Nie piję dużo. Czy mam problem?

Panujesz nad swoim życiem, nie masz nic wspólnego z ludźmi, którzy zataczają się na ulicy. Pijesz mało, ale regularnie lub robisz długie przerwy... Jeśli jednak boisz się, że możesz być o krok od uzależnienia, warto sprawdzić, czy masz ku temu podstawy.

Nie ma w tym nic złego, że lubimy dobre czerwone wino lub orzeźwiamy się chłodnym piwem podczas upałów. Kiedy jednak przekraczamy cienką linię między zwykłą przyjemnością a nałogiem? Specjaliści twierdzą, że jeżeli zaczynamy się nad tym zastanawiać, to problem być może już się pojawił. A nawet gdy trochę przesadzamy z obawami, nie szkodzi. Zawsze warto przyjrzeć się swojemu piciu. Bo lepiej dmuchać na zimne, niż obudzić się zbyt późno.

To tylko jeden kieliszek

Reklama

Opowieść Joanny: Dom, książka i lampka czerwonego wina - trzy składniki idealnego wieczoru. Nie znam lepszego sposobu na wyciszenie się. I na tym właśnie polega problem....

Butelka w szafie

Przez lata prawie wszystkie weekendowe wieczory spędzałam w ulubionym fotelu przy książce lub filmie z kieliszkiem w ręku. Potem coraz częściej także w tygodniu, bo z pracy wracałam zmęczona, a w domu czekało jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Kiedy miałam już naprawdę dość, pocieszałam się, że za parę godzin zaszyję się w swoim azylu i świat znowu stanie się piękny.

To mąż pierwszy zwrócił uwagę, że piję za często. A przecież sam mi to wino na początku ochoczo nalewał! Teraz jednak wydawał się mocno zaniepokojony. - Widzisz, że pijesz prawie codziennie? - Spytał któregoś dnia. Powiedziałam, że chyba oszalał, bo jedna butelka wystarczała mi na kilka dni. A najważniejszy jest umiar, prawda? Zrobiłam się jednak trochę ostrożniejsza, bo zaczął mnie obserwować, a ja nie miałam ochoty wysłuchiwać oskarżeń i narzekań.

Postanowiłam udowodnić, że obejdę się bez alkoholu i ostentacyjnie parzyłam wieczorem zieloną herbatę. Tylko że... to niestety nie zdało egzaminu. Zamiast się odstresować, byłam poirytowana, roztargniona, czegoś mi brakowało.

Któregoś popołudnia wypiłam kieliszek tuż po powrocie z biura. Córka siedziała w swoim pokoju, mąż jeszcze nie wrócił do domu. Miałam wyrzuty sumienia, ale jednocześnie poczułam ulgę i niesamowite odprężenie. Teraz oficjalnie piję znów tylko w weekendy. Mąż się nie czepia, ale nie wie, że czasem robię to, kiedy nie widzi. To na tyle małe ilości, że wystarczy umyć zęby, by niczego nie poczuł.

Na razie się udaje. Sama jednak zastanawiam się, jak to właściwie ze mną jest. Bo z jednej strony piję niewiele, a z drugiej myśl, że miałabym przetrwać trudne dni bez alkoholu, trochę mnie przeraża. No i fakt, że ukrywam butelkę w szafie jak jakiś menel... Zaczęłam rozwiązywać różne testy w internecie, które miały stwierdzić, czy jestem uzależniona. Ale ich wyniki nie były jednoznaczne.

Trochę się uspokoiłam, dopóki nie przeczytałam gdzieś, że z nałogiem masz do czynienia wtedy, kiedy próbujesz sobie czegoś odmówić, a nie potrafisz. Przyłapałam się nawet na tym, że obawiam się urlopu. Niedługo wyjeżdżamy. Spędzę dwa tygodnie z rodziną w jednej przyczepie... Ciężko będzie ich przechytrzyć. Choć może na wakacjach nie będę musiała koić nerwów winem.

Częściej mam chęć na reset

Opowieść Sylwii: Kiedy ostatnio wzięłam alkohol do ust? Prawie dwa miesiące temu. Żaden z moich znajomych i kolegów z pracy nie widział mnie nigdy wstawionej ani nawet na kacu. W lustrze widzę zadbaną, pewną siebie kobietę.

Czy ktoś by się domyślił, że trzy razy do roku zamykam się w mieszkaniu z baterią butelek? A potem nie odbieram telefonów i nigdzie nie wychodzę? W biurze pojawiam się dopiero, gdy całkiem dojdę do siebie. Ale za to jaki mam wtedy zapał do roboty! Czuję się rewelacyjnie, tryskam pomysłami, zupełnie jak nowo narodzona. Funkcjonuję tak już od pięciu lat i nie zamierzałam niczego zmieniać. Ale od niedawna mam ochotę na "reset" znacznie częściej. No i liczba butelek ciągle rośnie.

Totalna wolność

Pierwszy raz zdarzył się po rozwodzie. Byłam w strasznym dołku, bo chociaż od jakiegoś czasu planowaliśmy rozstanie, nie przypuszczałam, że mąż natychmiast zwiąże się z inną. Zagłuszałam smutek, znieczulając się alkoholem. Pomogło, więc od tamtej pory powtarzam "sesje" regularnie.

Wypracowałam sobie już cały system: w pracy biorę urlop, ogłaszając, że jadę do rodziców, robię zapasy piwa (w sklepie daleko od domu). Czuję podekscytowanie, jakbym wyruszała na wyprawę życia. Czeka mnie totalna wolność. Cały dzień przeleżę w łóżku. Będę pić do oporu. I nikt nie powie mi złego słowa. Skutki uboczne? Na szczęście mam mocną głowę. Nie dręczą mnie wyrzuty sumienia, bo przecież robię to tak rzadko! A ponieważ jestem sama, nikogo tym nie krzywdzę.

Teraz jednak przechodziłam zły okres. Pokłóciłam się z przyjaciółmi, miałam trochę kłopotów finansowych. Przyłapałam się na tym, że marzę o resecie. A przecież od ostatniego razu minęło dopiero czterdzieści dni. Próbuję skupić się na czymś innym, ale myśli o piciu prześladują mnie nawet podczas zebrań w pracy. Do tej pory to się mimo wszystko nigdy nie zdarzało. Wieczorami robię cuda, żeby nie złamać się i nie skoczyć do sklepu choćby po jedną puszkę piwa. Bo wiem, że na jednej się nie skończy...

Co może niepokoić?

Rodzajów picia jest tyle, ile ludzkich historii. Dlatego trudno przyłożyć do niego jedną miarę i stwierdzić z całą stanowczością, że jesteśmy lub nie jesteśmy uzależnione. Najlepiej zacząć od obserwacji swoich zachowań i uczuć. Podpowiemy ci, co rodzi niepokój oraz jakie środki ostrożności zachować, by nie wpaść w kłopoty.

Faza ostrzegawcza: Coraz częściej rozmyślamy o piciu. Przestaje ono być spontaniczne, a staje się czymś, do czego dążymy, na czym się koncentrujemy. Kiedy rodzina wyjeżdża, cieszymy się, że będzie okazja do nieskrępowanego raczenia się alkoholem. Zaczynamy liczyć, ile czasu nie piliśmy lub za ile napijemy się znowu.

Planujemy: W wolne dni nie umawiamy się z nikim albo celowo wybieramy takie spotkania, na których można "popłynąć" bez wzbudzania podejrzeń. Pod tym kątem dobieramy znajomych - koleżanka, która nie wylewa za kołnierz wydaje się bardziej interesująca od wstrzemięźliwej. Etap, w którym alkohol jest przyjacielem (bo błyskawicznie poprawia nam nastrój), nie jest jeszcze nałogiem, lecz fazą ostrzegawczą.

Nałogu nie mierzy się tylko kieliszkami

Dawka Joanny to lampka wina dziennie. Ma się czego obawiać?

Maria Zarzycka, terapeuta uzależnień, psychoterapeuta www.olcha.waw.pl: - Jeżeli zadaje sobie takie pytanie, to lepiej zgłosić się do specjalisty. Bez obaw, nie od razu na terapię. Chodzi o sprawdzenie, czy panuje nad sytuacją, czy jest już w niebezpiecznej strefie. Terapeuta nie musi od razu zasugerować pacjentowi, by spróbował nie pić. Są dobre programy uczące jego ograniczania.

Sylwia pije tylko parę razy do roku. Ale wtedy traci wszelkie hamulce.

- To, niestety, podstępny rodzaj picia, spotykany przeważnie u perfekcjonistów. Choć problem pozostaje w uśpieniu, nie znika. Zawsze nadchodzi chwila, kiedy "ciągi" się wydłużają, aż wreszcie nie udaje się nad nimi zapanować. Tak czy inaczej, wskazane jest wsparcie z zewnątrz.

Dlaczego tak trudno ocenić swój stan samemu?

- Nałogu nie mierzy się kieliszkami, a my mamy tendencję do znajdowania różnych wymówek. Człowiek, który oddala od siebie niewygodną prawdę, uruchamia mnóstwo mechanizmów obronnych. Przecież pije tyle co inni, nie odczuwa skutków ubocznych. Po drinku jest mądrzejszy, odważniejszy, fajniejszy, więc o co ten krzyk?

Terapeuci mówią, że uzależnienie jest chorobą emocji. Co to znaczy?

- Alkohol wspaniale reguluje uczucia. Na początku daje ogromną "siłę" do przezwyciężania trudności. Nie potrafię porozumieć się z ludźmi? Dręczą mnie lęki, kompleksy? On przeniesie do lepszego świata, ukoi ból. I to bez żadnego wysiłku z naszej strony. Czujemy się cudownie, bo mózg pracuje na najwyższych obrotach. Moi pacjenci opowiadają: "W pięć minut stawałem się tym, kim zawsze pragnąłem być".

Mówimy czasem o tzw. kobiecym stylu picia.

- Zdecydowanie gorzej reagujemy na alkohol. Jesteśmy słabsze fizycznie, więc szybciej się uzależniamy. Ale największa różnica jest taka, że nas bardziej się potępia. Do męskiego wizerunku pasują trunki. Ale pijąca kobieta, w powszechnej opinii, sięga dna. Na pewno jest łatwa, zaniedbuje rodzinę, a to najgorszy grzech. Dlatego większość z nich się ukrywa, zakłada maski jak Sylwia.

- Częściej pijemy z samotności i żeby jakoś znieść monotonię domowych obowiązków. Wstyd komplikuje potem leczenie. Prawie żadna z moich wysoko funkcjonujących pacjentek nie decyduje się na terapię grupową. Nie są w stanie się przełamać, ujawnić. Panowie mają pod tym względem trochę łatwiej.

Maria Barcz


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje