nalegała jej mama. Była szczęśliwa, gdy drewniany domek rósł w górę. Dawid o własnych siłach stawiał go przez prawie rok. Skończył na początku lata.

Oboje wzięli trzytygodniowy urlop i zamieszkali w nim jak na wczasach. - Było cudnie... - opowiada Krystyna. - Odżyłam. Całymi dniami spacerowaliśmy, grzebaliśmy w ogródku, rozmawialiśmy. Ten czas bardzo nas do siebie zbliżył. Na fali zachwytu powiedziałam Dawidowi, że mógłby zamieszkać u mnie. W tych dwóch pokojach jakoś się pomieścimy.

We wrześniu wprowadził się do niej, swoją kawalerkę postanowił komuś wynająć. Z opłat za nią miał dokładać się do czynszu. - Ale nie znalazł nikogo chętnego - tłumaczy Krystyna. - I jakoś tak naturalnie uznał, że nie musi się dokładać. Nie umiałam go o to poprosić. Uznałam, że nagabywanie go o te pieniądze jest poniżej mojej godności. Był ze mną, żył ze mną, to po co szarpać się o takie drobiazgi? Gdy się zepsuł kran, naprawił. Jak wysiadła instalacja elektryczna, zrobił nową. Miałam w końcu w domu faceta.

Wszyscy jej znajomi i krewni polubili Dawida. Brylował w towarzystwie, bo znał setki dowcipów, anegdot. - Stał się towarzyską atrakcją - opowiada Krystyna. - Zaczęłam z nim częściej być zapraszana na różne imprezy. Sielanka trwała niespełna rok. Któregoś dnia Krystyna odebrała telefon od starej znajomej. Z zawstydzeniem mówiła o tym, że Dawid pożyczył od niej jakiś czas temu dwa tysiące złotych. Podobno na leczenie dentystyczne. Obiecał oddać je za miesiąc. Minęło pięć, a on się nie odzywał.

- Byłam zaskoczona - opowiada Krystyna. - Kiedy wrócił do domu, zapytałam go, o co chodzi. Zmieszał się, machnął ręką i powiedział, że zapomniał o tej pożyczce, ale jutro ją odda. A ja nawet nie zauważyłam, żeby leczył zęby. Tydzień później Andrzej, jeden z przyjaciół Krystyny, przyszedł do niej i zapytał, czy nie wie, kiedy Dawid odda mu 3600 złotych, które pożyczył na jej nowy laptop. - Zamurowało mnie, bo od dawna mam tylko stary stacjonarny komputer! - mówi Krystyna. - Andrzej mówił, że Dawid poprosił go o pożyczkę, bo chciał mi zrobić niespodziankę i kupić nowy sprzęt pomocny w pracy w szkole.

Po powrocie do domu spytała go od razu, dlaczego kolejny raz zadłużył się bez jej wiedzy i okłamał ją. - Zaczął bełkotać, że brał pieniądze, bo jego brat ma kłopoty, bo chciał pomóc - mówi Krystyna. - Kazałam mu wytłumaczyć, o co chodzi, bo inaczej wyrzucam go natychmiast z domu. Przyciśnięty do muru przyznał, że ma problemy z... hazardem. - Opowiadał, że od lat chadzał grać na tzw. automatach. Był od nich uzależniony. Przepuszczał tam wszystkie pieniądze, a gdy ich brakowało, zapożyczał się, bo wierzył, że w końcu coś wygra. Nie mogłam w to uwierzyć! Dawid hazardzistą?!

Ograniczone zaufanie

W pierwszej chwili chciała wyrzucić go za drzwi. Spakować mu rzeczy. Wystawić je na korytarz. Ale po nerwowej nocy usiadła z nim przy kuchennym stole i kazała przyznać się, ile jeszcze napożyczał pieniędzy. Wyszło mu, że nieco ponad 11 tysięcy... - Dla mnie majątek! - mówi Krystyna. - Ale przyznał się też, że od ponad miesiąca chodzi na terapię. Dał mi nawet telefon do ośrodka, gdzie mogłam to sprawdzić. Mówił, że idzie mu dobrze, bo przestał bez przerwy myśleć o tym, by zagrać.

Nie wiedziała, co zrobić w tej sytuacji. Kazała mu obdzwonić wszystkich wierzycieli i zapytać, czy mogą mu jakoś odroczyć spłatę, podzielić ją na mniejsze raty. - Jak jeszcze poprzedniego dnia chciałam się z nim definitywnie rozstać, tak teraz starałam się mu racjonalnie pomóc - opowiada. - A choć miałam jeszcze oszczędności, byłam już ostrożna. Nawet ich nie tknęłam. Obiecał, że będzie przynosić do domu całą pensję. Od jakiegoś czasu wynajmował też mieszkanie studentowi. Te niecałe 650 złotych miał przeznaczyć na spłaty.

Przepraszał mnie, dziękował i całował po rękach, że pomagam mu się jakoś w końcu pozbierać. Do dziś spłacił prawie połowę zobowiązań. Nowi wierzyciele się nie zgłaszają, on kontynuuje terapię. - Dalej go bardzo lubię - przyznaje Krystyna. - Ale nie umiem już mu ufać. Żyjemy niby jak dawniej, ale tak... chłodniej. Z dystansem. Dostałam od niego lekcję, którą na długo zapamiętam.

Nie decyduj w emocjach

Jak nie przegapić miłości, ale zachować zdrowy rozsądek, radzi Beata Matys-Wasilewska, psycholog i psychoterapeutka:

✢ W historiach tych dwóch kobiet uderza niepewność w ocenie ich osobistego prawa do nowej, szczęśliwej miłości. Nie były przekonane, czy na nią zasługują z powodu wieku, dotychczasowych doświadczeń. To dlatego chciały dać w relacji więcej niż partner, bardzo chciały być mu pomocne. ✢ Pierwsza pomyślała: jak nie dam, pomyśli, że jestem skąpa i mu nie ufam, a więc i nie kocham. To okazało się fatalne w skutkach. Druga zaś straciła czujność. Nie spojrzała krytycznie na mężczyznę, z którym się związała. Patrzyła na niego wyłącznie przez pryzmat chwili i samej siebie. A gdyby tak porozmawiała o nim z przyjaciółkami, znajomymi i zapytała ich wprost o opinię, może uniknęłaby kłopotów?

✢ Przy wchodzeniu w nowy związek polecam dwie zasady: ograniczonego zaufania i obiektywnego spojrzenia. Potraktujmy partnera trochę "biznesowo", gdy poprosi nas o wsparcie finansowe. Zadajmy sobie pytanie: czy gdyby to była tylko znajoma, też wspomoglibyśmy jej pomysły? Odpowiedź niejednoznaczna od razu powinna budzić nasz dystans. A co do obiektywizmu - zakochane patrzymy przez różowe okulary, ale porozmawiajmy z przyjaciółką, kimś bliskim z rodziny. Ona na pewno będzie mieć chłodniejsze, mniej emocjonalne spojrzenie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje