Razem czy osobno?

Ona krzyczy, on trzyma ją za rękę i razem liczą skurcze. Poród z udziałem ojca dziecka to już symbol nowoczesnej rodziny i partnerstwa. Tym bardziej obrazoburczo brzmią ostatnio głosy specjalistów: obecność mężczyzny nie gwarantuje, że poród będzie lżejszy, a związek między kobietą i mężczyzną trwalszy. Czasem lepiej, by przyszły tata poczekał pod drzwiami.

Wojciech Komosa, trzydziestoparolatek z Warszawy, nigdy nie zapomni narodzin swoich dzieci: Zosi i Antosia. Gdy żona Dorota poprosiła go, by był przy niej w tym momencie, zgodził się bez wahania. - Czułem się wyróżniony i wtajemniczony w kobiecy rytuał. Przemiłe położne od razu przydzieliły konkretne zadania do wykonania i uświadomiły, że najważniejsza jest tu moja żona, a nie moje ego. Starałem się więc zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa - opowiada. Przyznaje, że pewnych rzeczy się nie spodziewał.

Reklama

- Poród to nie hollywoodzki film. Tam dzieci rodzą się szybko, są różowe i od razu krzyczą. A w rzeczywistości to czysta biologia. Słyszysz prawdziwy krzyk kobiety, widzisz prawdziwy ból i prawdziwą krew. Nie zapomnę, w jakim napięciu czekałem, aż zapłacze moja Zosia. Tych kilka sekund było jak wieczność. Olbrzymi stres, potem niesamowite wzruszenie - mówi Wojciech Komosa. Mimo że wspomnienia ma jak najlepsze, nie jest pewien, czy zachęcałby kolegów do rodzenia razem z żonami. - Nie wszyscy są na to przygotowani. Dla mężczyzn, którzy na co dzień obracają się w świecie samochodów, komputerów i technologii, a w dodatku nie lubią widoku krwi czy szpitala, takie przeżycie może być trudne do zniesienia.

Wespół w zespół

Tata przy porodzie nikogo już nie dziwi. Jak podaje Fundacja Rodzić po ludzku, 42 proc. Polek, które rodziły w 2000 roku, miało przy sobie w tym momencie bliską osobę. Najczęściej męża lub partnera. Na Zachodzie ten odsetek jest jeszcze wyższy i sięga w niektórych regionach 80 procent. Przez lata argumentem na rzecz porodów rodzinnych był fakt, że trwają one nawet o jedną trzecią krócej i rzadziej wymagają interwencji medycznej, jak podanie leków czy środków przeciwbólowych. - Gdy kobieta ma poczucie bezpieczeństwa i towarzystwo bliskiej osoby, poród jest często łatwiejszy. Ale czy zawsze musi to być partner? Czy nie lepiej, by kobiecie prócz dobrej położnej towarzyszyła matka, siostra albo przyjaciółka? - zastanawia się prof. Violetta Skrzypulec, ginekolog, położnik i seksuolog, kierownik Katedry Zdrowia Kobiety Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

- Popieram równouprawnienie i związki partnerskie. Jednocześnie z wieloletniej praktyki wiem, że 20-30 proc. mężczyzn nie powinno brać udziału w porodzie. Są do tego psychicznie nieprzygotowani, nie rozumieją kobiecej fizjologii, na porodówkę idą pod presją. A z obecności zdenerwowanego albo przymuszonego mężczyzny więcej jest szkody niż pożytku - przekonuje prof. Skrzypulec. Nieraz widziała umęczonych, przerażonych ojców na sali porodowej. Czy przyjście dziecka na świat było dla nich mistycznym przeżyciem? Szczerze wątpi.

Dowiedz się więcej na temat: magda | stres | świat | matka | rodzenia | położna | poród

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje