Lustereczko...które kłamie

Co trzecia z nas nie lubi na siebie patrzeć i ma zastrzeżenia do swojej urody. O czym naprawdę świadczy krytyczna ocena naszej powierzchowności i jak rozprawić się z kompleksami, pytamy psycholog Marię Rotkiel.

Maja Nowierska: Dlaczego tak surowo oceniamy własny wygląd?

Reklama

Maria Rotkiel: - Bo zostaliśmy tego nauczeni w dzieciństwie. Rodzice wpoili nam przekonanie, że kobieta powinna być skromna. Chcieli dobrze, ale błędnie rozumieli to pojęcie. Osoba skromna to taka, która nie wywyższa się, ponieważ nie musi poprawiać sobie samopoczucia kosztem innych. Ma świadomość własnej wartości i wysoką samoocenę. Przecież im bardziej się lubimy, tym mniej w nas złości i agresji wobec otoczenia.

To krytyka sprawia, że jako dorosłe kobiety toniemy w kompleksach?

- W naszej podświadomości koduje się przekaz: "Nie jestem dość dobra". Czujemy się gorsze, mniej wartościowe od reszty. Dorastamy, odcinając się od swojej fizyczności, którą traktujemy jak coś wstydliwego i krępującego. W efekcie wygląd staje się dla nas źródłem ogromnego stresu. Zwłaszcza że wszędzie otaczają nas nierealistyczne wizerunki idealnych twarzy i nienagannych kształtów. Media nami manipulują. Na okładkach pism widać aktorki i celebrytki, które same nie rozpoznają się na zdjęciach. W reklamach produktów dla dojrzałych kobiet występują dwudziestoparolatki. Jak mamy dobrze czuć się we własnym ciele po latach prania mózgu?

W dodatku wszędzie słyszymy, jak ważny jest wygląd. Bo ładnych ludzi bardziej się lubi, więcej się im wybacza...

- To prawda: osobom atrakcyjnym bywa w życiu łatwiej. Tylko co rozumiemy pod słowem "atrakcyjna"? Problem polega na tym, że zazwyczaj lansuje się jeden typ urody. Jeśli w modzie jest chłopięca sylwetka, posiadaczki rozłożystych bioder i dużych biustów będą się czuły źle. Tylko z jednego powodu: bo nie pasują do obowiązującego aktualnie kanonu. Tymczasem trzeba umieć dostrzegać i cenić różnorodność. Jeżeli kategoria atrakcyjności stanie się bardziej pojemna, zmieszczą się w niej wysokie blondynki i niskie brunetki, te z pulchnymi policzkami i o pociągłych twarzach. Niestety, tacy jesteśmy, że dla ułatwienia musimy wszystko dokładnie zmierzyć i posegregować. Nie ufamy własnej ocenie, więc potrze- bujemy punktu odniesienia, jakiejś uniwersalnej skali. A gdzie fantazja i miejsce dla indywidualnych upodobań?

Podobno każda Polka chce stracić przynajmniej trzy kilo.

- To właśnie przykład na to, że zamiast oderwać się od schematów, ślepo im ulegamy. Skoro właściwa waga nie może przekroczyć przepisowych 60 kilogramów, to nieważne, jaką mamy budowę i wzrost. Musimy schudnąć i tyle!

Charakterystyczne, że często oceniamy się "po kawałku". Mówimy: "nos ujdzie, ale usta są za wąskie". A przecież niedoskonałe części mogą złożyć się w pełną wdzięku całość.

- Nie patrzymy na siebie jak na spójną istotę, bo wewnątrz jesteśmy rozdarte i zagubione. Nasza psychika nie tworzy jedności z ciałem. Jego wady przypominają nam, jak bardzo jesteśmy niedoskonałe w środku. A im bardziej stajemy się wobec siebie krytyczne, tym mocniej koncentrujemy się na detalach. Dlatego najpierw rozkładamy się na czynniki pierwsze, a potem na nowo "składamy" się, marząc, że wspaniale byłoby mieć usta Angeliny Jolie, nos Nicole Kidman i nogi Anji Rubik. Tylko gdzie w tym jesteśmy my?

Skoro nie lubimy swego wyglądu, jak odnajdujemy się w świecie, który stawia nam pod tym względem wysokie wymagania?

- Najczęściej wpadamy w skrajności. Albo obsesyjnie tropimy każdą zmarszczkę, albo zupełnie się zaniedbujemy. Ciężko nam znaleźć złoty środek. Sama wiem, że to niełatwe. Podam przykład. Teraz wyjaśniam pani, jak ważny jest zdrowy rozsądek, ale dziś rano wahałam się, czy włożyć rajstopy, czy nie. Bo wprawdzie nadeszły upały, ale jestem trzy miesiące po porodzie i moje nogi nie wyglądają perfekcyjnie. Wracając do rozmaitych sposobów ucieczek, to żadna z nich nie przyniesie nam niczego dobrego. Kobiety, które poddały się i przestały o siebie walczyć, nadal przecież potrzebują akceptacji. Usiłują ją znaleźć, na przykład zadowalając innych ludzi. Rezygnują z siebie, byle zasłużyć na pochwałę. Wtedy dysonans pomiędzy tym, czego pragną, a tym, co pokazują na zewnątrz, jeszcze mocniej się pogłębia. W podobną pułapkę wpadają także te z nas, które skupiają się na wiecznym poprawianiu urody. Choć chudną i wydają na zabiegi upiększające tysiące złotych, ich samopoczucie nie poprawia się.

Co w takim razie powinny zrobić?

- Na początku zrozumieć, że stosunek do ciała świadczy o stopniu miłości do samej siebie. Reakcja na własne odbicie w lustrze przekłada się na naszą psychikę i odwrotnie. Tych rzeczy nie da się rozdzielić. Ludzie, którzy nienawidzą swojego ciała i źle się w nim czują, często zapadają na choroby psychosomatyczne i depresje. Traktując je brutalnie niczym najgorszego wroga, niszczą siebie. I bywa to niezwiązane z tym, jak naprawdę się prezentują. Istnieje zaburzenie nazwane dysmorfofobią, kiedy ocena wyglądu staje się kompletnie oderwana od rzeczywistości. Cierpią na nią na przykład anorektyczki. One w lustrze naprawdę widzą odpychającą grubaskę.

Już wiemy, że pracę nad wyglądem musimy zacząć od pracy nad wnętrzem. Ale jak uczynić ten pierwszy krok?

- Wiele z nas instynktownie zaczyna od przekonywania siebie, że zasługuje na miłość. Popularne są tzw. afirmacje, czyli mówienie sobie, że jesteśmy dobre, wartościowe i piękne. Trzeba jednak pamiętać, że afirmacja, niepoparta dodatkową pracą, nie spowoduje, że stanie się cud. Gdy przychodzi do mnie ładna i szczupła pacjentka, która wstydzi się pokazać kochającemu mężowi nago, nie wystarczy, że poproszę ją o powtarzanie zdania: "jestem seksowna", bo zrobi to mechanicznie. Najpierw musimy sprawdzić, czemu źle o sobie myśli. Często robię też z pacjentkami następujące ćwiczenie. Stajemy przed lustrem i proszę, by wymieniły, co im się w nich podoba. Ale nigdy nie zaczynamy od tego terapii. Na taki eksperyment kobiety są gotowe czasem po dwóch miesiącach spotkań. Afirmacje działają pod warunkiem, że nikt nam ich nie narzuca. Same musimy znaleźć najwłaściwsze dla siebie słowa.

Jak możemy ćwiczyć samodzielnie?

- Proponuję na przykład codziennie sprawiać sobie drobne przyjemności. I skrupulatnie notować je pod koniec dnia w specjalnym zeszycie.

A czy nie jest to też czynność mechaniczna?

- Zacznijmy od tego, że człowieka programują cztery obszary działania: to, co czuje, myśli, mówi, i to, co robi. Wszystkie na siebie oddziałują. Ale u podstaw wszelkich problemów leżą zakłócone emocje, czyli to, co czujemy. Bardzo ciężko poradzić sobie z ich zmianą, bo wymagałoby to ogromnego wysiłku. Usiłujemy więc najpierw wpłynąć na nie poprzez to, co robimy i mówimy. Dlatego porządkowanieszafy może być dobrym wstępem do porządkowania bałaganu w głowie.

Jaka korzyść płynie ze sprawiania sobie przyjemności?

- To proste ćwiczenie nas dowartościowuje. Bo po pierwsze, musimy znaleźć czas wyłącznie dla siebie. Po drugie, koncentrujemy się na sobie w pozytywny sposób. A po trzecie, uczymy się realizmu. Bo kobiety mówią często: "Najbardziej chciałabym być teraz na Hawajach, ale to przecież marzenie ściętej głowy!". I w rezultacie nie robią nic. Prowadzenie zeszytu wyrabia nawyk dbania o swoje samopoczucie. Po jakimś czasie widzę, że moje pacjentki stają się pogodniejsze i bardziej zrelaksowane. Gdy opowiadają, że ośmieliły się włożyć sukienkę z dekoltem i szpilki, cieszę się, bo wiem, że zaczęły się konstruktywnie nakręcać. Pójście do kosmetyczki zwiększyło ich pewność siebie, a ona zmotywowała je do aktywności. Większa aktywność z kolei poprawiła im nastrój i podniosła samoocenę. Wtedy naprawdę zaczęły lepiej wyglądać.

W głośnym eksperymencie namalowano ludziom na twarzach blizny i poproszono o rozdanie ulotek. Choć okazało się, że blizny były niewidoczne, nie wykonali zadania.

- Sparaliżowała ich myśl, że są oszpeceni. Taka jest siła podświadomości. Wewnętrzny krytyk sączy nam do ucha, że jesteśmy nic niewarci. I to on, nie ciało, jest naszym wrogiem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje