Krąg przyjaciółek: Nowa forma rodziny

Coraz więcej osób żyje samotnie. Ale to nie znaczy, że rezygnują z intymności i wsparcia, jakie dają bliscy. Mogą im to zapewnić przyjaciele. Duże oczekiwania zwiększają jednak ryzyko konfliktów. Ważne, by umieć je rozwiązać.

Kogo uważamy za najbliższych? Okazuje się, że nie zawsze współmałżonków oraz tych, z którymi łączą nas więzy krwi. Niekiedy nasze oczekiwania lepiej spełniają ci, którzy mają podobny sposób myślenia. Dlatego przyjaciół coraz częściej traktujemy jak rodzinę z wyboru, zwłaszcza gdy tej prawdziwej zabraknie. Taki układ jest jednak bardziej narażony na rozpad w przypadku nieporozumień. Gdy się pojawiają, dobrze jest prędko je zażegnać.

One są takie zaradne i znają się na tylu rzeczach

Reklama

Małgorzata, 36 lat, przyjaciółki ją krytykują

Po rozwodzie cztery lata temu obiecałam sobie: żadnych flirtów, randek i poszukiwań nowego mężczyzny. Odtąd zajmuję się wyłącznie synkiem i pracą! Samotne życie okazało się jednak skomplikowane. Nie dałabym chyba rady, gdyby nie Asia i Monika. To one wyciągnęły mnie z dołka, zajmowały się Pawełkiem, doradzały. Jestem im wdzięczna, ale teraz, gdy stanęłam na nogi, zastanawiam się, czy nie pozwoliłam, by za bardzo ingerowały w moje życie.

Chcę, by mnie akceptowały

Asia, koleżanka z liceum, zadzwoniła do mnie z życzeniami w Wigilię, kilka lat temu. Byłam w strasznym stanie, bo dwa miesiące wcześniej mój mąż wyprowadził się z domu. Kiedy rozpłakałam się do słuchawki, Asia kazała mi natychmiast przyjechać. Spędziliśmy u niej z Pawełkiem całe święta. Od tamtej gwiazdki telefonowałyśmy do siebie codziennie. Ponieważ przygotowywałam się do walki o podział majątku, poleciła mi prawniczkę, swoją dobrą znajomą. Monika, też rozwódka, miała córkę w wieku mojego syna.

Bardzo szybko z nią i Asią stałyśmy się nierozłączne. W weekendy chodziłyśmy na zakupy, wyjeżdżałyśmy na wakacje. Dziewczyny namówiły mnie na remont mieszkania. Uznały, że dzięki temu szybciej zapomnę o poprzednim życiu. Wybrały mi nowe kolory ścian, znalazły malarzy. Po jakimś czasie wykręcałam ich numery za każdym razem, kiedy musiałam z kimś zostawić Pawełka, kiedy rozładował się akumulator albo gdy potrzebowałam się komuś wyżalić.

One były takie zaradne i zawsze wiedziały, co robić, a ja nie znałam się na wielu rzeczach, którymi dotąd zajmował się mąż. Od jakiegoś czasu zauważyłam jednak, że zaczęły mnie pouczać jak małą dziewczynkę. Ciągle coś robię nie tak. Monika narzeka, że jem za dużo słodyczy. W kawiarni zwraca mi uwagę, gdy zamawiam ciastko.

- Asia twierdzi, że nie powinnam nosić krótkich spódnic i źle wyglądam w golfach. Niedawno doszło między nami do sporu. Ponieważ syn marzył o zwierzaku, postanowiłam wziąć psa ze schroniska. Według nich to głupia decyzja, bo mam za małe mieszkanie. Czasem mam wrażenie, że bez przerwy są niezadowolone i ciągle mnie krytykują. Wiem, ile im zawdzięczam, ale nie mogę żyć pod czyjeś dyktando. Chcę, by akceptowały moje słabości, tak jak ja toleruję ich wady. Na tym polega przyjaźń!

Porada eksperta: Warto zaproponować "nowe rozdanie"w waszej relacji

Sławomira Rozbicka,  psycholog: - Z opowieści wynika, że bliskość z Asią i Moniką zawiązała się w kryzysowym momencie. To chwila, kiedy wsparcie innych jest bardzo potrzebne, a każdy ciepły gest przyjmowany jest z wdzięcznością. Jednak relacja, która się wówczas wytworzyła, nie była partnerska. Stała się związkiem między kimś słabszym (czyli panią) a silniejszym (koleżanki). Teraz, gdy najtrudniejszy czas minął, pojawiła się naturalna potrzeba zmiany tego układu na bardziej równorzędny.

- Opisana przez panią przyjaźń wcale nie zdarza się często. Dlatego nie warto rezygnować z tego, co w niej najcenniejsze - gotowości do bezinteresownej pomocy, szczerości. Otwarta rozmowa na temat tego, co jest dla pani istotne, pozwoli na "nowe rozdanie" w waszych stosunkach. Jeżeli woli pani uniknąć konfrontacji, proponuję zmianę postępowania.

- Można przyjmować rady przyjaciółek, lecz niekoniecznie się do nich stosować. Dobrze byłoby, gdyby częściej wyrażała pani własne zdanie albo pierwsza zaoferowała im pomoc w potrzebie. Może nawet okazać się, że przyjaciółki przyjmą z ulgą fakt, że nie muszą się już panią opiekować i mogą mieć kontakty z nową, "bezproblemową" Małgorzatą...

Dziewczyny najlepiej wiedzą, kto mi pasuje

Zuza, 21 lat, nie rozstaje się z koleżankami

Nie mam rodzeństwa, ale nigdy mi go nie brakowało. Może dlatego że Anka, Milena i Kasia są dla mnie jak siostry. Czasem tak się przedstawiamy dla żartu, bo wszystkie jesteśmy wysokimi, szczupłymi blondynkami i nawet ubrania kupujemy na spółkę. Trzymamy się razem od zerówki, więc znamy się na wylot i nie mamy przed sobą tajemnic. Ale to przestało się podobać mojej rodzinie. Mówią, że przez dziewczyny nie ułożę sobie życia i nie znajdę chłopaka.

Chichocząca obstawa

Tak się złożyło, że ani ja, ani one nie spotykałyśmy się z żadnym facetem dłużej niż półtora roku. Z Tomkiem rozstałam się po dziesięciu miesiącach, ale to nie była wina nikogo z zewnątrz. Po prostu okropnie się z nim nudziłam. Potem był Filip. I to jego rzeczywiście moje przyjaciółki nie lubiły. Niestety, miały absolutną rację: okazało się, że gdy tylko znikałam z horyzontu, natychmiast podrywał inne. Ponieważ Milena i Kasia też miały przykre przejścia, postanowiłyśmy nie angażować się, jeśli chłopak nie zostanie dokładnie "sprawdzony" i zaakceptowany przez pozostałe trzy.

Moi rodzice uważają, że to kiepski pomysł, ale zupełnie się z nimi nie zgadzam. To w końcu przyjaciółki najlepiej wiedzą, kto do mnie pasuje, a poza tym w przeciwieństwie do mnie potrafią ocenić faceta obiektywnie. Kiedyś na spotkanie z chłopakiem, który bardzo mi się podobał, zabrałam Ankę i Kasię. Dobrze się bawiliśmy, ale on więcej nie zadzwonił. To też rodzaj testu, bo gdyby mu naprawdę na mnie zależało, nie poddałby się tak prędko.

Moja mama namawia mnie, żebym nie "ciągnęła wszędzie obstawy". Tata dodaje, że każdego normalnego chłopaka zniechęci widok chichoczących koleżanek. Ale daję im przykład Mileny, która od niedawna umawia się z fajnym informatykiem. I jakoś nie zraził się tym, że chodzimy z nimi na imprezy i do kina i że na najbliższe wakacje wyjedziemy razem. 

Porada eksperta: Wasz pakt nie jest groźny

Iza Kurzejewska, psycholog: - Wspaniale, że masz tak oddane grono przyjaciółek. Tym bardziej że pomiędzy czterema osobami zawsze występuje ryzyko większych napięć i nieczęsto się zdarza, by taka przyjaźń wytrzymała próbę czasu. Wydaje mi się, że na tym etapie ważniejsze są jeszcze dla ciebie koleżanki niż poszukiwanie partnera. Nie uważam też, że ich towarzystwo utrudni ci nawiązywanie nowych znajomości. Choć trochę rozumiem obawy rodziców, to w waszym "pakcie" nie widzę zagrożenia.

- Po pierwsze, gdy pojawi się mężczyzna, w którym się zakochasz, opinia przyjaciółek nie będzie miała aż takiego znaczenia, po drugie sama wówczas odczujesz potrzebę spędzania z nim czasu tylko sam na sam. I mam wrażenie, że to, jak zareagują wówczas Anka, Milena i Kasia, będzie testem waszych relacji. Dla przyjaciół priorytetem jest szczęście bliskiej osoby, a nie sztywne ustalenia.

Nie widziałam tego, co nas dzieli teraz różnice zaczynają mnie drażnić

Justyna, 49 lat, zżyła się ze swoimi sąsiadkami

Zostałam wdową dziesięć lat temu. Mój mąż wyszedł rano do pracy i już nie wrócił. Jego auto wpadło w poślizg na plamie oleju. Dopóki dzieci mieszkały ze mną, nie odczuwałam samotności. Ale najpierw wyjechał na studia syn, potem córka. Przyjeżdżali na weekendy, ale z czasem pojawiali się w domu coraz rzadziej.

Wokół mnie zapanowała pustka. Po powrocie z pracy natychmiast włączałam radio, żeby słyszeć czyjś głos. Moje koleżanki w tygodniu były zajęte, wolny czas spędzały z rodzinami. A ja potrzebowałam towarzystwa, więc postanowiłam sama je sobie znaleźć.

Nie chcę być znowu sama

Antosię spotykałam w sklepie obok domu. Znałyśmy się z widzenia, jej córka chodziła z moją do jednej podstawówki. Antosia była rozwiedziona, zawsze miło nam się rozmawiało. Gdy dostałam od kuzynki bilety na występy kabaretowe, zaproponowałam, żeby poszła ze mną. W rewanżu zaprosiła mnie na ciasto własnej roboty i tak zaczęłyśmy się odwiedzać. Potem dołączyła do nas Ela, sąsiadka Antosi. Spotykałyśmy się często, a ja byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nareszcie miałam z kim pogadać. Gdy zachorowałam, moje koleżanki troskliwie się mną opiekowały: robiły zakupy, gotowały, wyprowadzały psa. Przez rok wpadałyśmy do siebie wieczorami.

Tak się zżyłyśmy, że nawet dwa tygodnie urlopu spędziłam u Antosi na działce. Byłam spragniona czyjejś obecności, więc początkowo nie zwracałam uwagi na różnice między nami, które z czasem zaczęły mi jednak przeszkadzać. Bo choć Antosia i Ela pracują zawodowo, ich zainteresowania dotyczą głównie domu. Uwielbiają gotować, uprawiają działki i niechętnie dają się namówić na inne rozrywki. Ja nie jestem typem domatorki. Z mężem co sobota chodziliśmy do kina, a potem dyskutowaliśmy o obejrzanym filmie.  Z Elą i Antosią to niemożliwe, bo one uważają chodzenie do kina za zbędny wydatek. Wolą seriale w telewizji.

Gdy omówimy już problemy dzieci i kłopoty zdrowotne, czasem nie mamy o czym rozmawiać. Uświadomiłam to sobie, gdy przyleciała do mnie przyjaciółka z Niemiec. Buzie nam się nie zamykały, a tydzień jej pobytu minął nie wiadomo kiedy. Ona w lot łapała moje żarty, bez przerwy się śmiałyśmy.

Z Antosią i Elą mamy inne usposobienia i doświadczenia życiowe. Nie zamierzam rozluźniać z nimi kontaktów, bo szczerze je polubiłam, a poza tym nie chcę zostać znowu sama. Ale czasami dopadają mnie wątpliwości. Czy to samotność sprawiła, że w przypadkowych znajomych chcę za wszelką cenę widzieć przyjaciółki? Może powinnam poszukać kogoś innego?

Porada eksperta: Przyjaźń nie wymaga wyłączności

Ryszard Lichuta, psycholog: - Na końcu listu pojawia się pytanie, co teraz powinna pani zrobić. Tymczasem odpowiedź brzmi, że na szczęście niczego pani robić nie musi! Opisana sytuacja nie wymaga natychmiastowego działania ani podejmowania szybkich decyzji.

- Samotność po śmierci męża i wyprowadzce dzieci była na tyle dotkliwa, że najpierw poszukiwała pani po prostu życzliwego towarzystwa. A gdy już je pani znalazła, pojawiła się kolejna potrzeba. Tym razem nie tyle samej obecności innych ludzi, lecz spędzania wolnego czasu tak jak pani lubi. Teraz nadeszła pora na dzielenie z kimś swoich zainteresowań, dyskusje, wymianę wrażeń i przemyśleń. Wydaje mi się, że nic nie stoi na przeszkodzie, by pogodzić obie potrzeby - ciepła i intelektualnego porozumienia.

- Przyjaźń tym różni się od miłości, że może obejmować swym kręgiem wiele osób, bo nie wymaga wyłączności. Jeżeli pragnie pani wyrwać się na jakiś czas z domu, dobrze byłoby poszukać znajomych, którzy też chętnie chodzą do kina i wyjeżdżają. W większych miastach działają kluby filmowe, organizowane są bezpłatne wycieczki. Jeśli może sobie pani pozwolić na dalszy wyjazd, może lepiej tak spędzić wakacje niż odpoczywać na działce. W ten sposób zwiększą się szanse na spotkanie aktywnych, dynamicznych osób.

- Może częściej powinna pani gościć przyjaciółkę z Niemiec albo ją odwiedzać? Odradzałbym jednak całkowitą rezygnację z kontaktów z Antosią oraz Elą. Przecież nie ma takiej potrzeby! Człowiek nie zawsze musi działać na wysokich obrotach. Niewykluczone, że po powrotach z pełnych wrażeń wypraw miło będzie spotkać się, tym razem w domu przy herbacie, ze sprawdzonymi przyjaciółkami.

Maria Barcz

Dowiedz się więcej na temat: przyjaźń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje