Pora zrobić coś dla siebie

Życie toczyło się codziennym rytmem zajęć, pracy, opieki nad dziećmi. Aż przyszedł taki moment, że albo dzieci podrosły i nie wymagały już tak intensywnej opieki, albo potrzeba wykrojenia dla siebie kawałka świata stała się tak silna, że Ewa i Anna znalazły mimo natłoku zajęć czas na własne pasje. Dziś zgodnie mówią, że było warto, a ich życie stało się dzięki temu szczęśliwsze.

Od kwiatów zaczęły się zmiany w moim życiu

Reklama

Dla 52-letniej Ewy Maruszewskiej z Łodzi sensem życia zawsze były kwiaty. Chciała je malować, ale też się nimi otaczać, cieszyć ich zapachem. Myślała o liceum plastycznym, ale mama sugerowała, żeby wybrała stabilniejszy zawód.

- Nie żałuję, że skończyłam technikum ogrodnicze, dobrze się w tej profesji odnalazłam - opowiada, przekonana, że w życiu nie ma przypadków, bo dziś już wie, że kwiaty dały jej coś więcej niż tylko możliwość zarobkowania we własnej kwiaciarni. Otworzyły drogę do pasji, która zawsze w niej głęboko tkwiła, ale codzienność nie pozwalała jej realizować.

- Wtedy nie myślałam o studiach. Szybko zresztą wyszłam za mąż, urodził się syn, Tadeusz. Cztery lata byłam z nim w domu. To był dobry czas - ciągnie. - Później nadarzyła się okazja, żeby zbudować kwiaciarnię, więc to zrobiliśmy. Przez lata nabierałam doświadczenia i nawet zaczęłam marzyć, żeby otworzyć własną szkołę florystyczną. Brakowało mi jednak odwagi, paraliżował mnie strach. Poza tym każda z nas, kobiet, wie, jak wygląda życie żony i matki - wzdycha, ale nie z goryczą, tylko ze spokojem i z dystansem. Już jest w takim miejscu, że może to zrobić.

- Uwijanie się w domu, obsługiwanie rodziny zajmuje niemal sto procent czasu. Jeśli jeszcze się chce dobrze wychować dzieci, być uważnym na ich potrzeby - dla siebie nie zostaje nic. Kiedy Tadzio miał 10 lat, przyszedł na świat jego brat, Ireneusz. - No i niemal 20 lat zajmowałam się moimi trzema mężczyznami - opowiada. - Przyzwyczaiłam ich do tego, że zawsze jest posprzątane, ugotowane. Czasem robiłam nawet dwa obiady, dwie różne kolacje, żeby im dogodzić.

I może tak byłoby do dzisiaj, gdyby któregoś dnia jedna z klientek, zachwycona talentem Ewy, nie zasugerowała, by zaczęła robić warsztaty z tworzenia bukietów. Najpierw dla przedszkolaków. Ewa się trochę wykręcała. - To z lęku, że sobie nie poradzę - tłumaczy dziś. W końcu poszła. I odniosła sukces! - Było świetnie - wspomina radośnie. - Wszystkim się podobało, a ja powoli zaczynałam wierzyć w siebie. No i ruszyło lawinowo.

Szkoły, imprezy okolicznościowe, jarmarki. Plecenie wianków w parku Hellenów w dzień Kupały. Praca charytatywna w Stowarzyszeniu "Krwinka" dla dzieci z chorobami krwi. Ewa czuła przypływ energii, chciała coraz więcej. Zgłosiła się do programu "Metamorfozy", dla kobiet, które chcą zacząć od nowa. Były tam także spotkania z dietetyczką.

Trzeba w siebie uwierzyć

- Miałam zrobić kotlety z ciecierzycy - opowiada. - I wtedy dotarło do mnie, że po raz pierwszy w życiu gotuję coś wyłącznie dla siebie, bo przecież u mnie w domu nikt tego nie tknie. To było niezwykłe, ale i nieco bolesne odkrycie - mówi o swoich doświadczeniach.

- Kiedy zaczynamy walczyć o czas tylko dla siebie, nagle się okazuje, że rodzina się buntuje. Bliscy wcale nas nie wspierają, gdy pragniemy się realizować, bo podświadomie czują, że może przestać im być już tak wygodnie. Trzeba zatem wiele determinacji i siły, żeby umieć o siebie zawalczyć. Ewa się nie poddała.

W lutym bardzo chciała pojechać do Poznania, na trzydniowe Florystyczne Mistrzostwa Europy. Ale mąż i synowie nie uważali, by było to coś ważnego. Usłyszała, że nie może wziąć samochodu, a przecież musiała zabrać mnóstwo kwiatów i przedmiotów potrzebnych do dekoracji. Syn marudził, że umrze z głodu, choć lodówka była pełna. - I tak pojechałam - uśmiecha się Ewa. - Pomogli mi przyjaciele, a ja przeżyłam wielką przygodę. Na oczach publiczności przygotowywałam girlandę z kwiatów, poznałam florystów z całego świata. To było wspaniałe doświadczenie.

Na wszystko jest sposób

Jedna zmiana pociąga za sobą kolejne. Jeden pomysł otwiera następne możliwości. Ewa zamarzyła o pokazie, w którym ubrania zastępowałyby żywe kwiaty. Ale żeby to zrobić, trzeba być albo sławnym, albo bogatym. Ona się w ten klucz nie wpisywała. - Wymyśliłam więc, że pójdę na studia, na projektowanie odzieży - śmieje się. - Bo jako pracę dyplomową trzeba pokazać własne stroje. Poszłam więc i już jestem na drugim roku. Zaczęłam malować, rysować. Między innymi portrety. W swojej kwiaciarni sprzedałam kilka. Mąż i synowie powoli akceptują nową sytuację. Nie mają wyjścia - śmieje się.

Ewa jest szczęśliwa, że odnalazła siebie, że nie jest już wyłącznie żoną i matką, ale również kimś, kto spełnia własne marzenia. - To ważne, by je w sobie obudzić i znaleźć siłę na ich realizację - przekonuje. - Jestem zwyczajną kobietą, a udało mi się. Każda z nas to potrafi.

Mój handmade na szczęście

Anna Chmielewska-Deka, prawie 40-letnia mama dwóch dziewczynek, przedstawicielka medyczna i wielbicielka handmade’u zapewnia, że można nauczyć się robić coś dla siebie i nie mieć z tego powodu poczucia winy. - Mnie się to udało. Mam czas tylko na swoją pasję i mogę się dokształcać. To jednak wymagało wielu rozmów, dobrej organizacji, a także przekonania rodziny, że nie mogę i nie chcę być przez 24 godziny tylko mamą i pracownikiem - spokojnie opowiada o swoich doświadczeniach. - Po wielu staraniach doprowadziłam do tego, że córki zaczynają rozumieć, że mama, jak każdy człowiek, powinna mieć chwilę tylko dla siebie.

Anna głęboko wierzy, że to wcale nie obsługiwanie rodziny i bycie na każde zawołanie sprawia, że w domu panuje harmonia i ład. - Jeśli jestem szczęśliwa i spełniona, dzieci to czują - uśmiecha się. - Wtedy wszystko samo się układa, nawet jeśli stos ubrań do prania nie zmalał ani trochę. Gdy jednak jestem zaharowana i sfrustrowana, one pierwsze poznają skutki mojej wewnętrznej złości.

Gdy taką wiedzę przekłada się na codzienność, ani 15-letnia Zuza, ani 7-letnia Pola nie cierpią z powodu matczynych emocji. Co wcale nie znaczy, że nie proszą jej o zrobienie kanapek, kiedy właśnie zasiada do swojego "handmade", czyli artystycznych robótek na szydełku. - Mogę zrobić, ale nie muszę - śmieje się Anna. - Czasem mówię dziewczynkom, że mają zdrowe ręce, a może i ja także napiłabym się dobrej kawy?

Robienie czegoś własnymi rękami, w dodatku rzeczy ładnych, na widok których inni się zachwycają, to relaks, to budowanie poczucia wewnętrznej harmonii. Reaktywowana z dzieciństwa, a modna dziś znów pasja, daje Ani radosną możliwość kreowania, tworzenia, wymyślania. W pewnym sensie to równoważy jej inne, uporządkowane życie.

- Tak, jestem praktyczna - przyznaje. - Szukałam solidnego zawodu, więc we wczesnej młodości ukończyłam pedagogikę, a potem podyplomowo kosmetologię. Dodatkowo uzyskałam tytuł trenera biznesu. To miało mi dać poczucie bezpieczeństwa, wszak przedstawicielem medycznym nie będę do końca życia.

Nie wiadomo jednak, co los dla niej szykuje, bo odkąd weszła w świat artystycznego tworzenia, przyszedł jej do głowy nowy pomysł: spółdzielnia. Być może zatrudni w niej panie, które są bez pracy, ale potrafią z kordonka robić cuda. Ania lubi aktywować ludzi, dzięki niej już wiele koleżanek nauczyło się robić na szydełku albo przypomniało sobie tę umiejętność ze szkolnych lat. Jednak jak na razie własna przestrzeń pozostaje wciąż tylko w sferze hobby, choć Ania ma już swoją markę, jest rozpoznawalna. Przynajmniej w kilku grupach na Facebooku (ma swoją stronę na FB "Puść oczko").

- Jestem szczęśliwa, że po latach znalazłam nową pasję, która daje mi mnóstwo radości - cieszy się. - Po pierwsze, mam swój świat, z którego czerpię siłę, po drugie, nie robię tego już tylko dla siebie. Pokazuję swoje dzieła w sieci i od czasu do czasu realizuję większe projekty, na przykład dywany, pufy, kosze. Podobają się.

Tak, niekiedy słyszy: "I co ty znów dłubiesz, lepiej zajęłabyś się domem i dziećmi". Trochę przykro, gdy ktoś nie rozumie, że każdemu co innego sprawia radość. Ale przecież nie będzie się tym przejmować, skoro jej życie dzięki temu nabrało nowego koloru. Córki wiedzą i widzą, że mama robi piękne rzeczy. Owszem, kibicują, ale to nie przeszkadza im czasem pomarudzić: "Mamo, zrób mi omlet, wyprasuj bluzkę, a gdzie moja książka?"...

Ania znajduje równowagę między rozpieszczaniem, bo przecież tego dzieci także potrzebują, a stanowczym powiedzeniem: "Kochanie, teraz jestem zajęta". - Od czasu do czasu trzeba im przypominać, że wiele rzeczy potrafią już zrobić same - mówi Anna. - To żadna krzywda, wręcz polisa na przyszłość. A ja mam przestrzeń na tylko moje życie.

Natasza Ross

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje