Moja córka jest uzależniona od leków

Bała się, że jej córka może brać narkotyki, że sięgnie po alkohol... Do głowy jej nie przyszło, że uzależni się od leków bez recepty, od syropów na kaszel!

Moja jedyna córeczka od kilku dni leży na oddziale toksykologicznym pod aparaturą podtrzymującą życie, a ja prawie nie wychodzę ze szpitala - mówi Teresa (46 l.), inżynier ds. ochrony środowiska, matka Oliwii (15 l.). - Czekam, aż się wybudzi, aż powie "mama" i uśmiechnie się do mnie. Oby tylko żyła, oby była sprawna! Na razie niewiele wiadomo, a lekarze są sceptyczni w rokowaniach.

Reklama

- Oliwka zażyła wyjątkowo silną dawkę leku na kaszel, toksykolodzy mówią o kilku butelkach naraz, a do tego wzięła kilkanaście tabletek. Wszystkie można kupić w osiedlowej aptece. Zawierają pseudoefedrynę i kodeinę, a więc silnie uzależniają. - I dają "odlot", "jazdę", "fazę", jak mówi młodzież - uśmiecha się smutno Teresa, która nie może sobie wybaczyć własnej ignorancji i niewiedzy.

Jeszcze tydzień temu nie miała pojęcia, że jej córka jest uzależniona. I to od czego? Od leków bez recepty! Takich, które każdy może kupić w aptece. - Oliwia brała je od dawna, jak wynika z badań i stanu jej zdrowia, a ja, głupia, cieszyłam się, że nie bierze narkotyków, nie pali papierosów! Przecież zrobiliśmy jej nawet testy na obecność marihuany! Kontrolnie, tak poradziła sąsiadka, której syn eksperymentował z "trawą". Byliśmy z mężem dumni, że Oliwka jest grzeczna, lubiana i że nie sprawia nam większych kłopotów.

Roztrzęsiona Teresa odruchowo sięga po papierosa. Kilkanaście razy dziennie wychodzi do palarni za szpitalem. - Zdecydowałam się opowiedzieć o tym, co nas spotkało, ku przestrodze, dla innych rodziców, dziadków...

Nie sprawiała nam większych kłopotów

- Aż do tej pory nie wiedziałam, czym tak naprawdę jest strach o dziecko. Oczywiście, bałam się, kiedy córka miała usuwany migdał albo kiedy chorowała na zapalenie płuc i wylądowała w szpitalu. A teraz to nawet nie jest strach, to taka potworna mieszanina paniki, lęku, smutku. Ja się martwię o to, czy ona przeżyje. I jak będzie funkcjonowała, skoro ma uszkodzone nerki i wątrobę, do tego zaburzenia rytmu serca.

- Dostała się do najlepszej szkoły w naszym mieście - opowiada dalej Teresa. Zastanawiałam się, czy w gimnazjum Oliwia będzie lubiana, bo w podstawówce trzymała się zwykle na uboczu. Na szczęście miała dwie przyjaciółki. Jedna to Julia, córka lekarza. Ufałam jej tak samo, jak córce... Tymczasem okazało się, że Julka też eksperymentowała z lekami! Przedawkowała razem z Oliwką na imprezie, którą zorganizował ich kolega z klasy. Tyle że Julia wzięła tego świństwa dużo mniej i po płukaniu żołądka opuściła szpital. A moja córka walczy o życie...

- Gdy poszła do gimnazjum, zaczęła się zmieniać. Ze spokojnej, ułożonej dziewczyny zrobiła się głośną, pyskującą do mnie i męża nastolatką. Czasami martwiłam się, ale mąż się ze mnie śmiał i powtarzał: "nie pamięta wół, jak cielęciem był". Oliwka, która w podstawówce ubierała się jak przeciętna dziewczyna, teraz poprosiła, abym kupiła jej mini, poszarpane dżinsy, obcisłe topy. Kiedy zażyczyła sobie szpilki, stanowczo zaprotestowałam. Mąż znowu mnie wyśmiał, mówiąc, że czasy się zmieniły, a Oliwka ma prawo się stroić. Poszli do centrum handlowego i wrócili nie z jedną, a z dwiema parami butów: ze szpilkami i koturnami! Byłam zła, ale w końcu machnęłam ręką.

Potrafiliśmy jej wiele wybaczyć

Czekaliśmy na dziecko osiem lat. Od początku była kruchutka, drobna. Taka jest do dzisiaj. Była naszym cudem, spełnionym marzeniem... Kiedy więc ten cud zaczął się buntować, specjalnie się nie przejęliśmy. No, ale nie będę ukrywać, że wpadłam we wściekłość, kiedy ponad rok temu Oliwka bez naszej zgody uciekła na osiemnastkę do Kasi, córki sąsiadów. Prosiliśmy ją, aby przysiadła nad książkami i poprawiła oceny z angielskiego na koniec roku. Nie posłuchała. Podejrzewam, że właśnie tam, na tej imprezie, mogła już spróbować leków bez recepty w większej ilości, bo kiedy sięgam pamięcią i analizuję, to przypominam sobie, że od tamtej imprezy zaczęły się problemy między nami. Oliwka krzyknęła, że idzie na imprezę, czy nam się to podoba, czy nie. Usłyszeliśmy tylko trzask zamykanych drzwi.

Wróciła nad ranem. Wiem, bo nie spałam z nerwów, wypatrywałam jej z okna. Szła z towarzystwem sporo od niej starszym. Odetchnęłam z ulgą, witając ją w drzwiach, bo nie poczułam alkoholu ani papierosów. Zdziwiło mnie tylko, że mimo całonocnej zabawy Oliwia była ożywiona, uśmiechnięta. Zaproponowała, że zrobi mi kawę i pogadamy. - Dziecko, jest czwarta rano! - zawołałam. - Ja chcę wreszcie trochę pospać! - OK - odwróciła się na pięcie i poszła do swojego pokoju.

Położyłam się na kilka godzin. Rano wstałam i ze zdumieniem odkryłam, że Oliwka słucha muzyki i czatuje. - Ty się nie położyłaś?! Brałaś narkotyki? - krzyknęłam. - Daj spokój, mamo! Właśnie wstałam - powiedziała, odwracając wzrok. Znam ją, czułam, że kłamie. Ale pomyślałam, że właśnie na tym polega młodość, energia, witalność. Nastolatki nie muszą tyle spać. Może się zakochała i stąd ta euforia? - pomyślałam z czułością.

Sama kupiłam jej syrop na kaszel

Kilka dni później Oliwia powiedziała, że boli ją gardło i chyba się przeziębiła. Poprosiła, bym wracając z pracy, kupiła jej tabletki na kaszel. Podała mi nawet nazwę. Potem dostałam od niej SMS z nazwą popularnego syropu. "Mamuś, jeszcze to!". Kiedy przyszłam do domu, siedziała przed komputerem, słuchała głośno muzyki i znowu z kimś czatowała. - Jesteś już zdrowa? - zapytałam z nadzieją, bo wyglądała świetnie. Natychmiast zaczęła kasłać. Pomyślałam, że pewnie nie chce iść do szkoły, bo koniec roku szkolnego tuż-tuż. Średnia jej ocen była całkiem dobra, więc postanowiłam odpuścić córce. Może potrzebuje odpoczynku?

Zrobiłam jej obiad, ale nie chciała nic jeść. Na drugi dzień w koszu na śmieci pod zlewem znalazłam pustą butelkę po syropie, który kupiłam córce. Zaniepokoiłam się. - Jak to się stało? Wypiłaś cały syrop przez jedną noc? - wpadłam do pokoju Oliwki z buteleczką w ręku. Zaczęła się śmiać. - Wylał mi się, potrąciłam go ręką, jak sprawdzałam pocztę w kompie - powiedziała. Odetchnęłam z ulgą. - Zaraz kupię ci drugi, akurat wychodzę - obiecałam.

Kiedy wróciłam do domu, u Oliwki była Kasia. Chichotały, kiedy postawiłam przed córką nowy syrop. Były bardzo czerwone na twarzy. Powiedziały, że wcześniej tańczyły, dlatego w ciasnym pokoju córki wszystkie meble przesunęły pod ścianę. - Ach, ta młodość - pomyślałam z lekką zazdrością. Mnie byle przeziębienie ścina z nóg na co najmniej trzy dni. Koleżanka wyszła od Oliwki dopiero przed północą. Zajrzałam do pokoju córki. - Jak się czujesz? - Już jestem zdrowa, mamo, ten syrop bardzo mi pomógł, a Kasia przyniosła mi jeszcze takie fajne ziołowe tabletki. - Jakie tabletki? - zaniepokoiłam się. Podała mi puste opakowanie po lekach. Owszem, bez recepty, ale na pewno nie były to leki ziołowe. - Gdzie reszta tabletek? - krzyknęłam, nagle pełna złych przeczuć. - Spoko, mamo, Kaśka miała tylko dwie, które zostały jej po przeziębieniu. Wzięłam je i zobacz, od razu lepiej! - podskoczyła i roześmiała się. To zachowanie nie było w jej stylu.

Kiedy następnego dnia poszła do szkoły, przeszukałam dyskretnie wszystkie szuflady i szafki w pokoju Oliwki. Żadnych foliowych woreczków, spalonych fifek, nic. Co za ulga... Tylko pomiędzy ścianą a komodą znalazłam dwie puste buteleczki po syropach, wyglądały na stare, były zakurzone. Byłam głupia... Pomyślałam, że pewnie zapomniała ich wyrzucić, kiedy zimą chorowała.

Czy to wszystko moja wina?

Biję się w piersi. Ostatnio zaniedbałam kontakty z córką. Miałam problemy w pracy. Mąż zaczął częściej wyjeżdżać na budowę do Niemiec. Oliwka chodziła do szkoły, nie wagarowała, ale do domu wracała później niż zwykle. To świetnie, przemykało mi przez myśl, że jest bardziej lubiana niż w podstawówce. Pewnie spaceruje z koleżankami po tym nowym centrum handlowym...

Nie zasypywałam jej pytaniami, a teraz wiem, że powinnam była bardziej interesować się jej życiem. Wiedzieć, z kim spędza popołudnia i sobotnie wieczory, a nawet noce, bo powroty nad ranem w czasie weekendów stały się normą. Byłam tak skupiona na swoich problemach zawodowych, że machałam na to ręką. Teraz zrozumiałam, że byłam (nieświadomie, ale jednak) egoistką, która skupiała się zbyt mocno na sobie. I która najtrudniejszy wiek swojego dziecka - a razem z nim burzę hormonów, pytania o tożsamość, ważne wybory - omijała jak statek rafę.

Mąż przyjeżdżał na krótko. Szedł wtedy z córką na zakupy, do kina, na pizzę. Ale to było za mało... Zabrakło rozmowy. Wielu rozmów, nawet takich pozornie o niczym. Urządziłam jej za to kilka awantur o to, że wraca do domu zbyt późno. I że pewnie bierze narkotyki, bo nigdy nie idzie od razu spać, tylko słucha głośno muzyki i jest dziwnie pobudzona. - Nic nie wiesz! Tylko tata mnie rozumie! - zawołała raz Oliwka, zatrzaskując mi przed nosem drzwi do łazienki, w której spędziła później dwie godziny.

W sobotę Oliwia jak zwykle zaczęła się szykować na imprezę. Tym razem okazja była szczególna: koniec roku szkolnego. Przyniosła całkiem dobre świadectwo. Szykowaliśmy dla niej z mężem niespodziankę. Mieliśmy wyruszyć we trójkę na rajd po Bieszczadach - chcieliśmy pokazać Oliwce nasze ukochane, magiczne miejsca z młodości. Poprosiłam, aby wróciła przed północą. - Ja zwariuję! Wreszcie mam wakacje, a ty mi dajesz szlaban? - wrzasnęła. Znowu trzasnęły drzwi. Ale wcześniej córka podbiegła do mnie... i dała mi buziaka. Coraz rzadziej tak robiła, a wtedy właśnie poczuła taką potrzebę. Wtedy widziałam ją ostatni raz przytomną...

Modlimy się, żeby nasza córka była zdrowa

O północy obudził mnie telefon. Dzwonił uporczywie. Myślałam, że to mąż, ale to był lekarz, ojciec Julii. - Nasze córki przedawkowały, proszę natychmiast przyjechać do szpitala - krzyknął. Myślałam, że to pomyłka. - Jak to przedawkowały!? Co przedawkowały!? Jak się czuje Oliwia!? Co jej się stało!? - krzyczałam. - Życiu Oliwii zagraża niebezpieczeństwo - wyrecytował formułkę, którą pewnie musiał wypowiadać kilka razy na dobę.

Już kolejny dzień jestem w szpitalu, cały czas przy łóżku nieprzytomnej Oliwki. Lekarz mówił, że prawdopodobnie dziś będą ją wybudzać, bo to śpiączka farmakologiczna... Mąż, do którego zadzwoniłam tamtej nocy ze szpitala, dojechał do nas kilka godzin później. Jest załamany, ma do mnie pretensje, że nie dopilnowałam córki. Przecież jego nie było na miejscu, przecież on zarabiał na rodzinę. Ale nie kłócimy się już. Głównie milczymy.

Oboje modlimy się o zdrowie i sprawność naszej Oliwki. Dzisiaj, kiedy wyszliśmy rano do palarni, znajoma pielęgniarka wcisnęła mi w ręce gazetę. Przeczytałam, że od 1 lipca weszły w życie nowe przepisy, które ograniczą dostępność leków na przeziębienie kupowanych w aptece bez recepty...

Wysłuchała Magdalena Kuszewska


*****

Od 1 lipca farmaceuta może sprzedać tylko jedno opakowanie leku zawierającego pseudoefedrynę, dekstrometorfan i kodeinę, i to wyłącznie osobie dorosłej, za okazaniem dokumentu. Może też odmówić sprzedaży leku, jeśli podejrzewa, że jest wykorzystywany do innych celów niż leczenie. Wśród nich są syropy i tabletki na kaszel, które brała córka Teresy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje