Podziwiaj, ciesz się, ale niekoniecznie posiadaj

"To takie piękne, ze muszę to mieć"! - u większości ludzi właśnie z zachwytu rodzi się chęć nabycia jakiegoś przedmiotu. Jednak, czy aby czerpać radość z danej rzeczy, naprawdę trzeba być jej właścicielem? O tym, czy otaczanie się rzeczami czyni ludzi szczęśliwymi, pisze Francine Jay w książce "Minimalizm daje radość".

Wyobraź sobie, że ktoś ofiarowałby ci Monę Lizę, z zastrzeżeniem, że nie możesz jej dalej odsprzedać. Oczywiście mógłbyś wówczas bez ograniczeń przyglądać się temu niezwykłemu obrazowi. Po jakimś czasie z pewnością zaczęłaby jednak ciążyć na twych barkach odpowiedzialność za ochronę znanego na całym świecie dzieła sztuki.

Reklama

Niełatwo byłoby nieustannie pilnować obraz przed kradzieżą, światłem, ścierać z niego kurz i brud, trzymać w odpowiedniej temperaturze i wilgotności. Z pewnością trzeba byłoby poskromić tłum ludzi, którzy pragnęliby go oglądać. Można więc mniemać, że cała przyjemność z posiadania obrazu uleciałaby gdzieś wraz z ciężarem obowiązków związanych z dbaniem o niego. Mogłoby się wkrótce okazać, że tajemniczy uśmiech przestałby być już tak bardzo czarujący.

Po namyśle dojdziesz do wniosku, że Mona Liza niech lepiej wisi sobie w Luwrze, gdzie jej miejsce.

Jesteśmy szczęściarzami, że mamy dostęp do tak wielu dzieł sztuki, nie musimy ich kupować i trzymać w domu. W mias­tach pełno jest galerii, mnóstwo wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych, a my nie musimy zaspokajać podobnych potrzeb w naszych domach. Wystarczy jedynie wyjść do miasta.

Odkryłam to lata temu, po studiach. Studiowałam historię sztuki, a po zajęciach na pół etatu pracowałam w galerii sztuki. Chodziłam na wystawy, przeczytałam dziesiątki monografii, i stałam się prawdziwym koneserem sztuki. Tak więc, kiedy nadarzyła się okazja kupna grafiki znanego artysty, czym prędzej skorzystałam z niej. To był wielki krok w dorosłe życie - byłam na drodze do stania się kolekcjonerem sztuki.

Radość z posiadania nieco przyblakła, kiedy zdałam sobie sprawę z odpowiedzialności i wydatków związanych z koniecznością odpowiedniego oprawienia jej. Następnie musiałam się zastanowić, gdzie ją wyeksponować.

Naturalnie trudno mi było sobie wyobrazić, jak sztuka współczesna zaistnieje w moim przedwojennym mieszkaniu. Już nie wspominając, że zupełnie nie przewidziałam takich spraw, jak oświetlenie, ani nie rozważyłam kwestii powieszenia jej, tak by dobrze ją było widać z każdego miejsca pomieszczenia. Ostatecznie umieściłam ją na honorowym miejscu, nad kominkiem. Mimo że gryzła się ze starą terakotą, którą miałam na podłodze, chciałam, by stanowiła najważniejszy element dekoracyjny w domu (w końcu zapłaciłam za nią mnóstwo pieniędzy).

Kiedy już zajęłam się wszystkimi powyższymi kwes­tia­mi, wreszcie mogłam usiąść i zacząć podziwiać mój skarb. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie i irytację, gdy pewnego dnia dostrzegłam małego czarnego owada tkwiącego pod szkłem, na samym środku mojej drogiej grafiki! Nie byłam w stanie odgadnąć, w jaki sposób mógł dostać się pod szybę, ale już nie mogłam nic z tym zrobić.

Mimo wszystko z dumą ją prezentowałam - i bardzo starannie zapakowałam, kiedy się przeprowadzałam. W nowym mieszkaniu, zgodnie z umową, nie mogłam nic wieszać na ścianach, więc grafika eksponowana była na dużo mniej honorowym miejscu, bo na podłodze. Po kilkakrotnym przestawianiu jej moja radość z posiadania tego dzieła gdzieś znikła i wówczas już nie wiedziałam, co z nią zrobić. Kolejne pięć lat spędziła zapakowana w folię bąbelkową, aż w końcu ją sprzedałam. Od tego czasu postanowiłam odstąpić muzeom prawo zajmowania się sztuką, a ja, w wolnych chwilach, odwiedzam je i wówczas bardzo cieszę się oglądanymi zbiorami.

Tak się składa, że nauczenie się umiejętności "czerpania radości, bez konieczności posiadania rzeczy" jest kluczem do osiągnięcia domu minimalistycznego. W końcu jaki jest sens trzymania spieniacza do mleka do cappuccino, upchniętego gdzieś głęboko w szafkach?W teorii możliwość zrobienia sobie parującej filiżanki kawy ze spienionym mlekiem i rozkoszowanie się nią w zaciszu domu wydaje się pociągająca (i nawet dekadencka). Tymczasem, w rzeczywistości, niemiła okazuje się konieczność wyciągania urządzenia, składania go, mycia po użyciu i odkładania na miejsce. W dodatku efekt wcale nie jest tak powalający, jakbyśmy sobie tego życzyli, a kawa traci urok, kiedy możemy ją sobie wypić w każdej chwili. Po kilku zabawach w baristę uświadamiamy sobie, że dużo przyjemniej jest pójść do lokalnej kawiarni, być wśród ludzi i nasiąknąć atmosferą miejsca, popijając pyszny napój.

Dążąc do minimalistycznego stylu życia, musimy oprzeć się pokusie odtwarzania świata zewnętrznego w mikroświecie naszego domu. Zamiast kupować (i utrzymywać) przeróżne sprzęty do kina domowego, domowej siłowni czy wyszukane meble ogrodowe, idź do kina, pobiegaj, wybierz się do parku czy w końcu na basen. Dzięki temu będziesz mógł cieszyć się tymi czynnościami, nie martwiąc się o przechowywanie i konserwację wszystkich sprzętów potrzebnych do uprawiania sportów.

Jeśli masz słabość do kupowania ładnych rzeczy, powtarzaj sobie mantrę: "czerp radość z patrzenia, a nie z posiadania". Zachwyć się delikatnością szklanej figurki, doceń jubilerski fach, piękne wykończenie starej bransolety czy żywe kolory ceramiki, nie kupuj ich jednak, a podziwiaj na wystawie.

Porównaj chodzenie po sklepach do wizyty w muzeum, gdzie podziwiasz piękno oraz design dobrze i ciekawie zaprojektowanych eksponatów. Robię to samo, surfując po internecie, i prawdę mówiąc, doszłam do tego, że czerpię podobną satysfakcją z samego patrzenia na obrazki, jaką miałabym z posiadania tych rzeczy.

W dążeniu do celu stania się minimalistami pragniemy zredukować liczbę posiadanych w domu rzeczy, które wymagają naszej uwagi i troski. Na szczęście mamy wiele możliwości realizowania się gdzie indziej. Część przyjemności możemy doświadczyć poza domem, i to jest bardzo pozytywnym efektem ubocznym wprowadzenia zmian do naszego życia.

Kiedy idziemy do parku, muzeum, kina albo kawiarni, nie ma już potrzeby odtwarzania podobnych wrażeń w domach. Jednocześnie stajemy się bardziej aktywni społecznie, spotykamy się z ludźmi. Rzeczy przestają trzymać nas w domu, wychodzimy do świata, cieszymy się nowymi, przyjemnymi doznaniami.


Tekst pochodzi z książki Francine Jay "Minimalizm daje radość", która ukazała się nakładem wydawnictwa Muza.

materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje