Rozpacz niejedno ma imię

Nikt nie potrafił zrozumieć bólu i pustki, jakie czułam po śmierci mojego męża.

Módlmy się o spokój duszy dla ofiar tej strasznej ludzkiej tragedii - mówił ksiądz - oraz za ich rodziny i bliskich, aby doznali pociechy w swoim cierpieniu. W imię Ojca i Syna...

Reklama

Przeżegnałam się machinalnie. Ruchy, które przez całe życie wykonywałam z pełnym przekonaniem, które pełne były znaczeń i pomagały mi w trudnych chwilach, stały się pustymi gestami.

Nie chciałam się modlić. Po co miałam to robić? Nie mogło mi to wrócić mojego męża! Nie potrafiłam już w ogóle wierzyć, że Bóg istnieje. Kościół stał się po prostu budowlą, w której gromadzą się ludzie, nie różnił się pod tym względem od sal koncertowych albo stadionów. Ale ci, którzy mnie teraz otaczali, nie byli przypadkowymi ludźmi. I to nie dla Boga tu przyszłam, a dla nich, bo oni przeżyli to, co ja. Stracili najbliższych przez głupi ludzki błąd. Płakali otwarcie albo ocierali dyskretnie oczy, niektórzy mieli wzrok otępiały od leków uspokajających, choć od tamtego tragicznego dnia minęło już osiem miesięcy.

Gośce, mojej córce, nie powiedziałam, że tu jadę. Oczywiście bardzo przeżyła śmierć swojego ojca, ale jej żałoba była zupełnie inna niż moja. Gośka miała przecież dwoje dzieci i męża. Przeżyła szok, ale śmierć ojca nie zmieniła jej życia, nie wywróciła go do góry nogami. To, że ja objeżdżałam różne, nieraz odległe kościoły, by uczestniczyć w mszach za nieznane mi ofiary katastrofy, uważała za symptom jakiejś choroby psychicznej.

- Módlmy się... - mówił ksiądz.

Moje usta wykrzywiał grymas niechęci. Postanowiłam wyjść, żeby nie obrażać uczuć tych, którzy gorąco wierzyli, że "Bóg tak chciał", i że muszą pogodzić się z Jego wolą.

W przedsionku kościoła stała sporo ode mnie młodsza kobieta. Zagryzała pobladłe wargi, w jej twarzy rozpoznałam swoje własne cierpienie. Odniosłam wrażenie, że ona też nie rozumie, dlaczego ją to spotkało, że ona też nie chce już wierzyć w Boga, który doświadczał niewinnych ludzi. Ogrom tragedii uderzył mnie z nową siłą. Oparłam się o ścianę przy kamiennej misie na święconą wodę.

- Słabo pani? - zapytała, robiąc krok w moją stronę, i podtrzymała mnie. A potem powiedziała: - To nie na ludzkie siły...

- Pani też straciła kogoś najbliższego...- raczej stwierdziłam, niż spytałam.

- Męża - wyszeptała prawie bezgłośnie.

- To tak jak ja... - powiedziałam i zagryzłam wargi, jakbym chciała je ukarać za to, że wypowiedziały tę straszną prawdę. Za każdym razem, kiedy to mówiłam, miałam wrażenie, że sama w jakiś sposób przyczyniam się do tego, że Staszek już nigdy nie wróci ze służbowej podróży.

- Ale nie chcę pani przeszkadzać... - zreflektowałam się. - Może chce się pani modlić...

- Przecież to nie ma sensu - w jej głosie zabrzmiała gorycz. - Nie wiem, po co tu w ogóle przyszłam...

- Mimo wszystko nie powinnyśmy w tym miejscu rozmawiać - westchnęłam.

- Jeszcze trwa msza - dodałam.

Bez słowa wyszłyśmy z kościoła.

- Przejdziemy się? - zaproponowałam.

Skinęła głową.

- Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, prawda? - spytałam po chwili. - Mówią, że trzeba się pogodzić z losem. Że nie wolno rozdrapywać ran. Ale to przecież wcale nie chodzi o rozmyślanie o tej tragedii, bo ja tego nie robię. Najgorsza jest codzienność...

- I to, że każda rzecz w domu jakoś się z nim kojarzy - przytaknęła. - Przywieźliśmy z jakiejś wycieczki pamiątkowe kubki, normalnie używaliśmy ich zawsze do porannej kawy... A teraz, kiedy sobie robię kawę i myślę, że dłoń Mikołaja już nigdy nie dotknie tego kubka, chce mi się płakać...

- A meble, które się razem kupowało? - westchnęłam. - Człowiek otwiera szafkę i nagle mu się przypomina, jak się sprzeczał o te uchwyty w sklepie...

Miała na imię Dorota. Była sama, nie miała dzieci. Poszłyśmy na herbatę do pobliskiej kawiarni.

- Chodziłam tu kiedyś często z Mikołajem - powiedziała, kiedy wchodziłyśmy do lokalu. - Tutaj byliśmy w ostatnią rocznicę naszego ślubu... Wszystko mi go przypomina - ciężko westchnęła.

Dawno nie czułam takiego spokoju, takiej ulgi. Rozmowa z tą kobietą koiła moje serce, uśmierzała ból. Każda z nas mówiła o swojej tęsknocie za mężczyzną, z którym zamierzała spędzić resztę życia, i jak beznadziejne jest to życie bez niego. Przy niej mogłam bez obaw wyrazić swoją gorycz, swoją bezradność wobec trudnej codzienności.

- Może się jeszcze spotkamy? - zaproponowałam, kiedy się żegnałyśmy. - Mieszkam dwadzieścia kilometrów stąd. Zapraszam do siebie za tydzień, w niedzielę.

- Naprawdę? Chciałabyś się jeszcze ze mną spotkać? - zapytała uradowana.

Potwierdziłam skinieniem głowy.

- Dziękuję. Będę na pewno.

Przyjechała. Znów rozmawiałyśmy o naszych mężach i o tym, jak nam ich brakuje. O codziennych małżeńskich rytuałach, które z dnia na dzień straciły sens. Wspominałyśmy drobne wydarzenia, nieraz sprzed wielu lat... Mój mąż, wracając z podróży służbowych, przywoził mi babskie czasopisma - nie wstydził się kupować ich dla mnie w kiosku na stacji, choć sam uważał je za nudną lekturę. Mąż Doroty zaparzał jej herbatę dokładnie tak, jak lubiła: w nagrzanym kubku, pod przykrywką...

Wspominałyśmy wszystkie drobne codzienne sprawy, które wywoływały uśmiech albo łzy... Obie potrzebowałyśmy tych rozmów, bo każda z nas doskonale rozumiała tę drugą... Moja córka wysyłała mnie do terapeuty przekonana, że tym rozpamiętywaniem robię sobie krzywdę.

Umówiłyśmy się z Dorotą, że za tydzień znów się spotkamy, tym razem u niej. Upiekłam ciasto. Bardzo jej smakowało. W pewnym momencie powiedziała: - Wiesz, najbardziej przerażają mnie święta. Nie wyobrażam sobie, jak to będzie bez niego. Święta zawsze spędzaliśmy razem. Zostałam sama w tym dużym, pustym domu, w którym wszystko mi go przypomina...

Nie zawahałam się ani chwili. - Jesteś zaproszona na Gwiazdkę do nas. Do mojej córki. Rozmawiałyśmy już o świętach, i ona się uparła, że musimy wigilię urządzić u niej, że niby łatwiej mi będzie się oderwać od wspomnień.

- Dziękuję ci - w oczach Doroty pojawiły się łzy. - Nawet nie wiesz, co to dla mnie znaczy.

- Wiem - odparłam.

- Dla mnie to znaczy równie wiele, co dla ciebie.

Musiałam jak najszybciej powiadomić moją córkę o tym, że zaprosiłam dodatkowego gościa. Kiedy dowiedziała się, że Dorota jest jedną z wdów, które straciły męża w katastrofie, spojrzała na mnie ze zgrozą.

- Pogrążasz się, mamo! - jęknęła. - Nie rób tego! Co ci da taka znajomość?! Tylko będziesz rozdrapywać rany!

- Zaprosiłam ją i nie cofnę tego zaproszenia - odwróciłam wzrok. - A jeśli tobie to nie odpowiada, urządzę skromne święta u siebie, tylko dla mnie i Doroty. Jest całkiem sama. Nie zostawię jej.

- Ja się tylko o ciebie martwię. Chcę, żebyś się w końcu otrząsnęła z tej traumy. Musisz dalej żyć!

Ale Gosia nie rozumiała - i nie chciałam nawet, żeby rozumiała! - na czy polega mój problem. Ktoś, kto nie znalazł się w sytuacji, w jakiej znalazłyśmy się ja i Dorota, nie mógł zrozumieć, że nie potrzebowałyśmy wcale być w małżeńskiej sypialni i patrzeć na pustą połowę łóżka, żeby dotkliwie odczuwać brak męża. Przecież przez tyle lat byliśmy "jednym ciałem". Działaliśmy razem jak jeden organizm, każde z nas miało swoje obowiązki, czasem nawet śmiesznie drobne, które jednak pomagały życiu toczyć się gładko, bez zgrzytów. Bez nich wszystko się zacinało, gubiłyśmy się wśród codzienności. By dalej żyć, musiałyśmy na nowo poukładać sobie świat, a zrozumienie w oczach tej drugiej naprawdę pomagało.

Parę dni później wybrałam się po urodzinowy prezent dla wnuczka do miasta, w którym mieszkała moja nowa przyjaciółka. To nieprawda, że przestałam żyć - nadal kochałam moją rodzinę... Tyle, że życie stało się o wiele trudniejsze, a kochanie mojej córki i jej rodziny w pojedynkę - smutniejsze. "A może Dorota wybrałaby się ze mną na zakupy?", pomyślałam. "Rozerwałaby się trochę".

Nie odebrała telefonu, ale skoro byłam już tak blisko, po prostu poszłam do niej. Nie zastałam jej w domu. Nagle uświadomiłam sobie, że przecież jest koniec października i Dorota pewnie pojechała umyć nagrobek na święto, a komórkę wyłączyła.

- Przepraszam - zatrzymałam jakąś kobietę z siatką zakupów, która wchodziła na sąsiednią posesję. - Czy pani wie, gdzie tu jest cmentarz?

- Tutaj? Cmentarz? - podniosła brwi.

- Nie wiem zupełnie, czy to daleko, ani jak tam dojechać... Myślałam, że może pani Dorota wybrała się na grób męża...

Nieznajoma zdziwiła się:

- To jej mąż umarł? - dotknęła dłonią policzka. - Co mu się stało?

- Nie słyszała pani o tej katastrofie kolejowej? - nie chciało mi się wierzyć, że sąsiadka nie wie o tragicznej śmierci męża Doroty.

- O tym wypadku, kiedy nowy most się zawalił pod pociągiem? W marcu tego roku? - wreszcie wyglądało na to, że wie, o co chodzi. - To słyszałam, oczywiście, ale przecież jej mąż jest za granicą. Pierwsze słyszę, że Mikołaj nie żyje. Żadnego pogrzebu tu nie było. Ona w żałobie nie chodzi.

"Tak, jakby ubieranie się od stóp do głów na czarno było w żałobie najważniejsze!",  zirytowałam się na małostkowość sąsiadki. "Oby nigdy nie musiała zrozumieć, na czym tak naprawdę polega żałoba po mężu..." Stonowane stroje Doroty wcale nie kłóciły się ani z moim stanem ducha, ani z moim pojęciem przeżywania odejścia najbliższej osoby. Pożegnałam się z sąsiadką.

Od jakiegoś starszego pana dowiedziałam się, gdzie jest cmentarz. A potem pojechałam i spytałam w administracji o grób Mikołaja. Nikogo takiego tam nie pochowano! Nie potrafiłam już myśleć o zakupach dla wnuka. Zadzwoniłam do Doroty. Tym razem odebrała.

- Gdzie jest pochowany twój mąż? - spytałam ją drżącym głosem.

W słuchawce zaległa cisza. Nie ta kojąca - ta była koszmarna jak cisza, kiedy identyfikowałam zwłoki mojego męża. Poczułam, że serce we mnie zamiera. Prawie tak, jak wtedy, kiedy dowiedziałam się o śmierci Staszka. Kiedy zrozumiałam, że nieodwołalnie straciłam kogoś bliskiego. Że nagle tego kogoś już nie ma.

Rozłączyłam się.

Półprzytomna wróciłam do centrum i zaczęłam się snuć po rynku w poszukiwaniu jakiegoś sklepu zabawkowego. Nagle zadzwoniła do mnie Gosia.

- Słuchaj, mamo, wiesz coś na temat tradycji wigilijnych tej swojej znajomej, która ma być u nas w święta? Może powinnam dla niej przygotować coś, czego my normalnie nie gotujemy? Powinnam to wiedzieć, bo do świąt już wcale nie zostało tak dużo czasu.

- Nie mogę teraz rozmawiać - powiedziałam jej. - Muszę jeszcze poszukać prezentu dla małego.

Nie wiem, jak dotarłam do domu. Wydawało mi się, że śnię jakiś koszmar, i czekałam, aż wreszcie się obudzę. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stała Dorota.

- Chcę cię przeprosić - wyszeptała.

Mierzyłam ją wzrokiem. "Kim jest ta kobieta? Czego ode mnie chce? Może jest chora psychicznie i ja stałam się jej ofiarą?", zastanawiałam się.

- Wybacz mi, jeśli potrafisz - w jej głosie brzmiała prośba. - Jeśli dasz mi szansę, wyjaśnię ci, dlaczego...

- Takiego oszustwa nie da się wyjaśnić - pokręciłam głową.

- Nie mam nikogo... Wiem, że to, co zrobiłam, jest szalone, a może nawet nienormalne... Uwierz mi, to się po prostu jakoś samo stało, nie planowałam tego...

Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie w kościele. Ona chciała mi pomóc, kiedy myślała, że jest mi słabo. Ja zaczęłam z nią rozmowę o żałobie.

- Byłaś na tamtej mszy przypadkiem? - spytałam.

- I tak, i nie. To znaczy wiedziałam, że to msza za ofiary tej katastrofy. Widziałam w telewizji program o tym wypadku, o rodzinach. Słuchałam, jak opowiadali o tym, co przeżywają, i rozumiałam, przez co przechodzą! Bo ja sama przechodziłam przez coś podobnego...

Mój sąsiad, który właśnie wchodził do swojego mieszkania, spojrzał na Dorotę, potem na mnie, jakby chciał sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy. Przesłałam mu sztuczny uśmiech, i poszedł do siebie. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Dorota powiedziała szybko: - Mój mąż mnie zostawił. Z dnia na dzień. Jednego dnia jeszcze mówił, że mnie kocha, a następnego po prostu przestał się ze mną kontaktować. Wiem, że żyje, mamy wspólnych znajomych. Był czasem trochę dziwny, impulsywny... Spędziliśmy ze ze sobą tyle lat... A teraz on nawet na moje telefony nie odpowiada. Miesiąc po tym, jak mnie opuścił, nagrał się na poczcie głosowej - zamilkła na moment. - Powiedział, że między nami koniec. Tylko tyle.

- Wejdź - otworzyłam szerzej drzwi. - To nie jest temat do rozmowy przez próg.

Weszła i zatrzymała się w przedpokoju. Przez chwilę nerwowo zaciskała palce. Potem wzięła głębszy oddech i powiedziała: - Chcę, żebyś wiedziała, że nie zamierzałam cię okłamywać. Źle się z tym czułam, ale nie wiedziałam, jak ci powiedzieć. Z tobą przynajmniej mogłam o Mikołaju rozmawiać... Kiedy próbowałam mówić o tym moim znajomym, mówiły mi, że mam po prostu zapomnieć, zacząć sobie układać życie od nowa. Że on na mnie nie zasługiwał, że szkoda na niego łez. Ale ja już nawet nie płaczę, od dawna... tylko za nim tęsknię. I nie mam komu o tym opowiedzieć.

Widziałam, że mówi prawdę, że mówi szczerze. Samotność w jej spojrzeniu nagle zaczęła mi ciążyć. Odwróciłam wzrok.

- Wolałabyś, żeby mój mąż nie żył, prawda?... - stwierdziła nagle Dorota.

To były straszne słowa... Ale tak, musiałam przyznać sama przed sobą - wolałabym, żeby naprawdę była wdową, tak jak ja. Tak bardzo zawiodła moje zaufanie, tak bardzo czułam się zraniona przez jej oszustwo...

- On do mnie nie wróci - pokręciła głową. - Już nigdy. Wszyscy mi to mówią, i wiem to na pewno. Ma tam kogoś, zakochał się niby nagle, i niby na zawsze. We mnie też się tak gwałtownie zakochał, założył wtedy firmę w naszym mieście, przeprowadził się i nie czuł potrzeby odwiedzania nikogo w swoich rodzinnych stronach. Myślałam, że to dlatego, że ja jestem dla niego wszystkim. A teraz odciął się całkiem ode mnie. Jednego dnia z kochanej żony stałam się nawet nie wdową, tylko nikim. Ja też jestem sama. A myślałam, że będę się z mężem starzeć. Nie, nie będę. On jest gdzieś tam z inną, młodszą. Powinnam już wracać... - ze spuszczoną głową ruszyła do drzwi. - Zajęłam ci tyle czasu...

- Poczekaj - złapałam ją za rękę. - Masz jakieś ulubione wigilijne potrawy? Takie z dzieciństwa? - zapytałam ciepło.

Podniosła głowę. W jej oczach zobaczyłam wdzięczność i radość.

Halina S., 51 lat

Dowiedz się więcej na temat: wdowa | żałoba | śmierć

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje