Piszemy miłosne CV

Na pewno pisaliście kiedyś zawodowe CV, ale miłosne? Proponujemy eksperyment, który może stać się początkiem dobrych zmian w waszym życiu uczuciowym.

Katarzyna Troszczyńska: Dlaczego warto napisać miłosne CV?

Reklama

Anna Czarnecka: - Bo dzięki temu zobaczymy nasz potencjał uczuciowy, a także przekonania, które nami kierują, choć sobie tego nie uświadamiamy. Czarno na białym widzimy, jakich wyborów dokonywałyśmy w życiu miłosnym i do czego nas one doprowadziły. Warunek jest jeden: nie ubarwiamy tego CV tak, jak to bywa, gdy przygotowujemy życiorys zawodowy. Najważniejsza jest szczerość, nawet jeśli jest trudna. Zresztą, to CV piszemy tylko dla siebie.

Poprosiła pani trzy kobiety, którym pomagała je pisać, żeby na samym początku określiły swój cel, czyli to, co chcą osiągnąć. Dlaczego to jest takie ważne?

- Bo jeśli chcemy do czegoś dojść, musimy wiedzieć dokładnie, co to ma być. Każda sesja coachingowa rozpoczyna się od zawarcia "kontraktu", czyli umowy określającej oczekiwany efekt. Ustalamy go oczywiście my sami.

Gdy Ewa napisała: "Nie chcę przyciągać kolorowych ptaków", powiedziała pani, że cel powinien być sformułowany pozytywnie.

- Tak. Nie zaczynamy zdania od: "Nie chcę" tylko od: "Chcę". Ale to nie jest odpowiedź na pytanie, jaki ma być "ten wymarzony". Trzeba się zastanowić: "Czego potrzebuję?". I dlaczego to dla mnie ważne dzielić życie z odpowiedzialnym mężczyzną. Być może w odpowiedzi padną takie słowa, jak "spokój", "bezpieczeństwo". I wtedy pracujemy, by zadbać o nie samodzielnie, nie uzależniając tego stanu od zewnętrznych okoliczności.

- To ważne, by cel był w zasięgu naszych możliwości. Choć nie mamy wpływu na to, czy ktoś nas pokocha, możemy kształtować samych siebie. Jeśli zauważam, że w moich relacjach nie działo się dobrze, a pragnę stworzyć szczęśliwy związek, to koncentruję się na tym, co leży "po mojej stronie mocy". Co będę chciała rozwinąć, jakie cechy wzmacniać, z czego zrezygnować...

To może oburzyć niektóre kobiety. Pomyślą: "Dlaczego to ja mam się zmieniać?".

- Jeśli ktoś chce związać się z osobą, która jest zrównoważona emocjonalnie i wierna, to sama musi się taka stać. Jeśli tęsknię do mężczyzny z pasją, to nie siedzę całymi dniami na kanapie. Nie możemy marzyć o jakichś cechach partnera, jeśli same ich nie posiadamy. To znaczy: marzyć możemy, ale będą to marzenia ściętej głowy. Druga osoba nie wypełni naszych braków. Bo nawet jeśli spotkamy kogoś takiego, podświadomie będziemy to niszczyć. Możemy reagować podejrzliwie, prowokować do kłótni, a w konsekwencji doprowadzić do rozstania.

Czy możemy się mylić, jeśli chodzi o cel? Przecież pragniemy stworzyć rodzinę. A może chcemy jej tylko dlatego, że większość ludzi tak żyje? Ewa mówi o stabilnym partnerze, ale znając jej CV, trudno w to uwierzyć. Może powinna jasno powiedzieć: "Panem stabilnym szybko się znudzę"?

- Zdarza się, że miotają nami sprzeczne uczucia. Sprawdzamy wtedy, jak nasze cele mają się do siebie, czy się nie wykluczają. Czasem rzeczywiście zmierzamy w kierunku, którego nie wyznaczyliśmy sami. Realizujemy cudzy scenariusz, na przykład rodziców, którzy pragnęli, by ich córka miała oparcie w rodzinie. Miłosne CV pomoże nam pojąć, co jest naszym prawdziwym pragnieniem, a co tym sprzedanym.

Kolejny krok: doświadczenia.

- Tak jak w zawodowym życiorysie, zaczynamy od pierwszego związku, kończymy na ostatnim. Wpisujemy nawet przelotne romanse. Określamy typ mężczyzny, z którym byłyśmy, jak wyglądał nasz związek, ile trwał i czemu się rozpadł. Przerwy także są ważne, żeby na przykład zobaczyć, czy byłyśmy kiedyś same. Jeśli tak, to na co poświęciłyśmy ten czas? Na rozpaczliwe szukanie drugiej połówki czy na rozwój osobisty?

- Dominika uświadomiła sobie, że zawsze wiązała się z lekkoduchami. To jakby wciąż przerabiać identyczny związek, ale z różnymi osobami. Ona troskliwa, ciepła. Oni to wykorzystywali, a następnie odrzucali. Dlaczego? Gdzie nie postawiła granicy? Czy robiła tak ze strachu, czy powodem było co innego?

- Nasze związki mówią głównie o tym, jaką mamy relację ze sobą. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że powielamy schemat tylko dlatego, że jest "bezpieczny". Warto zadać pytanie: co usiłujemy udowodnić? Może w przypadku Dominiki przekonanie: "Jestem ofiarą". Często żywimy do siebie ukryte pretensje, źle się oceniamy. I prowokujemy sytuacje, w których bliska osoba wypowie na głos nasz wewnętrzny monolog: "Jesteś głupia, beznadziejna, do niczego się nie nadajesz".

Tego chyba dotyczy właśnie rubryka "wykształcenie"? 

- Tak. To moment, w którym musimy wrócić pamięcią do rodzinnego domu. Poświęćmy na to dużo czasu, ponieważ ważny jest każdy szczegół. Jaki związek tworzyli mama i tata, jak nas kochali, czego uczyli. Warto wypisać zdania, które powtarzali, np.: "Polegaj tylko na sobie", "Mężczyźni to dranie". Ale nie chodzi wyłącznie o słowa.

- Na przykład tata zamykał się w swoim pokoju, przez co uczyłyśmy się, że jest niedostępny i trzeba walczyć o jego uwagę. Wybieramy model przećwiczony w dzieciństwie, bo umiemy się w nim odnaleźć. Potrafimy odpowiednio reagować, a nawet jeśli odczuwamy ból, to jest on znajomy. Dziecko szybko się orientuje, że za każde działanie spotka je albo kara, albo nagroda. Zaczyna kojarzyć, co jest dobrze przyjmowane przez otoczenie. Od wściekłej matki nie dostanie nic, od radosnej - wiele. Tak tworzy się potrzeba zadowalania innych.

- Uczymy się życia według zasady: "Jeśli spełnię określone warunki, będę wartościowa w oczach tych, na których mi zależy". W ten sposób nasze prawdziwe potrzeby są marginalizowane. W dzieciństwie zawarliśmy ze sobą "umowę", np.: "nie ujawnię swych uczuć, by nie narażać się na odrzucenie". Albo: "Kiedy będę miła, to istnieje szansa, że nie zostanę samotna". Często warunkujemy poczucie szczęścia, wierząc, że "nie osiągnę zadowolenia, dopóki nie znajdę ideału".

Jak "rozbrajać" takie przekonania?

- Osobiście lubię metodę "The Work" Byron Katie. Na czym polega? Na kwestionowaniu swoich myśli i sprawdzaniu, czy odpowiadają rzeczywistości. Myślimy na przykład: "Mąż powinien bardziej o mnie dbać". Następnie zadajemy pytanie: "Czy mogę być absolutnie pewna, że jest to prawda?". Sprawdzam, jak reaguję i co się ze mną dzieje, kiedy tak uważam. Kim byłabym bez tej myśli, bez tego przekonania. Co zmieniłoby się w mojej relacji z mężem, gdybym tak nie sądziła.

- Następnie próbuję odwrócić to twierdzenie na kilka sposobów i znaleźć takie, które brzmi bardziej prawdziwie. Na przykład: "Powinnam bardziej dbać o siebie". Lub: "Ja powinnam bardziej dbać o męża". Ta metoda pozwala nam dostrzec swój wpływ na relację i wziąć odpowiedzialność za to, co leży po naszej stronie. Bo często ustosunkowujemy się nie tyle do drugiej osoby, co do naszego wyobrażenia na jej temat.

Kolejny krok to umiejętności...

- Na początku bohaterki wpisały: "Świetnie gotuję", "Jeżdżę na nartach". To też są ważne atuty, ale wypunktujmy raczej umiejętności, które pomagają w budowaniu relacji. Cierpliwość, zdolność do przebaczania, empatię...

Poprosiłaś, żeby kobiety dopisały także swoje "deficyty". Dlaczego to istotne?

- Dzięki temu mogą skupić się na cechach, nad którymi powinny jeszcze popracować. Da im to szansę ujrzenia i zrozumienia popełnianych błędów. Ale gotowość do zmian musi być ich świadomą decyzją. Każdy człowiek jest najlepszym ekspertem od swojego życia. Zdaję sobie sprawę, że to niełatwe wziąć odpowiedzialność za swoje sprawy i zacząć rewolucję od siebie. Jednak to krok w kierunku wolności i satysfakcji. Jak byśmy po długiej zimie spędzonej w ciemnej piwnicy stanęły u progu lasu wiosną i wzięły głęboki oddech. Chce się znów żyć!

Dowiedz się więcej na temat: Miłość

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje