Rozpustna "kozetka"

W internecie można się wygadać anonimowo, poznać ciekawych ludzi, poszukać rozwiązań trapiących nas problemów, ale i poszukać partnera, kochanka, dać upust fantazjom erotycznym.

Wchodząc na czata można, jak piszą nasi forumowicze, i posklejać swoje życie, i doprowadzić je do ruiny.

Reklama

Czatowanie budzi skrajne emocje. Ten sposób komunikowania to dla jednych zabawa, dla innych sposób na życie albo wręcz nałóg.

Są tacy, którzy poznali tam swoja drugą połówkę, jak twierdzą - na całe życie, którzy tą drogą takiej właśnie osoby szukają i jak mówią "(...) nie oceniajmy tych, którzy chcą kochać i być kochani. Nie oceniajmy tego, w jaki sposób dążą do tego celu, bo w miłości o rozsądek jest bardzo trudno, a nie każdy jest taki silny, by się nim kierować". Wirtualna rzeczywistość wydaje się być "łatwiejsza" dla nieśmiałych, dla których tete-a-tete w realu to istna męka.

Są też tacy, dla których czatowanie to przede wszystkim flirt będący okazją do zdrady, zakłamanie, fantazje chorych frustratów - "(...) czy was nie gryzie sumienie, nie 'bolą ręce', nie kłuje w oczy, gdy mając partnera, flirtujecie na necie?"; i dalej "(...) kobieta, wiek: 19-24, cel znajomości: sponsoring; mężczyzna, wiek: 24-30, cel znajomości: seks. To też jest zdrada!".

Tłumaczenia źródła sieciowej namiętności bywają różne: "siedzi na czacie, bo dyskotek nie lubi... kasy nie będzie płacił właścicielom knajp, bo to przesada... a mnie tłumaczy, że wchodzi, bo np. szukał mnie albo, że jest samotny (ja leżę obok w pokoju i czytam), że tu robi interesy albo chce się mną pochwalić rozmawiając, lub... wyżalić, bo tu ludzie mają takie problemy jak my...".

Kobiety, które sparzyły się na internetowych znajomościach, mówią o facetach "świniach", "kłamcach", "zboczeńcach"; mężczyźni o "nimfomankach", "opętanych", "natrętnych laskach"...

"Zanim tego nie odkryłam, zdążył już wymienić się numerami telefonów, adresami mailowymi, pisali do siebie SMS-y. Bardzo to przeżyłam, schudłam, stałam się nerwowa, a nocami płakałam do poduszki. Dochodziło do kłótni, przez nią - natręta z internetu, teraz już jest dobrze, on nie czatuje, ja przestałam mu wypominać to, co zrobił. Ale jedno wiem - nigdy nie zapomnę..."; i z drugiej strony: "zrodziło się uczucie, może fascynacja drugą osobą i doszło do spotkań... nikt się dla mnie nie liczył... mąż, dzieci, rodzina... po prostu zgłupiałam. No i stało się... wszystko się wydało. On stracił córkę i żonę, a ja... mam to, co miałam - wspaniałego męża, który mi wybaczył i żal do samej siebie, że byłam taka głupia ryzykując moją rodzinę...".

Warto wiedzieć, po co konkretnie wchodzimy na czata, zdeklarować się przede wszystkim wobec samego siebie, stosować dobrą zasadę "ograniczonego zaufania" i pamiętać, że "to, co podamy w prawo, może wrócić z lewej" oraz że nie przewidzimy reakcji naszego partnera na nasze przygody w sieci...

A może warto spróbować poczatować razem...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje